Wicepremier Mateusz Morawiecki zapragnął przeciąć spekulacje, że zamierza zostać premierem na miejsce Beaty Szydło. Dlatego powiedział publicznie, że wybór między Donaldem Trumpem a Hillary Clinton to dla Polski jak wybór między dżumą a cholerą. I ja to rozumiem.

  Czegoś takiego nie mógłby powiedzieć przyszły szef polskiego rządu o najbliższym sojuszniku. Tylko wyobraźmy sobie, że premier Morawiecki przybywa do Waszyngtonu przekonać Amerykanów do potrojenia obecności wojskowej w Polsce, gdyż Rosja coraz bardziej sroży się i grozi. Jednak tego nie można sobie wyobrazić. Bo w Białym Domu – Dżuma Trump! A jeśli nie dżuma – to Cholera Clinton! I jak tu podać rękę takiej zarazie, prezydentowi amerykańskiemu. O ile ten w ogóle przyjmie aroganta w swej rezydencji.

  Gdyby pan Morawiecki opowiedział się tylko za jednym z kandydatów, byłoby to nie dość przekonywujące, że nie ma ambicji premierowskich. Wyszedłby wtedy ledwie na człowieka niemądrego, który bez potrzeby podejmuje ryzyko pół na pół zrażenia sobie przyszłego prezydenta USA. Ale iść na pewniaka, że na 100 procent zrazi sobie każdego prezydenta, to majstersztyk. Pewnie nauczył się tego w bankowości, gdzie szacowanie ryzyka należy do rutyny. I wszystko stało się jasne. Morawiecki nie chce być premierem a na pewno nie może. Taki komunikat dotarł do „naczelnika państwa”.

   Pan Morawiecki rzucił słowa o nieuchronnych chorobach epidemicznych w Białym Domu w ważnym momencie. Zaczęły krążyć plotki, że Jarosław Kaczyński bierze pod uwagę zastąpienie Beaty Szydło przez Morawieckiego albo pierwszego wicepremiera Piotra Glińskiego. Te plotki to również majstersztyk rozgrywki personalnej, tym razem Prezesa. Teraz jeden i drugi kandydat na szefa rządu tym bardziej będzie zabiegał o jego względy. Przynajmniej tak mogło się wydawać. Jednak Morawiecki prawdopodobnie nie zniósł napięcia psychicznego w rywalizacji z Glińskim o najwyższe stanowisko w rządzie a może uniósł się honorem? Co mu będzie Prezes dyndał premierem przed nosem! I oto zburzył rozgrywkę jednym celnym zdaniem.

  Jarosław Kaczyński także miał występ ale postąpił odrobinę zręczniej. Poradził Billowi Clintonowi, żeby się leczył (chyba psychicznie) skoro widzi zagrożenie dla demokracji w Polsce. Wolno mu było, o ile nie będzie prowadził żadnych rokowań z Billem. Natomiast Hillary o to się nie obrazi. Sama chyba nie raz radziła mężowi, żeby się leczył, acz na inną przypadłość. Niestety, może zostać prezydentem i wtedy Bill Clinton będzie pierwszym jej doradcą w sprawach zagranicznych A to właśnie dzięki Clintonowi Polska weszła do NATO więc należą mu się pewne względy w Warszawie. Bill może poczuć żal z powodu takiej niewdzięczności.

  Polskie tzw. czynniki oficjalne nie powinny w żaden sposób wypowiadać się na temat kampanii prezydenckiej do Białego Domu. Polska to nie Wielka Brytania (piąte miejsce na liście gospodarek świata, autorytet kulturalny, mocne więzy historyczne z Ameryką) a Morawiecki to nie Dawid Cameron. Premier brytyjski może sobie pozwolić na krytykę Trumpa. Jednak nawet on nie wpadł  na pomysł, żeby jednocześnie przywalić w oboje kandydatów do Białego Domu. Mamy złe stosunki z Rosją, już pogorszone z Niemcami a teraz dąsamy się na Stany Zjednoczone. Unosić się świętą prawdą i honorem to polska specjalność. Zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, nazwa zobowiązuje partię do moralnych wzmożeń. Ale czy na pewno?

  

  

  

  

  

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl