Od wielu dni z rzędu, słuchając i oglądając  różne programy  w rozmaitych przekaźnikach,   nieodmiennie zadaję sobie to samo pytanie: jak ten człowiek, polityk, sędzia, dziennikarz się zachowuje?! Kto to jest, w jakiej rodzinie się wychowywał, jaka szkoła go formowała? Naturalnie podobne przypadki zdarzały się i przedtem, ale ostatnio chodzą całymi stadami. I ta  kumulacja  oczywiście sygnalizuje pewne zjawisko. Jakie?

 

   Piątek rano, radiowa Jedynka, Sygnały dnia, rozmowę prowadzi Wojciech Dąbrowski, gościem jest znana i ceniona socjolog Barbara Fedyszak – Radziejowska, dziś doradca prezydenta RP. Najpierw rozchichotany dziennikarz wpada na antenę i zaczyna: ”Właśnie rozmawialiśmy z panią Fedyszak - Radziejowską o piłce nożnej. Czy pani doradza prezydentowi także w sprawie piłki nożnej?” To miał być oczywiście żart. Ale znana i ceniona pani socjolog,  dwa razy starsza od prowadzącego, nie podjęła luzackiego tonu Dąbrowskiego i poprosiła o merytoryczne pytania, dla których – jak sądziła – została zaproszona do studia. Trzeba było jeszcze jednego przypomnienia, żeby rozbawiony – Pan Bóg wie czym - Wojciech Dąbrowski  przystąpił do zadawania pytań. Pani socjolog nie obraziła się – zgodnie z maksymą bodaj  hr. Tyszkiewiczowej, że „obrażają się tylko kuchty” – do końca wywiadu odpowiadała na pytania z wielką grzecznością, czym dała prowadzącemu po nosie. Choć nie jestem pewna czy dziennikarz cokolwiek  z tego zrozumiał.

   Ta sama radiowa Jedynka i niedawny wywiad z panią premier Beatą Szydło. Gospodarz Rozmowy dnia z uporem zwracał się do niej „proszę pani”, choć dziennikarz z 20-letnim stażem powinien wiedzieć, że takiego gościa tytułuje się „pani premier”. Ciekawe, że media mainstreamowe nigdy nie zapominają o tytułach w przypadku prezydentów Kwaśniewskiego i Komorowskiego czy  premierów Millera i Ewy Kopacz. Ukladają się przed gośćmi z frakcji postkomunistycznej i platformerskiej  w charakterze dywanika, są uprzedzająco grzeczne, w lot rozumieją intencje i nie pozwalają sobie na ryzykowne żarty. A z najwyższymi dostojnikami państwowymi z Prawa i Sprawiedliwości, którzy zostali wybrani w demokratycznych wyborach i rządzą z mandatu narodu – a i owszem. Czy tacy dziennikarze, którzy  nie znają podstaw swojego zawodu, nie mówiąc o  oczywistym braku obycia,  powinni prowadzić wywiady z najważniejszymi osobami w państwie w prime time’ie  i we flagowym programie radiowej Jedynki? Wątpię, bo to kiepska wizytówka tak zasłużonej firmy jaką jest  Polskie Radio.

   Dalej, artykuł w „Rzepie” z 24 maja, gdzie Marek Migalski, ulubieniec tabloidów, wydrukował  artykuł pt.”Poważna Szydło, śmieszny Duda”. Tytuł dość nonszalancki, jak na  materiał o prezydencie i premierze RP,  i zaraz potem nastąpiła seria  doniesień  bez cienia dowodu na poparcie wielce krytycznych opinii.  A więc niegdyś poseł, dziś  pan Migalski – który zawsze kojarzy mi się ze zdjęciem bodaj z „Faktu” jak przebiera w stosie stringów i wyławia najpiękniejsze, w  kolorze czerwono-czarnym -  przywołuje do porządku prezydenta RP.  Czy w swoim artykule Migalski  sięga  po argumenty socjologiczne, w końcu takie studia skończył, podobno nawet pracował  na uczelni?  W ogóle po jakieś argumenty?  Nie.  Migalski  przytacza  jedynie kilka dyżurnych  domniemań i przypuszczeń, których nie trzeba odkurzać,  bo wciąż używane przez jego kolegów z PO  i pisze: ”Bez szemrania przyjmują / chodzi o pana prezydenta i panią premier, przyp. EK-A/  polecenia i są poręcznym narzędziem w dłoniach prezesa”.   Skąd on to wie, i czy dziś w Polsce przeciwnicy PiS  naprawdę  mogą powiedzieć i napisać każde głupstwo? Wszystko, co im przyjdzie do głowy, każde przypuszczenie,  każdą plotkę, którą usłyszą w mieście?  Dlaczego Marek Migalski  i jego koledzy uważają, że prezydent czy premier, nie może spotykać się z wieloletnim liderem i prezesem partii, która ich nominowała,  która jest partią rządzącą i w której  imieniu sprawują czteroletni  mandat?  Przecież  takie konsultacje odbywają się wszędzie, i w Stanach Zjednoczonych, w Niemczech i we Francji.  I nie są uważane za nic nadzwyczajnego, a na pewno nagannego. To rutyna.  Ale skąd ma o tym wiedzieć Marek Migalski, który przemknął przez polityczny nieboskłon jak kometa i zniknął gdzieś w  dalekich regionach układu.

   No i last but not east: wywiad z sędzią  Jerzym  Stępniem w programie Minęła 20  w  TVP Info.  Prowadził go młody dziennikarz Michał Rachoń o dużym, jak się wydaje, potencjale. Najpierw  gość,  od początku nie wiedzieć czemu obrażony, odpowiadał monosylabami, a kiedy uprzejmy, dobrze przygotowany dziennikarz  zaczął  dopytywać o szczegóły  konfliktu TK – rząd i parlament, były sędzia Trybunału wybuchnął: ”Panie redaktorze, pan nie jest dla mnie żadnym partnerem do dyskusji. W tej sprawie wypowiedziała się Komisja Wenecka, uniwersytety i cala masa prawników”. A potem dodał: ”Niech pan przyjdzie do mnie na uczelnie, to spokojnie to panu wytłumaczę”.  Gość do gospodarza studia telewizyjnego, dokąd przyszedł, aby wyjaśnić telewidzom przyczyny sporu, informuje dziennikarza, że jest dla niego niczym, zerem!  To po  co do tego studia przychodził?  Po wtóre, nawet gdyby sobie tak myślał,  jak mógł to powiedzieć publicznie?! I znowu nasuwa się pytanie:  z jakich domów tacy ludzie pochodzą, kto ich wychował, dlaczego nie nauczono ich najprostszych zasad współżycia międzyludzkiego, publicznego? Sprawa kolejna: świat to dziś globalna wioska - agencje prasowe, telewizje newsowe, dokumenty, fabuły z cywilizowanego świata. Nawet podglądając styl i wzięcie polityków, dziennikarzy, sędziów  w starych demokracjach, można się sporo nauczyć. Dlaczego funkcjonariusze PO są na te wiedzę tak bardzo odporni? Przecież obserwują ich ludzie, telewidzowie, słuchacze, czytelnicy gazet, oceniają i w jakimś momencie  zareagują. To przecież nieuniknione.

   W Wielkiej Brytanii taki wywiad prominentnego sędziego, powiedzmy sobie Supreme Court of Justice, byłby gwoździem do jego zawodowej trumny. Nawet liberalna BBC na skutek  protestów od telewidzów czy słuchaczy,  zawiesza lub  odsuwa dziennikarza, który nie zna lub lekceważy standardy i naraża na szwank reputację Firmy, od prowadzenia programu.  A osoba publiczna, jak znany sędzia, byłby wydrwiony, wyśmiany i skompromitowany.  Przez dziennikarzy w komentarzach i w cartoonach, rysunkach  prasowych,  i w Timesie i w Guardianie. Protestowaliby także telewidzowie, radiosłuchacze i czytelnicy.  Bo chodzi  o standardy, o zasady, wspólne dla  cywilizowanego świata. Minęło 27 lat, a poród naszego społeczeństwa obywatelskiego wciąż trwa.

    

                                                                      Elżbieta Królikowska-Avis. 30 maja 2016  
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl