W okolicach czwartego czerwca uświadomiłam sobie, że jest to dla mnie raczej rocznica obalenia rządu Jana Olszewskiego w 1992 roku, niż wyborów 1989. Wybory były zaledwie 3 lata wcześniej niż upadek rządu, jedna rocznica ma 24 lata, druga 27, więc dostatecznie dawno, żeby obie w równym stopniu zacierały się w pamięci.

Ale nie. Okazuje się, że choć w 1989 roku przeżycia były silne, a nadzieje – wydawało się –spełniały się w moim pokoleniu po raz pierwszy, to jednak silniejsze okazało się ich późniejsze zniweczenie. Inna sprawa, że obraz spełnienia był w dużej mierze tylko zmontowany na użytek naiwnej – jak ja – publiczności.

Zgoda, rząd Olszewskiego miał swoje wady i niedoróbki. Ale czy nie miał wad i niedoróbek rząd Mazowieckiego? Miał, i to znacznie, znacznie bardziej brzemienne w złe skutki niż następne rządy, bo działał na samym początku zmian. Jak krzywy wzorzec z Sèvreszwichrował miary postępowania i wagi ocen. Wypchnął poza obieg powszechny krytyków pozorności poczynań i ludzi postulujących prawdziwe zmiany. Ta krzywa perspektywa zniszczyła zaufanieczęści opinii publicznej. Dodatkowo zadziałała utrata zaufania do Wałęsy. Od początku prezydentury wspierał „lewą nogę”, obalił rząd Olszewskiego w skandalicznych okolicznościach, i rozwiązał w końcu Sejm w 1993 roku.

W 1990 roku wyborcy potraktowali kandydata na prezydenta, Włodzimierza Cimoszewicza z SLD, czyli dawnej PZPR dziewięcioma procentami głosów, a więc głosami byłych partyjnych. Trzy lata później, zbrzydzeni walkami wewnątrz obozu postsolidarnościowego, dzięki ciężkiej pracy macherów nad zacieraniem pamięci o komunizmie,pozwolili wygrać SLD wynikiem ponad 20 proc. To 20-procentowe poparcieprzełożyło się wtedy na nieproporcjonalnie wiele mandatów parlamentarnych – aż 37 proc., dzięki nowemu systemowi liczenia. W cztery lata więc po przewrocie z parlamentu wypchnięta została całkowicie „Solidarność” i wszystkie ugrupowania centroprawicowe, poza kilkudziesięciu posłami kunktatorskiej Unii Demokratycznej (później Unia Wolności).

No to sobie pogadaliśmy o dawnych, lepszych i gorszych czasach. Niejedno gorsze nastąpiło w przy wtórze stronniczości mediów i rozsiewanej przez nie dezinformacji.

Ostatnio Chris Cieszewski z  grupy zagranicznych badaczy katastrofy smoleńskiej poddał ciekawy pomysł, jak ukrócić bezkarność wiecznych gazetowych kłamstw i dezinformacji, niszczących polskie życie publiczne. Sam doznał krzywdy, gdy w mediach oskarżono go fałszywie o współpracę z peerelowskimi tajnymi służbami. Bronić się może tylko w indywidualnym procesie cywilnym, co trwa latami, jest kosztowne, wymaga częstej obecności w Polsce, a wynik niepewny, bo sądy wiadomo jakie.

Należy zdaniem Cieszewskiego sytuację uregulować ustawą, gwarantującą obywatelom prawo do rzetelnej informacji. Ustawa powinna karać trzy kategorie naruszeń tego prawa.

Dezinformacja powinna być traktowana jako przestępstwo, a obywatele w pozwie zbiorowym powinni mieć prawo do odszkodowania finansowego za kłamstwo w prasie. W Stanach są takie pozwy i każdy może się dołączyć, dostaje odszkodowanie.

Podobnie powinno być odszkodowanie za nieintencjonalny błąd, za niekompetencję dziennikarza, której wynikiem jest podanie nieprawdy. W końcu za media się płaci, kto bierze pieniądze, musi odpowiadać za produkt.

Trzecie, propagandę należy opodatkować. Te pieniądze można przeznaczyć na naprawienie szkód, koszty sprostowań itp. Nie ma zresztą, jak uderzenie po kieszeni.

Już słyszę ten krzyk: a co to jest prawda, każdy ma swoją prawdę, prawdy nie ma!

Prawda to jest to, o czym rzadko piszecie, panowie.

Jako czarownica popieram polowanie na inne czarownice. Dodam, że z tych kar doskonale można by sfinansować państwowy instytut monitorujący media. Sądząc ze stanu polskich mediów, instytut taki pływałby w pieniądzach, jak pączek w maśle.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl