Niewiele zjawisk z pola kultury masowej, zwanej też pop kulturą, może rangą i zainteresowaniem publiczności rywalizować z serialem telewizyjnym. W PRL mówiło się np., że „telewizja serialami stoi”, czyli serial był znakiem firmowym i oczkiem w głowie decydentów z ul. Woronicza. Kręcono dużo, a czy udatnie – niech świadczy żywe do dziś zainteresowanie odcinkowymi produkcjami z tamtych czasów. I gdyby nie możliwość nieustannych, chwilami do znudzenia serwowanych powtórek, marny byłby los wielu dzisiejszych stacji telewizyjnych – i „publicznych” i prywatnych, komercyjnych.

Dziś, czyli w III RP, mamy raczej serialową posuchę. Nie to, żeby nic, ale porównania nie ma. Jakie są przyczyny owej posuchy? I czy na pewno to, co dziś kwalifikowane jest jako serial, spełnia wymogi stawiane temu gatunkowi?

Te i inne interesujące kwestie, związane z produkcją seriali, usiłowali rozwiązać ludzie z kierownictwa Narodowego Instytutu Audiowizualnego (NInA), instytucji młodej, dynamicznej, nowoczesnej, działającej głównie na rynku cyfryzacji dóbr kultury, ale na szczęście nie tylko. Zorganizowano tam np. 3-dniową imprezę pod ambitną nazwą Festiwal Kultury Audiowizualnej „Nowa fala seriali”. Ów termin „nowa fala” odnosił się oczywiście do produkcji zachodniej, w sferze rozważań krajowych pokuszono się o panele nt „Gdzie się podziały polskie seriale?” oraz „Kiedy przestaniemy tęsknić za >>Wojną domową<<?

Niestety, być może współorganizatorzy, a być może inne czynniki zadecydowały o tym, że impreza miała głównie charakter komercyjno-warsztatowy i to w odniesieniu do produkcji zachodnich, o których przeciętny polski telewidz nie wie nic lub wie niewiele, jeśli nie odbiera kanałów w rodzaju HBO. Byli więc producenci i decydenci zachodnich kanałów, management, nawet showrunners (odpowiednika w Polsce nie ma, można to opisać jako superkierownika produkcji), nie było – co zadziwiające – ani jednego socjologa kultury, a przecież serial, prawdziwy serial, to zjawisko par exellence socjologiczne.

Nic więc dziwnego, że mówiono o wszystkim z wyjątkiem spraw najważniejszych: scenarzyści wylewali swe żale na producentów, że przebierni, że trudno się przebić, że na początku musi się angażować własne kapitały, że to wszystko za długo trwa, wreszcie że u nas anachroniczna jest struktura organizacji produkcji w telewizji. Ludzie ze stacji komercyjnych nie narzekali – czasem dłużej czekali na pieniądze… Ot i wszystko.

A przecież serial to, jak powiedziałem, lokomotywa telewizji. Jak taką lokomotywę skonstruować?

Potrzeba właściwie jedynie 3, no, może 4 elementów.

Pierwszy – to scenariusz, napisany „dobrym piórem” przez kogoś, kto ma jakiś realny kontakt z realną rzeczywistością, z naszą rzeczywistością. Ludzie, którzy piszą dzisiaj scenariusze do seriali, nie mają ani dobrych piór ani owego kontaktu: poruszają się w plastikowej rzeczywistości, więc tworzą plastikowe postacie i plastikowe problemy. Adresują to wszystko do plastikowego Polaka, który się cieszy, że nie musi za bardzo wysilać mózgownicy.

Drugi element – wolność. PRL-owskie seriale kłamały często i gęsto, budowały atrapy rzeczywistości, ale ponieważ ówcześni Polacy też widzieli najczęściej tylko atrapę Polski, jej propagandowy wizerunek – akceptowali to. Poza tym – przyzwyczaili się… Tymczasem serial, żeby gromadzić miliony widzów przed telewizorami, musi mówić  o  c z y m ś, o czymś prawdziwym, co widz zna z autopsji, do czego może się odnieść w dyskusji, w refleksji… Inaczej będzie się tylko śmiać. Fakt, że dziś można bez końca pokazywać „Alternatywy 4” Barei, według mnie jego największe dzieło, bierze się stąd, że ten superserial pokazał prawdę o Polsce Jaruzelskiej – o kraju ciągłego koszmaru na różnych polach, o kraju wiecznych braków, o wszechmocy byle urzędasa czy „prezesunia” itd. itd.

To, co dziś produkuje TVP (o innych nie mówmy, zresztą różnica niewielka), dzieje się w jakimś świecie księżycowym i dotyczy głównie sfer męsko – damskich, banalnych problemów psychicznych, jakiejś tam sfery zawodowej, wychowywania dzieci… Można by to pokazać wszędzie, w Pernambuco, Pekinie, na Haiti – zupełnie jak słynne brazylijskie „tasiemce”. Koszt niewielki – kamera czy dwie, proste studio, obsada z samych 2- czy 3-rzędnych „celebrytów… Byle interes się kręcił!

Trzecia sprawa to produkcja: powinno powstać jakieś gremium rzetelnych i kompetentnych ludzi oceniających, decydujących o losach składanych propozycji, może w obrębie PISF-u (ale na pewno nie w tym układzie personalnym!). Podobne gremium mogłoby funkcjonować przy TVP, w końcu ta właśnie firma byłaby głównym beneficjantem odcinkowej produkcji.

Czwarta i ostatnia sprawa – pieniądze. Ale tu chyba mówić dużo nie trzeba.

Zapytałem jednego z uczestników dyskusji w NInA, aspirującego od lat do zrealizowania serialu według własnego pomysłu, jaki byłby jego serial marzeń. Odpowiedział mniej więcej tak: ”Serial o polskich przemianach, co najmniej od roku 1989, a może od 1980, o wielopokoleniowej polskiej rodzinie, jej meandrach na tle meandrów Historii. Oczywiście serial prawdziwy.”

Po czym zgodziliśmy się szybko, że w najbliższym czasie taki serial na pewno nie powstanie. Zamiast bowiem pytać, jak organizatorzy wspomnianego Festiwalu, gdzie się podziały polskie seriale, należy zapytać: gdzie się podziała refleksja nad polskim życiem, nad polską rzeczywistością?

Nie musieliśmy zatem sobie nawzajem tłumaczyć, dlaczego jesteśmy sceptyczni. Obaj uznaliśmy po prostu milcząco, że w Polsce AD 2016 nie ma prawdziwej twórczej wolności, a przynajmniej że dostęp do kanałów tej wolności, do jej obszarów, jest reglamentowany. I pilnie strzeżony.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl