Kampania referendalna w sprawie Brexitu nabiera tempa i od D-Day dzieli nas tylko miesiąc. Temperatura rośnie, wypowiedzi polityków coraz mniej ostrożne, coraz więcej skandali i skandalików. Około tysiąca parlamentarzystów rozjechało się po kraju, pojawiły się znaczki WYJSC i POZOSTAC, a także film o korzyściach płynących z Brexitu, zrobiony nakładem finansowym zwolenników rozstania, na którego premierze pojawił się szef UKIP-u, Nigel Farage. Przed naszymi zdumionymi oczami zawierane są egzotyczne sojusze – konserwatysta David Cameron z labourzystą Jeremym Corbynem i związkami zawodowymi, oraz torys Boris Johnson z Nigelem Farage’em.
Twarzą kampanii IN został premier Cameron, a OUT – jego spodziewany następca na Downing Street, były mer Londynu Boris Johnson. Cameron przemierza Wielką Brytanie wzdłuż i wszerz, a to pokazuje się na mitingach związków zawodowych, to znów w hali fabrycznej GE Aviation w południowej Walii i powtarza, że „Wielka Brytania, jeśli zostanie w Unii, może mieć wszystko”. Na co Boris Johnson odpowiada: „referendum może być dla Camerona tym, czym Irak dla Tony Blaira” czyli początkiem końca. Ankieta badań opinii publicznej, zamówiona przez lewicowego w końcu „Independenta” wykazała, że argumentacja Johnsona na rzecz wymaszerowania z UE jest dla przyszłych wyborców dwa razy bardziej przekonująca niż Camerona na rzecz pozostania w Unii. Podziały biegną przez kraj, poprzez rząd, parlament – obie Izby – i przez rodziny.
Premier Cameron, minister skarbu i finansów George Osborne koncentrują się głównie na argumentach gospodarczych. Twierdzą, że wyjście z Unii może spowodować zmniejszenie rocznych dochodów na gospodarstwo w wysokości jednej miesięcznej pensji, podniesienie podatków o kilka punktów procentowych, generalnie będzie kosztowało budżet państwa ok. 250 mld funtów rocznie. Boris Johnson i były minister edukacji Michael Gove, a także połowa dawnego gabinetu Margaret Thatcher z lordem Lamontem na czele punktują bezpieczeństwo publiczne, kontrole granic, zapaść służb publicznych z powodu nadmiernego napływu imigrantów oraz tzw. British way of life. Z kolei Johnson ciągle powtarza „return to our old selves” czyli „powróćmy do tego, kim jeszcze niedawno byliśmy”. Na 7 czerwca zapowiedziana jest debata Camerona z Farage’em w komercyjnej stacji ITV. Będzie też kilka innych, w tym prowadzona przez BBC na stadionie Arena na Wembley, nie wiadomo jednak jacy politycy tam się pojawią. A na dwa dni przed referendum, czyli 21 czerwca zapowiada się medialne starcie lidera partii rządzącej Davida Camerona i szefa labourzystowskiej opozycji Jeremy Corbyna. Corbyn broni się przed tym rękami i nogami, bo jest znacznie słabszym mówcą, w dodatku mniej obytym z mediami niż premier z 6-letnim stażem, Cameron. Ale pewnie nie będzie miał wyjścia, w końcu to drugie po 1975 roku poważne referendum w sprawie relacji Wielka Brytania a Unia Europejska. Napięcie rośnie z dnia na dzień, z godziny na godzinę, padają coraz ostrzejsze słowa.
Z ciekawszych aferek mieliśmy bardzo nieostrożną ocenę Donalda Trumpa i tego, co powiedział na temat muzułmanów i Meksykanów przez Davida Camerona. Brytyjski premier nazwał jego wypowiedzi „dzielącymi społeczeństwo, głupimi i całkowicie pozbawionymi racji”. W ubiegłym tygodniu Trump zastanawiał się w programie „Good Morning Britain” w komercyjnej ITV: „Chyba nie będziemy mieli dobrych stosunków. Ja mam nadzieję na dobre relacje z premierem, ale wygląda na to, że on ze mną – nie”. Na to Cameron pospieszył z odpowiedzią, jakby nie było kandydatowi na prezydenta Stanów Zjednoczonych i zaraportował, że „będzie utrzymywał specjalne stosunki z Ameryką bez względu na to, kto zasiądzie w Białym Domu”. Jednak, żeby nie było wątpliwości, rzecznik Downing Street, zaraz dodał: ”Jednak premier wciąż uważa, że to, co powiedział Donald Trump było >divisive, stupid and wrong<”, czyli powtórzył nieostrożne słowa Camerona. Premier wprawdzie nie przeprosił Trumpa, jak mu radzono, ale już 20 maja w wywiadzie dla „The Daily Telegraph” Trump oznajmił, że brytyjski premier, poprzez ambasadę zaprosił go z wizytą na Downing Street. Na to rzecznik prasowy rządu, że „zaproszenie zostanie wysłane wtedy, kiedy Donald Trump otrzyma oficjalne wsparcie republikanów”. Widać, że premier Wielkiej Brytanii w kultywowaniu „specjalnych relacji” ze Stanami Zjednoczonymi zrobił trzy kroki do tyłu.
W ubiegłym tygodniu mediami wstrząsnęły także słowa Borisa Johnsona dla niedzielnej edycji konserwatywnego „Telegrapha”. Podobno przyrównał Unię Europejską do Napoleona i Hitlera. Sięgnęłam do oryginału i okazało się, że passus brzmiał jednak nieco inaczej: „Unia Europejska - mówił Johnson - dąży – jak kiedyś Napoleon i Hitler – do stworzenia superpaństwa… Brakuje jej autorytetów, powszechnie szanowanych, a także prawdziwej lojalności wobec idei europejskiej. I ten ogromny deficyt demokracji”. Tak się mają fakty medialne do faktów, powiedzmy sobie, realnych. Aktualny tydzień już zaczął się skandalem. Otóż przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker powiedział dla „Le Monde”, że Wielka Brytania, jeśli w referendum jej obywatele zagłosują za >dezercją< czyli wyjściem z Unii, nie może liczyć na żadne względy państw unijnych”. Na Wyspach spowodowało to kolejną falę krytycyzmu i wzmocnienie pozycji zwolenników Brexitu.
Nie była to jedyna wpadka Downing Street w tym tygodniu . „The Telegraph” ujawnił właśnie list Ruperta Soamesa, szefa Serco, który napisał, że skontaktował się z 500 firmami FTSE, które za chwilę opublikują doroczny raport i perswadował, by wpisali Brexit na listę największych zagrożeń dla dobrych wyników w przyszłym roku. To już nie jest o jedno słowo za dużo, to po prostu kompromitacja. A dziś podano, że z 2 mln Brytyjczyków, zamieszkałych na Kontynencie, około 700 tys. nie będzie mogło głosować, bo mieszkają za granicą ponad 15 lat. Zdecydowanie zła wiadomość dla kampanii IN, bo z uwagi na swoją prywatną sytuację - umowy dotyczące służby zdrowia, edukacji, etc. - ci ekspatrioci głosowaliby oczywiście za pozostaniem w Unii.
Tak więc co kilka dni mamy na Wyspach kolejną aferę lub skandal. I przygotujmy się na więcej - aż do 23 czerwca, bo w Wielkiej Brytanii nie ma ciszy wyborczej.
Elżbieta Królikowska-Avis. 23 maja 2016
