Nie stało się zadość tradycji festiwalu opolskiego: jego tegoroczna edycja nie uwzględniła jednej z najciekawszych zwykle pozycji programu – maratonu kabaretowego. Oczywiście łatwo było taki maraton sklecić przez ostatnich 8 lat: skrzykiwało się błaznów z różnych „kabaretów”, żeby szydzili z opozycji, czyli z PiS, organizacji patriotycznych i religijnych, z narodowych poglądów i w ogóle ze wszystkiego, co jak kamyk w bucie uwierało rządzącą koalicję liberalno-ludową (co za fantastyczny termin…). Tyle że właściwie nie warto było tego robić – maraton kabaretowy o takim przesłaniu ogólnym trwał w naszych stacjach telewizyjnych 365 dni w roku przez 8 lat! No, ale Opole to Opole: większa „kasa”, olbrzymia oglądalność i ten prestiż – „W tym roku też byłem w Opolu, w opolskim kabaretonie…”
Warto spróbować odpowiedzieć na pytanie: dlaczego w tym roku kabaretu w Opolu zabrakło?
Odpowiedź pierwsza brzmiałaby tak: TVP nie mogła sformować odpowiedniej ekipy. Chałturszczycy – prostacy w rodzaju różnych Neo-nówek, Kabaretu Skeczów Męczących (oj tak…), Ani mru – mru (słusznie!), Kabaretu Młodych Panów (bez komentarza), Raków, Ciachów, Formacji Chatelet e tutti quanti już nie byliby wpuszczeni na opolską scenę, bo i bez tego media „pozarządowe” używają sobie na obecnej ekipie ile wlezie, a odważny Prezes Jacek na taki eksperyment pójść nie chciał, choć demokrata z niego szczery i w TVP wciąż więcej głosu opozycji niż władzy.
Można było oczywiście – to odpowiedź druga - próbować „sklecić” jakąś kabaretową trupę z aktorów. Sęk w tym, że aktorzy niemal en masse są do obecnej władzy odwróceni… no… powiedzmy: plecami i póki co negocjacje z nimi wydają się bezprzedmiotowe. Muszą się im wyczerpać zapasy finansowe, wtedy może się okazać, że bojkot PiS jest bez sensu, że przecież „liczy się widz” itp. Póki kabza pełna, a i mecenasów z innych stacji niż TVP nie brakuje, prezes Kurski nie ma z kim ze świata artystycznego rozmawiać. Nie ma tematu (a i pieniędzy w TVP nie za wiele…)
Odpowiedź trzecia jest taka, że przecież mamy kilku kabareciarzy „rodzimego chowu”: Pietrzak, Rosiewicz, Makowski, Dłużewski, może Jaroszyński dałby się namówić, Ewa Dałkowska, Joanna Jedlewska… Ci, co tak myślą, są niestety naiwni: wymienieni artyści kabaretowi są bowiem zbyt jednoznaczni, zbyt „opowiedziani” po jednej stronie. Tymczasem kurs jest obecnie taki, żeby „nie drażnić”, „nie dowalać” TAMTYM. Ma być grzeczniutko jak w obecnych licznych programach publicystycznych w TVP – gadające głowy znów gadają, tyle że już pluralistycznie, bo PiS nie po to wygrywał wybory i przejmował władzę, by się teraz odgrywać, „kopać leżącego” (który to leżący nb ma się dobrze, a nawet coraz lepiej… ). Prezes Kaczyński zapowiadał po zwycięstwie, że „zemsty nie będzie” – i faktycznie słowa dotrzymał. A w takiej sytuacji wpuszczenie na scenę opolską Pietrzaka czy Rosiewicza byłoby czymś na kształt casus belli, a przecież nie o to idzie!
Z tzw. źródeł dobrze poinformowanych wiem, że rozważano podczas tegorocznego festiwalu urządzenie dużego benefisu Jankowi Pietrzakowi. O rezygnacji z pomysłu rozstrzygnęły względy, od których ze śmiechu można dostać skrętu kiszek: okazało się, że gdyby taki koncert zorganizowano w trakcie któregoś z dni festiwalowych, obrazić by się mogli… ci, którzy kupili bilety, a nie są miłośnikami PiS, Pietrzaka i w ogóle „dobrej zmiany”. Mogliby oni protestować, gwizdać, „wyklaskiwać” artystów… Afera by się zrobiła, skandal… Po co ryzykować? Niech Pietrzak szuka sobie kolejnej piwnicy albo kawiarenki dla swych prezentacji!
Okazuje się więc, że program tegorocznego festiwalu opolskiego ułożyli prezesowi Jackowi… zwolennicy Platformy, KOD-u i inni podobni.
Ale żeby być sprawiedliwym, trzeba powiedzieć, że zastępująca kabareton Filharmonia Dowcipu (Malicki, Chmielarz + orkiestra) dała występ znakomity. Okazało się, że rozrywka jest możliwa bez tych wszystkich chałturszczyków – kabareciarzy, a publika bawić się będzie równie dobrze, a może i lepiej. A do tego czegoś się nauczy: dowie się np., że są takie instrumenty, jak altówka, że muzyka symfoniczna może być frapująca, przekona się, co to jest prawdziwa wirtuozeria i na czym polega improwizacja, transpozycja (to nie jest termin z dziedziny seksuologii stosowanej!) czy parafraza. Dobre i to – w końcu telewizja ma być nareszcie naprawdę misyjna!
Festiwal się skończył – problemy ze światkiem (chwilami, niestety, półświatkiem) artystycznym pozostały.
Powiem, że „odzyskanie” owego świata (półświatka) to może być jeden z najcięższych do zgryzienia orzechów obecnej władzy. I to jest też, Drodzy Państwo, niezły kabaret.
