PressInstitute zapytał 250 dziennikarzy, co myślą, że im wolno w zaangażowaniu politycznym. Przytłaczająca większość, 90 procent, wykluczyła udział w organizacji wiecu lub kongresu partii politycznej. Słusznie! Nieco ponad połowa zezwala sobie na udział pochodzie organizacji broniącej wolności obywatelskich, jak KOD czy Solidarni 2010. Niesłusznie! A jedna trzecia dopuszcza niesienie w pochodzie transparentu lub flagi. Co jest nieco dziwne. Znaczy, że sprawę wolności obywatelskich można popierać, byle nie stanowczo. Czy tak ujawnia się wstyd utraty bezstronności, czy podświadomy lęk przed rzucaniem się w oczy?

   Moim zdaniem, udział w pochodach nawet w szlachetnej sprawie obrony wolności obywatelskich jest niedopuszczalny dla poważnego dziennikarza. KOD lub Solidarni 2010 jednostronnie pojmują wolność obywatelską. Wystarczy posłuchać, co mówią na ten temat przeciwnicy jednej lub drugiej organizacji. Natomiast dziennikarz powinien bezstronnie rozważać wszystkie argumenty obu stron i wysunąć własne. A będzie mu trudniej po udziale w pochodach, gdyż w pewnych wypadkach trzeba byłoby przyznać się do błędu przed sobą i opinią publiczną. I bez tego niełatwo nam zdobyć się na oceny rzetelne, gdy hulają emocje polityczne. Po co więc dodawać ciężaru zaangażowania?

   Co więcej, udział w pochodzie powoduje odruch stadny. A poważny dziennikarz nigdy nie powinien chodzić w stadzie, bo pochód sprowadza demonstrantów do najniższego wspólnego mianownika czyli prostych emocji. Zaś dziennikarz, zwłaszcza komentator polityczny, powinien wprowadzać rozum do debaty publicznej. Musi więc wznieść się ponad tłum. Poważny dziennikarz jest poniekąd przewodnikiem w dżungli. Stronniczy wspina się na drzewo i woła: jeszcze trochę i dojdziemy do celu! A poważny wspina się wyżej i woła: wracamy, nie ta dżungla! A przynajmniej musi zachować sobie możliwość podważenia kierunku marszu we wspólnej wzniosłej sprawie.

   PressInstitute to przybudówka miesięcznika Press. A ten nie zachowuje bezstronności w bieżącym sporze politycznym. Mówiąc w skrócie jest antypisowski. Dowód? Oto cytat  ankiety: „Przeciwnie niż obecna władza w Polsce, ponad 80 proc. ankietowanych uważa, że dziennikarze mają prawo wypowiadać się – zarówno negatywnie jak i pozytywnie – w mediach zagranicznych na temat sytuacji w Polsce.” Na tak zadane pytanie można się tylko dziwić, że prawie 20 procent jest innego zdania.

   Polskie prawo nikomu nie zabrania mówić źle albo dobrze o Polsce za granicą. Spór dotyczy czego innego: Czy dziennikarze polscy powinni wyrażać się źle o swoim kraju w mediach zagranicznych. O dobre słowa nie ma pretensji. To kompromitowanie kraju za granicą budzi wątpliwości etyczne. Niestety, autorzy ankiety dopuścili się manipulacji podmieniając „powinność” przez „prawo” i do krytycznych wypowiedzi o sytuacji kraju dołączając pochlebne. Dlatego im wyszło, że ogromna większość dziennikarzy wcale nie potępia ataków na obecną władzę w zagranicznych mediach. W ten sposób polska racja stanu została usunięta z pola widzenia. To jest skutek zaangażowania Pressu w partyjną politykę.

   Anglicy mają na taką okazję powiedzenie: „right or wrong, my country”, na dobre i złe mój kraj. Ale skąd wziąć Anglików między Odrą a Bugiem? Tu ciągle żyje tradycja skargi obrońców wolności obywateli z Targowicy do obcych dworów - na wzmacnianie władzy wykonawczej. A przecież Rzeczpospolita nierządem stoi. Póki stoi.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl