PRL owszem, hołubił aktorów i w ogóle artystów, ale owo hołubienie nigdy nie przybierało monstrualnych, niemal religijnych, sakralnych rozmiarów. Ot, użyteczni byli, a ci, co byli bardziej użyteczni (np. Łomnicki), dostawali się nawet do wysokich kręgów władzy. Nie byli jednak władzą, o nie. Byli sojusznikami.
III RP uczyniła z artystów i różnych innych gwiazd autorytety moralne, ważniejsze od polityków, mędrców, duchownych etc. Stworzono w naszym kraju coś na kształt Salonu Towarzysko-Intelektualnego, w którym artyści odgrywali – i nadal odgrywają – niepoślednie bynajmniej role. Jak jakiś polityk Salonu Demoliberalnego chce wypaść w oczach klienteli Salonu jeszcze lepiej, niż w ogóle wypaść może, pokazuje się w towarzystwie artystów, najchętniej aktorów. Od 1989 r. władza pompowała ego wielu artystów, zapewniając im tzw. jedwabne życie: zapraszając do mediów, rozdając hojną ręka pieniądze i zaszczyty, wysyłając w świat i w ogóle hołubiąc ich ponad wszelką miarę.
Na efekty nie trzeba było długo czekać: środowisko aktorskie uwierzyło w swą obywatelską i polityczną charyzmę, zabierając coraz częściej głos w sprawach publicznych, oczywiście zgodnie z kolejnymi „mądrościami etapu”. Cóż, jak się człowiek raz ześwini, może mu to wejść w krew.
A przecież aktor to tak naprawdę błazen, trefniś mówiący zwykle tekstem cudzym. Jeżeli tekst jest dobry, publika przypisuje cześć tej wielkości samemu odtwórcy. Odtwórcy – bo do tego sprowadza się w gruncie rzeczy rola aktora. Jeżeli aktor ma w sobie jakąś dozę zawodowej charyzmy, spływa to w kanały władzy – i wówczas interes jest obustronnie korzystny.
Niestety, zasada mówienia całe życie cudzym tekstem powoduje pewne spowolnienie twórczego działania mózgu na rzecz prostej jego funkcji – pamięci. Po prostu trzeba się nauczyć roli i potem dobrze ją zagrać. Powoduje to jednak pewne ograniczenia – dotyczą one wygłaszania poglądów własnych, sformułowanych przez samego siebie. Panuje powszechna niemal opinia, że aktor im lepszy zawodowo, tym głupszy. Oczywiście sam zainteresowany nigdy tego do siebie nie weźmie, zwłaszcza jeśli przez dwie i pół dekady wmawiano mu, że jest intelektualistą, mędrcem, autorytetem moralnym.
Po roku 1981, gdy WRON wprowadził stan wojenny, aktorzy solidarnie odmówili współpracy z WRON-imi mediami, zwłaszcza z telewizją. Wybitny reżymowy reżyser, państwowotwórczo nastawiony w tym czasie Kazimierz Dejmek, mając kłopoty z jakimiś obsadami do swych spektakli, sformułował bodaj w 1982 r. swą słynną maksymę: „D…a jest od sra…ia, a aktor od grania”. Wyraził tym protest przeciw mieszaniu się błazenków w poważne sprawy zamiast pilnowania kopyta, jak porządny szewc.
Ach, jakie wzburzenie zapanowało w środowisku aktorskim, które uważało, że spełnia patriotyczny obowiązek. W teatrach repertuarowych oczywiście spektakle odbywały się normalnie, gaże były płacone, tylko telewizja zubożała artystycznie…
Gdy myślę o występie podczas ostatniej gali „Orłów” Pana Macieja Szczura… och, bardzo przepraszam, oczywiście Stuhra, syna Jerzego, natychmiast przychodzi mi na myśl wspomniana dewiza Dejmka. Minoderyjne granie „pod swoją publiczkę”, gotową zawsze swoim zapewnić odpowiednią kloakę… och, bardzo przepraszam, oczywiście miało być „klakę”, utopienie w pseudoartystycznym i mało śmiesznym bajorku tylu narodowych polskich tragedii miało przynieść aktorowi Stuhrowi środowiskową pozycję dupy… och, bardzo przepraszam, oczywiście miało być: dumy polskiego półświatka… och, co ja mówią, oczywiście miało być: świata artystycznego. I w zasadzie plan się udał – aktorska bladź… oj, znów to samo… bardzo naprawdę przepraszam… oczywiście miało być: brać kupiła ustęp… oj, naprawdę przepraszam: występ pana Szczu…, przepraszam, Stuhra masowo. Rechotali i Janusz Gajos i Kinga Preis i Anna Dymna – żeby wymienić tylko najsłynniejszych rechociarzy z tego chamskiego, odczłowieczonego pokazu uczuć zgoła nieludzkich. Kto by przypuszczał, że autorytety moralne, że nasi ulubieńcy tak się skur… eee… skurczą moralnie, że szydzić będą z ludzkiego cierpienia, śmierci, kłamstwa, cynizmu, rodzinnych dramatów.
Oglądałem pokaz chamstwa młodego Stuhra, widziałem rechoczące buźki władców naszej wyobraźni… I nagle kątem oka dostrzegłem twarz kamienną, wolną nawet od śladów błazeńskiego chichotu. Twarz Ewy Dałkowskiej.
Ciekaw jestem, czy ten wieczór z „Orłami” (a mówi się: „nie polezie orzeł w gówna”) zrobił jakieś wrażenie na wicepremierze i ministrze kultury profesorze Piotrze Glińskim, który obecny był wówczas na widowni.
