Nareszcie coś pozytywnego, chociaż w przedmiocie negatywnym. Negatywny jest bowiem stosunek naszego rządu i znakomitej większości Polaków do imigracji rozbijającej jedność Europy. Deklarujemy z uporem, że nie chcemy żadnych uciekinierów z Bliskiego Wschodu czy Afryki Północnej. A pocieszające jest to, że dziennik „Rzeczpospolita”, dotychczas mało bezstronny, raczej częściej złośliwie (lub demagogicznie) krytykujący współcześnie rządzących, zdobył się na ich, że tak powiem, ciepłą, przychylną przyganę z prawdziwej troską o opinię Polski w świecie.
Oto Jerzy Haszczyński, kierownik działu zagranicznego, zamieścił 30 marca artykuł pod, powiedziałbym, boleśnie słusznym tytułem „Nieczuły jak Polak”; jego istotą jest konkluzja w nadtytule: ”Przegrywamy walkę o wizerunek. Zapłacą za to nasze wnuki”.
Ten tzw. wizerunek jest dzisiaj naprawdę ważny, zewsząd sypią się na nas napastliwości, zarzuty bez pokrycia, inkryminacje bezrozumne. Trzeciogenaracyjne już bodaj popłuczyny włodarzy antynarodowej Polski pojałtańskiej, rozbijają jedność społeczeństwa eskalując spór o Trybunał Konstytucyjny. A jest to, jak już pisałem, relikt rządów junty wojskowej z lat osiemdziesiątych minionego wieku. Opozycja insynuowała, że prezydent USA na tzw. szczycie nuklearnym, nie przystanie przy naszym prezydencie, nie przywita się z nim, nie zamieni kurtuazyjnie kilku słów, bo właśnie też uważa, że ów Trybunał Konstytucyjny, którego Yankesi nie mają, bo wystarczy im, jak i wielu państwom naszej cywilizacji, trybunał stanu, jest miernikiem demokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Rządzący PiS i popierający go prezydent Duda dążąc do zreformowania tej anachronicznej instytucji, a może w dalszej perspektywie jej zlikwidowanie (oby!), gwałcą tedy „demokrację”. Owo sugerowane a priori niepodanie Dudzie ręki obamowskiej miałoby być w odczuciu wszystkich Polaków i Europejczyków dobitną kompromitacją obozu rządzonego. Tymczasem „Wiadomości” TVP1 ukazały w bezpośredniej krótkiej relacji, że Obama tymi właśnie gestami wyróżnił spośród innych dyplomatów naszego prezydenta.
Owa opinia Haszczyńskiego, że sami deprecjonujemy wizerunek własnego państwa, jest wywiedziona z innych przesłanek: ze słusznego niestety rozumowania, że Polak jest postrzegany w Unii (tym samym i w Stanach Zjednoczonych) jako „największy przeciwnik przyjmowania uchodźców”. Przełomowe było tu znalezienie jesienią zeszłego roku na plażach tureckich ciała małego chłopczyka. Publicysta twierdzi, że „serca Europejczyków wtedy się otworzyły”. Oprócz polskich. Nadal nie chcemy imigrantów i rząd PiS jest wciąż nieugięty w odrzucaniu propozycji (dyrektywy) przyjęcia jakiejś części uchodźców.
To prawda zawstydzająca. Byliśmy niegdyś w Europie ostoją dla wszystkich pogardzanych, prześladowanych, dyskryminowanych. Już od wczesnego średniowiecza osiedlali się u nas Żydzi; ba - za Kazimierza Wielkiego otrzymali przywileje bezprecedensowe na kontynencie. Chronili się w Rzeczypospolitej prześladowani za wiarę protestanci, osiedlali się Ormianie i nawet Tatarzy, szukający schronienia przed dzikim azjatyckim despotyzmem swych suwerenów. Zdarzały się, owszem, krwawe wybryki i zdrady; np. Kozaków, ale to przecież byli od wieków obywatele państwa, a nie przybysze.
Co więcej - podczas rozbiorów i walk wyzwoleńczych po zaborach staliśmy się dla całego świata chrześcijańskiego heroldami wolności; hasło „za wolność naszą i waszą” nie było czczym frazesem, a rzeczywistością potwierdzoną ofiarami. Coś jednak w naszych sumieniach musiało się zmienić przez 123 lata niewoli, skoro po 1918 r. współżycie z mniejszościami etnicznymi i religijnymi nie było już tak bezkonfliktowe, powiedziałbym nawet przyjazne, jak w Pierwszej Rzeczypospolitej. W Polsce zwanej ludową, rządzoną przez najemników obcego mocarstwa, nie było w ogóle kwestii mniejszości, wszyscy mieszkańcy musieli być Polakami; ten przymus wynikał chociażby z oficjalnego hasła (nakazu) wywieszanego na wiaduktach czy murach budynków większych miast: „Polska Ludowa ojczyzną wszystkich Polaków”. Siłą tego zjawiska pojęcie mniejszości narodowej czy kulturowej zostało wykreślone za słownictwa politycznego i praktyki politycznej. A żyło się nam, niesprzedajnym władzy, ciężko. Rodak rodakowi stawał się wilkiem, bo zagrażał wykupieniem dóbr potrzebnych do codziennej egzystencji. Może przez to rozkrzewił się wtedy w naszych duszach egoizm i niewrażliwość na potrzeby innych, bez różnicy - swoich i obcych.
Oczywiście, przyjmowanie imigrantów, żeby było bezpieczne, wymaga wytężonej i dobrze zorganizowanej pracy administracji państwowej niemal wszystkich szczebli, a także jest kosztowne. Dlatego przyzwyczajeni przez 45 lat do myślenia przede wszystkim o sobie nie chcemy dać gościny uchodźcom. Tymczasem - jak nas widzą, tak nas piszą. Zapominamy, a z nami zapomina Europa, kim byliśmy przed stuleciami. Kościół zrazu, na początku kryzysu imigracyjnego nawoływał do miłosierdzia, to go wielu publicystów z prawej, lewej i centrum krytykowało, wręcz wyśmiewało. A hierarchowie dzisiejsi nie grzeszą odwagą cywilną ni rozumem politycznym, więc zamilkli. Świat widzi naszą małostkowość i jak niegdyś mówił „szlachetny jak Polak”, tak teraz będzie, jak napisał Haszczyński, określał „nieczuły jak Polak”…
Publicysta daje receptę – par excellence polityczną.
Na początku lat 90. Jacek Maziarski, najszlachetniejszy i najmądrzejszy człowiek, jakiego znałem, był posłem I kadencji Sejmu. Kiedyś powiedział mi mimochodem, że „polityka jest szambem” i dlatego z niej wychodzi. Tak, w moralności pojętej chrześcijańsko nie ma kompromisów, jest biel i czerń. Wszelako polityk musi czasami być białoczarny. Hipokryzja jest obrzydliwa. Ale w polityce, raczej w dyplomacji, niekiedy konieczna. Pisze Haszczyński: „…politycy innych krajów zazwyczaj grają rolę zatroskanych, kluczą, są nieprecyzyjni, wyrażają gotowość. Jednoznaczną niechęć demonstruje Polska, rzuca się pod tym względem w oczy nawet bardziej niż Węgry Vitora Orbàna”. Czyli, inni uprawiają hipokryzję….
My nie umiemy. Mamy naturę prostolinijną, jesteśmy spontaniczni jak dzieci, weredyczni aż do bohaterstwa. W półtysiącleciu nowożytności mieliśmy właściwie jedynie dwóch polityków obdarzonych geniuszem dyplomatycznym; kiedy trzeba było, walili pięścią w stół, posługiwali się groźbą, kiedy indziej blefem, zwodzeniem partnerów politycznych – Jana Zamoyskiego i Józefa Piłsudskiego. Prominenci PiS to politycy szlachetni, głoszący idee zgodne z naszą tradycją, a więc rację stanu, lecz pobawieni, jak wszyscy ich poprzednicy, oprócz dwóch wymienionych, umiejętności blefowania, brzydzący się obłudą, która czasami staje się w polityce, niestety, przykrą koniecznością. Czcze „zatroskanie – puentuje Haszczyński – niewiele kosztuje. Ale jego brak będzie bardzo kosztowny”. Albowiem wpoi w umysły teraźniejszych i przyszłych Europejczyków, że jesteśmy narodem bezdusznym, niewrażliwym na cudzą krzywdę. A to przecież nieprawda, tylko żeby tę nieprawdę unieszkodliwić, trzeba trochę dyplomacji, chociażby tyle, ile ma nasz „Bratanek” znad Dunaju.
Prywatna refleksja: ciekaw jestem, kto z uczciwych (szalbierzy wykluczam) polityków przeczyta ten mądry artykuł Haszczyńskiego i wyciągnie z niego wnioski korzystne dla naszej ojczyzny.
Jacek Wegner
