I. „Publiczne” mają zostać zastąpione przez „narodowe”- media narodowe w rzeczy samej brzmi lepiej; w języku naszym słowa pierwszego nie odbiera się bowiem najlepiej, nie jest ono legitymizowane w odniesieniu do instytucji państwowych i społecznych wielowiekową tradycją semantyczną. Aczkolwiek można drugiemu zarzucić, że rozbudza złe skojarzenia, np. z narodową demokracją, która przed II wojną światową wyrządzała szkody naszemu państwu, kulturze i wizerunkowi wśród innych krajów. A i dzisiaj ruch narodowy w polityce nie ma ani mądrych reprezentantów, ani tak samo jak w Dwudziestoleciu programów politycznych na miarę naszych aspiracji.
Pojęcie „narodowe” weszło pod koniec XVIII w. na stałe do nowożytnej leksyki polskiej. Komisja Edukacji Narodowej! Jesteśmy i będziemy z niej dumni po wsze czasy, bo to pierwsze w cywilizacji chrześcijańskiej ministerstwo oświaty. Konstytucja Trzeciego Maja też wprowadziła „naród” do powszechnej, oficjalnej mowy. Więcej – ta ustawa zasadnicza zniosła dwudzielność państwa, unię z Litwą uznawała za niebyłą, a przecież przez prawie cztery wieki szczyciliśmy się nią i właściwie szczycimy nadal. Nie mnie i nie tu oceniać, czy konstytucyjne proklamowanie państwa jednorodnego, stanowiącego jednak w praktyce dalej twór wielonarodowy, było słuszne. No bo od razu objawiły się zawiłości – jak w takim razie wytłumaczyć sobie i obcym, że we wspólnocie polskiej niby jednonarodowej po niecałym półwieczu od konstytucji majowej Adam Mickiewicz, etniczny Białorusin utożsamiający się z narodem litewskim, wyśpiewał po polsku „Litwo, ojczyzno moja”? Dlatego Litwini przedwojenni nas nie znosili i dzisiejsi wcale do przyjaźni się nie kwapią, jesteśmy bowiem dla nich najgroźniejszym z agresorów: nie podbijamy ziem, a godzimy w ich poczucie narodowościowe, odbieramy suwerenność kultury. Na dodatek Józef Piłsudski, drugi wielki Litwin, nieukrywający bynajmniej wobec Polaków swej litewskości, przyczynił się walnie do odrodzenia w 1918 r. Rzeczypospolitej Polskiej i włączył do niej, wbrew protestom (nawet zbrojnym) Litwinów, odwiecznie litewską Wileńszczyznę...
Pojęcie narodu było zawsze i jest złożone. Historycy, filozofowie, etnografowie, politolodzy, socjologowie, publicyści o podobnych zainteresowaniach nie przestaną deliberować nad domniemaną supremacją narodu i zarazem rzeczywistą siłą kulturotwórczą owych dwóch pojęć: narodu właśnie i państwa. Co tworzy co? Zwykło się twierdzić, że pierwsze kreuje drugie. „My, naród” - to najwyższa wartość Stanów Zjednoczonych, powstałych wszakże z nieprzeliczonych ludzkich zbiorowisk etnicznych, narodowych i rasowych. To, co udało się za Atlantykiem, poniosło porażkę w Rosji sowieckiej, mimo że jej przywódcy też mówili o „narodzie sowieckim”. Wystarczyło dziewięcioletniej „Solidarności” tudzież polityki tytanów drugiej połowy XX w., papieża Jana Pawła II i Ronalda Reagana, aby rozwiał się mit „narodu radzieckiego” – jest znów tylko naród rosyjski, zagubiony w historii, a dominujący w państwie nazywającym się oficjalnie i jak zawsze w mentalności bizantyjskiej kłamliwie „Wspólnotą Niepodległych Państw”...
II. Więc media publiczne wedle zamysłu naszego kolegi, Krzysztofa Czabańskiego, wiceministra kultury i dziedzictwa narodowego, mają być przekształcone w „media narodowe”. Bez tych wszystkich zawiłych znaczeń, obciążeń historyczno-politycznych, prawdziwych lub urojonych. Zwykłemu odbiorcy mediów jest absolutnie wszystko jedno, jak będą się nazywać: „publiczne” czy „narodowe”, byle były dobre - dostarczały rzetelnej i szybkiej wiedzy o wydarzeniach, przedstawiały mądre opinie publicystów, bezstronnie prezentowały poglądy polityków oraz dawały rozrywkę budującą duchowo i umysłowo, a nie – jak dzisiaj – bulwersują głupotą i zniesmaczającą antyestetyzmem.
A tu właśnie czają się niepewności. Publicyści podejmujący temat sugerują, że projekt wiceministra odmienny od tego, co zdążył już stworzyć Jacek Kurski, prezes TVP, to wynik wzajemnej animozji obu osobistości...
Propozycja Czabańskiego – pisze 25 kwietnia Andrzej Gajcy w dzienniku „Rzeczpospolita” – „zakłada także istną rewolucję personalną w mediach publicznych, które teraz nazywać się będą narodowe. Zakłada wygaszanie z dniem 30 września br. wszystkich kontraktów kadry kierowniczej TVP, PR, i PAP”. Kadrę tę powołał Jacek Kurski po przejęciu władzy przez PiS. Ani rząd, ani kierownictwo partii nie były przeciwne jego wyborom. Gajcy przytacza wypowiedź dyrektora jednej z anten PR pragnącego zachować anonimowość, że po przyjęciu koncepcji Czabańskiego i powstaniu Rady Mediów Narodowych, pod jego prezesurą, „najprawdopodobniej z nich wylecimy”.
Podczas przedostatniego zjazdu wyborczego SDP krążyła wśród delegatów anonimowa skarga na Krzysztofa Czabańskiego, który, zdaniem niepodpisanych autorów wyrzucał w początkowych latach III Rzeczypospolitej z redakcji radiowo-telewizyjno-prasowo-agencyjnych wielu dziennikarzy.
I właśnie po przeczytaniu enuncjacji Gajcego z „Rzeczypospolitej” przypomniał mi się ten paszkwil. Znów ma dojść do „czystek” personalnych spowodowanych zamiarami zmiany nazwy i organizacji TVP, PR, PAP, które lansuje Czabański? Może zamierzone powołanie Rady Mediów Narodowych pod przewodnictwem wiceministra, naszego kolegi Krzysztofa Czabańskiego, wcale nie musi skutkować gruntowną wymianą kadry? Po niej zawsze na placu boju pozostają skrzywdzeni.
Niech piękna nazwana „media narodowe” nikomu nie kojarzy się z czyjąkolwiek i jakąkolwiek krzywdą, wyrzucaniem. Oby, trawestując słynne słowa Stanisława Staszica („niech sprawiedliwość znaczy sprawiedliwość”), narodowe znaczyło narodowe. A cóż jest we wspólnotach ważniejszego od narodu? Rodzina! Ależ ona jest z narodu; wczujmy się w budowę słowotwórczą „narodu” i „rodziny” – to ten sam pień i z niego wyrastamy...
Jacek Wegner
