Według wprowadzonej jeszcze przez Kazimierza Wykę typologii życie publiczne toczy się zawsze dwoma cyklami: faza przewężenia i faza rozlewiska. Pierwsza – to sytuacja zmierzająca do konfliktu, do wybuchu społecznego, faza polaryzacji stanowisk itp. Druga – to uspokojenie; przewężenie prowadzi zwykle do społecznego wybuchu, po którym sytuacja uspokaja się – wpływamy na rozlewisko; zaczynają się jakieś reformy, przemiany, powraca (czasowo) spokój. Aż do następnego przewężenia…

Faza przewężenia prowadzi zwykle do tego, że różni ludzie zrzucają maski, nie mogąc ich już dłużej nosić: należy się jednoznacznie zdeklarować, bo sytuacja jest poważna. To oczywiście także oczyszcza - ludzie stają w pełnym świetle, więc wiadomo, kto naprawdę jest kim.

Znany dziennikarski harcownik Krzysztof Kłopotowski też postanowił zdjąć maskę, która, widać, bardzo go uwierała, męczył go nieustanny slalom – gigant między prawicowością a lewicowością (żeby nie powiedzieć: lewactwem). Dobrym przyjęciom wartościowych filmów czy książek towarzyszyło u Kłopotowskiego nieustannie schlebianie środowiskom – żydowskim, demoliberalnym, lewicowym. Trudno się było w tym połapać, sprytna ta gra bowiem dezorientowała to jedną, to znów drugą stronę.

Ale po zamieszczonym na tych łamach felietonie „Głowy w piasku” wszystko stało się jasne i już wiemy, kim jest Kłopotowski – jest obrońcą lewactwa, lewicowości (oczywiście tej kawiorowo – cygarowej), poputczikiem minerów Kościoła, adwokatem bluźnierców, dewiantów, wreszcie – rzecznikiem współczesnego ancien regime’u, czyli bojownikiem o prawa „sierot po PZPR” do obecności w życiu publicznym kraju, który z wielki wysiłkiem usiłuje ów krępujący mocno socjalistyczno-komunistyczny gorset zrzucić.

Do napisania felietonu „Głowy w piasku” skłonił Kłopotowskiego wydrukowany w niezależnym miesięczniku „WPIS” protest red. Leszka Sosnowskiego przeciw emisji bluźnierczego filmu „Ukrzyżowanie – święty skandal”. Protest przedrukował portal wPolityce, reakcja czytelników była żywiołowa. „Pan Sosnowski – pisał Kłopotowski – w świętym gniewie domagał się odwołania dyrektora TVP Kultura (Mateusza Matyszkowicza, ex redaktora kontrowersyjnej FRONDY – przypis wpk). Poparło go wielu internautów na owym portalu. I może by się to nawet udało, gdyby nie ludzie lepiej rozumiejący, na czym polega rola elitarnej stacji telewizyjnej.”

Interesujący jest tu przymiotnik „elitarnej”. Ciekawe, o jakiej to elicie myśli Kłopotowski, pisząc o kanale publicznej telewizji, która nieco wyróżnia się tym, że prezentuje mniej kulturowego chłamu niż Jedynka i Dwójka, ale poza tym jest stacją dla wszystkich, którzy kulturę lubią i cenią i o żadnej „elitarności” nie ma tu mowy. Kultura sama w sobie elitarna nie jest, a tylko w niektórych przejawach być taką może, więc zadęcie Kłopotowskiego może mieć dwa cele: podlizanie się dyr. Matyszkowiczowi (który chyba jednak za wcześniejsze także wyczyny, w rodzaju choćby projekcji obrzydliwego „Ostatniego kuszenia Chrystusa”, powinien posadę stracić) oraz podkreślenie, że on sam należy do elity, ma bowiem w TVP Kultura autorski program „Tanie dranie” (w którym notabene promuje wartości i idee groźne, a co najmniej wątpliwe, jak choćby likwidacja wszelkich tabu w kulturze).

Kłopotowski ma świadomość, że – jak pisał - „/…/owo dzieło sztuki było bluźniercze, obliczone na skandal /…/ Jednak przedstawienie go widowni wcale nie znaczyło, że TVP Kultura propaguje tego rodzaju działania. To nie była promocja, lecz informacja.”

Tu nasz harcownik wspina się na szczyty – szczyty hipokryzji. Że na świecie jest wiele organizacji, środowisk i ludzi chcących wysadzić Kościół katolicki w powietrze, wie każdy, kto choć trochę używa głowy do myślenia. Jakaż to więc informacja?!! A czy pokazanie np. zlotu jakiejś faszystowskiej antysemickiej hałastry, wykrzykującej hasła w rodzaju „śmierć Żydom” czy „precz z syjonizmem” uznane zostałoby przez Kłopotowskiego (a zwłaszcza przez światowe środowiska żydowskie!) także za „informację”?

Ten wykręt naszego harcownika kwalifikuje go do pozbawienia miana dziennikarza.

Ale żeby szło tylko o to! Kłopotowski drapuje się tu w szaty obrońcy polskiego oświecenia publicznego. Pisał: „Polska opinia publiczna musi wiedzieć, co się dzieje w świecie, bo kraj jest jego częścią (cóż za łaska pańska – wpk). Dlatego też polska opinia kulturalna musi być informowana o wszystkich zjawiskach tego świata, także odstręczających. Rozkład tradycyjnych wartości na Zachodzie dociera do Polski na coraz większą skalę (prawda, dzięki m.in. takim „intelektualistom”, jak Kłopotowski! – wpk). Polska /…/ ma więc okazję (sic!) lepiej przygotować się na okoliczność upadku religii, rodziny, obyczajów /…/

Tu Kłopotowski zdobywa kolejny szczyt – już nawet nie wiem, czego: wie on już na pewno, że upadki, o których pisze, nastąpią i miłosiernie troszczy się o to, byśmy je znieśli jakoś łagodniej - co umożliwić nam mają bluźniercy, deprawatorzy, hochsztaplerzy, dewianci. W swej przewrotności harcownik nasz stawia sprawy nas głowie: bo przecież należy się przed wszelką deprawacją bronić właśnie przez bezwzględne eliminowanie jej z życia, a nie pchać ją ludziom do głów i przed oczy! Tak myśli każdy normalny człowiek, który wie, czym grozi promocja zła choćby przez demonstrowanie jego przejawów. Nie chce mi się wierzyć, że Kłopotowski tego nie rozumie. On po prostu prowadzi bezczelną, lizusowską grę ze światem wartości jako herold świata anty-wartości.

W ostatniej odsłonie dramatu wszystko staje się jasne. Kłopotowski pisze: „Zarząd Telewizji Polskiej musi też liczyć się z oczekiwaniami lewicowych i liberalnych środowisk artystycznych, które potrzebują prowokacji i kontrowersji dla pobudzenia krążenia idei /…/ lewicowi, liberalni oraz zbuntowani artyści są również obywatelami kraju i to wcale nie gorszego sortu. Coś im się należy od Telewizji Polskiej /…/ Musimy mieć swoiste „nisze dla dewianta” /…/ Gdyby nie było miejsc specjalnych dla rewolucjonistów, dziwaków, nawet zboczeńców, kulturze groziłaby martwica”.

Cóż, to są Himalaje demagogii, Andy intelektualnej degeneracji. Przecież, Panie Redaktorze, takie miejsca od dawna istnieją. O jednym z nich pisał Słowacki w „Kordianie”. Współcześnie – można je znaleźć w Kobierzynie, Choroszczy, Tworkach. Ewentualnie w TVN, Superstacji i innych podobnych miejscach.

Wedle przyjmowanych ostatnio w Polsce regulacji medialnych tworzy się u nas media narodowe. Naród polski jest katolicki, konserwatywny w swej przytłaczającej większości. W ostatnich wyborach opowiedział się zdecydowanie po stronie treści narodowych, chrześcijańskich, patriotycznych, rodzinnych… Kto daje Kłopotowskiemu prawo do inseminacji w polską tradycję bluźnierstwa, dewiacji, perwersji, bełkotu i zwykłego hochsztaplerstwa? Jakim prawem upomina się on, by za pieniądze podatników hodować w mediach narodowych, publicznych, wszelką ohydę, durnostwo, pozory głębi, kabotynizm, prowokację? Jest do tego w Polsce wielu chętnych i jest stworzona przez nich potężna infrastruktura medialna, infrastruktura, o której wspomniane media narodowe, czy jeszcze wciąż tylko publiczne, mogą jedynie marzyć. Niech się więc Kłopotowski tam przeniesie wraz ze swymi ideami i idolami. Wówczas – hulaj dusza!

Ale domaganie się, by publiczne media karmiły ideowych dywersantów moralnego ładu i normalności (jaka jest, taka jest, ale wciąż więcej jest warta, niż zachodnie „modernizmy”!) to uroszczenie absolutnie niedopuszczalne, to skandal, którego bohaterem i promotorem jest członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – organizacji, która w obecnym kształcie wspiera walkę o rzeczywistą polską odnowę.  



 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl