Tak ją zawsze nazywaliśmy – jeden Piotrek Jakucki, naczelny, zwracał się do niej po imieniu, ale oni długo się znali, jeszcze z czasów „Gazety Polskiej” Piotra Wierzbickiego, skąd (nie mogąc znieść atmosfery i zasad prowadzenia tygodnika) odeszło wraz z p. Adamus kilka osób do stworzonej przez nią „Naszej Polski”.
Była bardzo dobrym szefem – nie ingerowała we wszystko, nie trzęsła się nad każdym tekstem, ufała swoim ludziom. Nic dziwnego, że w „Naszej Polsce” pracowało się sympatycznie i spokojnie.
To nie znaczy, że sympatycznie i spokojnie płynęło życie Pani Maryli – mówię tylko o latach „Naszej Polski”. Bo to do wydawcy właśnie spływały skargi na kolportaż, na trudności z dostaniem „Naszej Polski” nie tylko w terenie, co jakoś normalne (wiadomo, postkomunistyczna pajęczyna miała gęstą sieć w całej Polsce!), ale i w stolicy. To do Pani Maryli dzwonili czytelnicy prosząc o dziennikarską interwencję, o podjęcie takiej czy innej problematyki czy tylko pojedynczej sprawy. Ale to właśnie było cechą markową „Naszej Polski” – robienie gazety w kontakcie z jej czytelnikami, przyjaciółmi… Tak sobie Pani Maryla zamyśliła i tak konsekwentnie działała. My, pracownicy, o tych stresach, o tych wrednych knuciach, o trudnościach z przepływami finansowymi nie wiedzieliśmy, „szefowa” brała to na siebie. Wydzwaniała, pisała, dreptała w setki miejsc, starając się sytuację znormalizować.
Dowodem prawdziwej wolności i otwartości „Naszej Polski” było grono autorów. To nie byli ludzie, którzy nie mieli wstępu na każde łamy – przeciwnie, publikowali u nas autorzy, dla których gdzie indziej miejsca nie było, autorzy „źle widziani”, „źle obecni” – Jerzy Robert Nowak, Wojciech Reszczyński, ks. Stanisław Małkowski, Iwo Cyprian Pogonowski, Krzysztof Kąkolewski, ks. prof. Bartnik, Leszek Czajkowski… Gazeta nie przepuszczała nikomu, kto zasługiwał na napiętnowanie, na słowa prawdy. Byliśmy np. aktywni na froncie sporu ze środowiskami żydowskimi w różnych drastycznych kwestiach, jak Jedwabne, kampania antypolska światowych środowisk syjonistycznych, kwestia zwrotu mienia – żeby wymienić najważniejsze. Gazeta uważnie przyglądała się „prywatyzacji”, czyli wyprzedaży Polski… Czy można się dziwić, że teksty z „Naszej Polski” nigdy nie pojawiały się w przeglądach prasy mediów mainstreamowych? „Nasza Polska” miała być skazana na zamilczenie, co w wypadku mediów niszowych często znaczy: na śmierć.
Ale to się, dzięki determinacji Pani Maryli i jej zespołu, jej przyjaciół, nie udawało, były okresy, gdy gazeta zyskiwała czytelników, gdy rósł jej nakład. Choć trudności były zawsze: zaległości kolporterów z płatnościami, oszczercze ataki, wreszcie dotkliwe działanie „nieznanych sprawców”… Ale to były jeszcze czasy, gdy z podobnych klęsk można się było podnieść, liberalny gorset jeszcze tak mocno nie uciskał. Z czasem jednak sytuacja stawała się coraz trudniejsza: spadały honoraria (z pustego i Salomon nie naleje), spadał nakład (przychodziły pisma z żądaniem jego obniżenia!). Czuło się, że jest coraz ciężej w naszej rzekomo, odnowionej, „zdekomunizowanej” Polsce.
A mimo to Pani Maryla pozostawała sobą: chwilami lekko ironiczną, pogodną, żartującą „mamą” nas wszystkich. Przy świętach i innych okazjach wypiła z nami kieliszek „wódeczki”, przynosiła nieśmiertelnego (ale jakże pysznego!) „śledzika pod pierzynką…”. Warto zajrzeć do starszych roczników pisma, żeby zobaczyć, że oprócz ważnych tekstów politycznych, gospodarczych, społecznych i kulturalnych (kultura była w „NP” zawsze obecna!) było tam mnóstwo satyry, kabaretu, okolicznościowych „szopek” i „teatrzyków”, wierszy poważnych i satyrycznych… Kiedyś wraz z nieodżałowanej pamięci Anią Poppek wymyśliliśmy, że do numeru primaaprilisowego napiszemy tekst o… planowanej zimowej olimpiadzie w Zakopanem, która zdewastuje Tatry w imię mocarstwowego „napinania muskułów” („A co, nie damy rady?!!!). Przysiedliśmy fałdów (pamiętam, jak się we dwójkę świetnie przy pisaniu bawiliśmy!) – i tekst się ukazał. Miał charakter tekstu śledczego – dziennikarze wytropili aferę na wielką skalę!
Dwa czy trzy dni później do Pani Maryli zadzwonił osobiście… minister sportu Jacek Dębski z informacją, że… on o takich planach nie słyszał… To był nasz prawdziwy triumf!!! Minister „kupił” nasz żart!
Zasada „siła złego na jednego” w końcu przyniosła skutek. Zatory płatnicze, zaległości w drukarniach etc. spowodowały, że „Naszej Polski” nie dało się dłużej wydawać. Pani Maryla włożyła w gazetę wszystkie swoje oszczędności, nie brała w ogóle pensji… Nie pomogło… Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia 2015 gazeta zawiesiła (na pół roku) edycję papierową. Sporadycznie teksty pojawiały się na stronie internetowej. A Pani Maryla wciąż walczyła, wciąż nie chciała przyjąć do wiadomości, że została sama, że znikąd nie było pomocy… Mobilizowały ją wciąż listy i telefony zawiedzionych, zgnębionych czytelników i przyjaciół… Słała monity, usiłowała umawiać się na spotkania. Tu i ówdzie drzwi niby uchylano, ale zaraz je zatrzaskiwano. Cud się nie zdarzył – nie pomógł nikt - łącznie z samymi Najwyższymi, których gazeta zawsze wspierała, dla których zawsze miała otwarte łamy.
O tym wszystkim Pani Maryla miała opowiedzieć podczas spotkania w Klubie Publicystyki Kulturalnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 1 czerwca br. Nie chciała przyjść, nie chciała się już denerwować, przeżywać wszystkiego jeszcze raz… Ale w końcu nie odmówiła… Przyszła… Zdążyła mówić przez niecałe pół godziny…
Trzeba uczcić jakoś trwale jej pamięć – kobiety niezłomnej, dobrej, kochającej ludzi, Polskę… Naszą Polskę.
