Futbol kreuje fanatyków. Futbol wychowuje szowinistów. Futbol to kuźnia chamstwa, brutalności, ślepoty na realia. Futbol to państwo w państwie, a nawet świat w świecie. Futbol to miliardy dolarów i czego tam jeszcze, zarabianych na najniższych ludzkich instynktach. Futbol to bezrefleksyjne śledzenie przekrętów, korupcji, gier „pod stołem”, „ustawek”, błędów i wypaczeń sędziowskich, na które nie ma rady nawet w najbardziej drastycznych przypadkach.
To tak na początek, żeby Czytelnik zorientował się, że ma do czynienia z zaprzysięgłym (ale nie ślepym, nie zmanipulowanym, a właśnie myślącym) wrogiem piłki nożnej, ze szczególnym uwzględnieniem „osiągnięć” rodzimych w tej dziedzinie.
Nie ma na świecie drugiej dyscypliny sportu (może poza chodem!), w której właściwie nic nie zależy od drużyny, od zawodników, niezależnie od tego, czy przez 90 minut będą „wozić się” czy „gryźć trawę”. Pan Sędzia jest w stanie poukładać wszystko tak, że faworyt przegra z zupełnym looserem i nic tu nie można zrobić. Gdyby zebrać tylko najważniejsze, najbardziej kompromitujące „wpadki” sędziów (a może nie tylko „wpadki”?!), dowody na korupcję i „ustawianie” meczów, czyli grę „przy zielonym stoliku” (że o innych aferach nie wspomnę!), wyszłaby z tego księga opasła co się zowie. Dlaczego? A dlatego właśnie, że futbol to gra głupia, właściwie bez reguł (każdy przepis regulaminu ogólnego można w konkretnym przypadku podważyć!) i niemal nie zdarza się mecz, co do którego nie byłoby zastrzeżeń czy poważnych wątpliwości.
Na dobrą sprawę nie powinno mnie to obchodzić. Nie jestem kibicem, a właściwie jestem anty-kibicem: polskiej piłce życzę jak najgorzej, bo za pieniądze, jakie na to idą (zapewne m.in. i moje też) powinni „gryźć trawę”, a oni tymczasem grają mocno średnio, zaś to, co się dzieje w klubach i podczas rozgrywek ligowych, lepiej spuścić zasłonę milczenia. O kibicach (???!!!) w ogóle lepiej nie mówić – to dziedzina wymagająca badań kryminologicznych, socjo-psychiatrycznych itp.
Dlaczego jednak o tym piszę? Bo do żywego oburza mnie futbolowa histeria – brak obiektywizmu, ewidentny szowinizm, napinanie nieistniejących mięśni, notoryczne „sny o potędze”, pozbawione jakichkolwiek podstaw, wreszcie rozepchanie światowych bądź lokalnych mediów wiadomościami z frontów piłkarskich, rozepchanie, spychające na n-ty plan wszystko, co naprawdę ważne.
Nazwałem futbol grą głupią. Bo czyż można nazwać inaczej grę, w której od wyszkolenia, dyspozycji, przyjętej strategii, wreszcie indywidualnych talentów na dobrą sprawę nie zależy nic? Decydujący jest dogmat o nieodwracalności sędziowskich werdyktów. Boisko jest duże, sędzia to tylko człowiek, ale w jego rękach (oczach) złożone są losy każdego spotkania. Abstrahując od złej woli (korupcja, stronniczość) nie ma możliwości zapewnić sprawiedliwych decyzji jednego człowieka, czasem dwóch. Zresztą ten drugi jest mniej ważny, może sobie swoje chorągiewki podnosić dowolną liczbę razy – liczy się decyzja „pana z gwizdkiem”. Uzna bramkę – koniec dyskusji, nie uzna – jak wyżej. Czy to mądre w sytuacji, kiedy każdy mecz na jakim takim poziomie rozgrywek śledzą dziesiątki kamer i zobaczyć można dosłownie wszystko? Przepraszam – to głupie.
Dalej: kultura piłkarska. Każdy mecz to rzeźnia, gra faul staje się normą, do tego decyzje o owych faulach też należą do sędziego i budzą setki tysięcy kontrowersji. Kary za faul? Wolne żarty! Gdyby sędziowie naprawdę za chamstwo i brutalność karali, niejeden mecz kończyłby się pojedynkiem np. 5 przeciw 7 zawodnikom. To by oczyściło atmosferę, ale władzom piłkarskich federacji na takim oczyszczeniu ewidentnie nie zależy, w ich gestii jest bowiem zmiana przepisów, a skoro tego nie robią, znaczy – chcą tego, tolerują.
Do tego agresja boiskowa przenosi się na trybuny, a stamtąd na ulice, w życie codzienne…
Idźmy dalej: wynik meczu. Tak, jak jest dzisiaj, jest zupełnie bez sensu. Akceptowanie remisowych wyników spotkań komplikuje obliczanie, a co ważniejsze – zachęca do tzw. kombinacji tabelowych. Zawsze specjalizowali się w tym Niemcy. Bezbramkowy lub inny remisowy wynik, czyli podział punktów, umożliwia spekulacje na zasadzie: jak się „podłożymy” i przegramy z drużyną X, to w następnej rundzie trafimy na ekipę Z, która jest słabsza; jak wygramy grupę, trafimy na Y-greków, a ci są silniejsi. Różnica punktowa niewielka, można zaryzykować. Żeby podobne kombinacje utrącić, powinno się usunąć z regulaminu dopuszczalność wyników remisowych! Jednak 3 punkty to co innego, niż 1! Jeśli mecz kończyłby się remisem (często tzw. remisem taktycznym!), powinna natychmiast następować seria rzutów karnych, które wyłaniałyby zwycięzcę.
Jest i inny aspekt remisu: mecz kończący się wynikiem remisowym to właściwie mecz, którego nie było – ganiali chłopaki półtorej godziny bez sensu. Jedni gryźli trawę, drudzy „murowali bramkę”… Koniec… Podzielili się punktami. Co za bezsens!
Wreszcie pełna uznaniowość w kwestii tzw. doliczeń czasu… To kolejna paranoja, kolejne oddanie losów meczu w ręce kogoś, kto nie jest nieomylny, a do tego rozstrzyga arbitralnie i bez konsekwencji! Mecz powinien trwać 90 minut, żadnych doliczeń! Tzw. czysta gra! Nie byłoby wtedy teatralnych „spazmów bólu” na murawie, bo komediant wiedziałby, że leżąc na murawie i symulując zabiera swoim kolegom z drużyny szansę na poprawę wyniku: podwyższenie prowadzenia, zminimalizowanie porażki…
Jakie to wszystko oczywiste, prawda?
I chyba dlatego, że takie oczywiste, nie wchodzi w życie, mimo że postulaty podobne moim już stawiały różne narodowe federacje piłkarskie.
Ale panowie z UEFA i FIFA pilnują swoich interesów. Wybuchł niedawno skandal korupcyjny we władzach światowego futbolu – i co? I nic! Zamieciono pod dywan.
Muszą to być więc nieludzkie interesy, bo niebotyczne pieniądze są w grze. I dlatego ten futbol to taka głupia gra, gdzie często piłkarze – najważniejsi aktorzy spektaklu - grają nie wiadomo, po co.
