Bo nie potrafią inaczej. Tak brzmiałaby najprostsza, ale i trywialna odpowiedź. Sprawa jest o wiele głębsza. I o tym pisze w swojej książce amerykański politolog John J. Mearsheimer.
O kłamstwie, jako składniku uprawianej polityki, słyszymy codziennie. Jakim jednak jest ono instrumentem władzy? Czy jest on skuteczny? Czy to wystarcza, by usprawiedliwiać jego stosowanie? Czy jest złamaniem społecznych zasad, czy też moralnym obowiązkiem przywódców za społecznym przyzwolenie. Te pytania zadaje autor i spekuluje, że może powinniśmy zmienić nasze wyobrażenia o kłamstwie i politykach, którzy kłamią.
Politycy mogą mieć strategiczne cele, by okłamywać inne państwa, a także swoich obywateli. Szczególnie okłamują ich w dziedzinie polityki zagranicznej. Jeśli to robią, to powołują się na interes społeczny. Na przykład chcą chronić swój kraj przed zewnętrzną agresją. O ile to może mieć pozytywny wpływ, to w sprawach polityki wewnętrznej kłamstwa uważa się za złe; rozpowszechnione kłamstwo zagraża bowiem życiu społecznemu. Mogą być stosowane zatajenia i koloryzowanie, co nie oznacza automatycznie kłamstwa, ale jest z pewnością manipulacją faktami, wpływającą na oceny.
Stosuje się więc rozmaite strategie okłamywania: tuszowanie, umniejszanie, wyolbrzymianie, strategię czczych gróźb, itp. Państwo izraelskie np. okłamywało Stany Zjednoczone w sprawie realizowanego projektu budowy broni jądrowej, bo obawiało się, że USA zmusi je do rezygnacji z tego projektu. Znane są kłamstwa Bismarcka (depesza emska), kłamstwo dotyczące działań amerykańskich w Zatoce Tonkijskiej, czy informacje o posiadaniu przez Irak WMD (Weapon of mass destruction) i o powiazaniach Saddama z bin Ladenem w przededniu wojny z tym państwem. Z kolei Związek Radziecki realizował program rozwoju broni biologicznej mimo, że podpisał konwencję o zakazie broni biologicznej i toksycznej. Dowódcy państw decydują się na rozbudzanie obaw wśród własnego społeczeństwa, żeby zmobilizować obywateli w celu ochrony państwowych (narodowych) interesów. W 1950 roku administracja Trumana w USA zainicjowała „psychologiczną kampanię strachu” i starała się przekonać społeczeństwo do zwiększenia wydatków na obronę. Tworzy się też mity nacjonalistyczne, żeby podtrzymać solidarność grupową.
Ciekawe są konkluzje. Autor pisze, że politykom łatwiej jest okłamywać własne społeczeństwa niż obce państwa, bo te ostatnie są bardziej podejrzliwe. Politykowi łatwiej okłamać swoich, bo ludzie są skłonni ufać własnemu rządowi. W kwestiach międzynarodowych kłamstwo może doprowadzić do sukcesu, ale też i do katastrofy. Kłamstwo może rozbudzać obawy, jak również ukrywać niewygodne prawdy, kształtując kulturę nieuczciwości. Tak było w USA w roku 2003, kiedy G.W. Bush przygotowywał naród amerykański do wojny. Wzniecano obawy przed Husajnem i kłamano na temat rzekomo istniejącego w Iraku arsenału broni masowego rażenia (WMD). Konsekwencje tych działań – możemy śmiało powiedzieć – odczuwamy do dziś, a nawet będziemy jeszcze odczuwać przez wiele lat choćby w postaci rozbudzonego demona islamskiego terroryzmu. W tym przypadku kłamstwo doprowadziło pośrednio do zwiększenia zagrożenia światowym terroryzmem.
Książka Mearsheimera mogłaby być przewodnikiem po meandrach polityki i kulisach zmanipulowanych decyzji, za którymi stała strategia kłamstwa. Wydaje się jednak, że wielu polityków może potraktować ją jako elementarz dla nowicjuszy, a nie podręcznik dla starych wyjadaczy sceny polityczno-dyplomatycznej. Dla nich zawiera ona wiedzę oczywistą. Warto jednak zapoznać się z jej treścią, żeby poznać techniki oddziaływania kłamstwem na społeczeństwo.
Marek Palczewski

John J. Mearsheimer, Dlaczego politycy kłamią, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012.
