W Warszawie z inicjatywy premier Beaty Szydło odbyło się spotkanie państw Grupy Wyszechradzkiej, by wypracować wspólne stanowisko na  posiedzenie Rady Europejskiej w Bratysławie. Głównym tematem spędów w Warszawie, a potem w Bratysławie,  jest przyszłość Unii Europejskiej po Brexicie.

  Teraz rozpoczną się na trasie Warszawa – Londyn wizyty i rewizyty,  pani premier, szef polskiej dyplomacji, posłowie, senatorzy, i ustalanie nowych stosunków,  już bilateralnych.  O czym nasi negocjatorzy powinni wiedzieć  i  pamiętać?

1/ Ostatnim brytyjskim premierem, który mieścił się w historycznym podziale lewica - prawica była Margaret Thatcher.  Theresa May, to nie thatcherystka, to cameronistka, co znaczy wyznawczyni „nowoczesnego, współczującego konserwatyzmu”. A  sam program „modern compassionate conservatism”  bardziej przypomina Trzecią Drogę labourzysty Tony Blaira niż manifesty pani Thatcher. Tyle tu elementów socjalistycznych – od welfare state, państwa opiekuńczego począwszy na  szczodrym  budżecie na cele społeczne i socjalne skończywszy.  I podobny pakiet wartości – promocja mniejszości etnicznych i seksualnych, aborcja na życzenie do 6 miesiąca, legalne małżeństwa jednopłciowe, dyskryminacja europejskiego, chrześcijańskiego dorobku cywilizacyjnego. W istocie, z historycznego programu torysów pozostał jedynie  wolny rynek, zresztą mocno drenowany przez serwituty państwa opiekuńczego na „nieuprzywilejowanych”, z kraju i  zza granicy. Wystarczy przypomnieć, że pomoc Wielkiej Brytanii na kraje rozwijające się plasuje się tuż po krajach skandynawskich i Beneluksu, i wynosi  0.56%  PKB.  

2/ Kim są  politycy, z którymi naszym negocjatorom przyjdzie rozmawiać  o naszej przyszłości ?  To  nowa pani premier Zjednoczonego Królestwa Theresa May, szef dyplomacji Boris Johnson, minister ds. Brexitu David Davies oraz minister handlu zagranicznego Liam Fox? I tu będę mówiła jasno i bez ogródek: Theresa May, to „nowoczesna współczująca konserwatystka”,  mało przywiązana do tradycyjnych wartości  swojej partii, to były „jastrząb”, a potem „gołąb” gabinetu Camerona, i bez specjalnych osiągnięć jako wieloletnia  minister spraw wewnętrznych. Kiedy po wyborach w 2010 roku otrzymała tekę szefowej Home Office’u,  próbowała zredukować liczbę imigrantów netto z 250. do 80. tysięcy rocznie, biła się o prawa zahukanej przez liberalną lewicę Metropolitan Police, zawalczyła nawet z Guardianem o przymknięcie jednego z dziennikarzy, który jej zdaniem, naruszył „Terrorist Act. 2000” i  przypominała jak to prawem kaduka Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu  blokuje ekstradycję z Wysp imigrantów – kryminalistów. Ale potem, kiedy stwierdziła, że jest w swoich  wysiłkach osamotniona,  przestała.  Słowem, będzie kontynuowała  „nowoczesny i współczujący” kierunek polityczny, wytyczony przez Davida Camerona.

  Trzej pozostali panowie, to  - w przeciwieństwie do pani premier –  entuzjaści  Brexitu i twarze kampanii referendalnej. Z tym, że David Davies, to ideowy konserwatysta w starym thatcherowskim stylu, który w 2005 roku  bezskutecznie walczył o przywództwo partii z Davidem Cameronem.  Szkoda,  Partia Konserwatywna byłaby dzis w innym miejscu  niż jest dziś. Sądzę, że nasi negocjatorzy będą się z nim dobrze dogadywali. Podobnie będzie z Liamem Foxem, także prawdziwym, a nie farbowanym Brexitowcem, który  spędza czas  podróżując od Chin, do Indie, i od Rosji  do Stanów Zjednoczonych, nawiązując bilateralne kontakty handlowe. A  za nim gromady brytyjskich biznesmenów. Szef dyplomacji Boris Johnson, to z kolei były dziennikarz, pisarz i wydawca, najbardziej ekscentryczny i błyskotliwy z całej czwórki, „ a posh boy”, absolwent Eton i Oxfordu, milioner i syn milionera. I - rozczarowanie wielu wyborców konserwatywnych. Będąc twarzą nr 1 Wielkiego Rozwodu,  kiedy jego frakcja zwyciężyła, zrezygnował z ubiegania się o fotel premiera. Jego kalkulacja była następująca: po cóż  mam stawać do konkursu z popularnym  Michaelem Gove’em, a potem,  jeśli wygram, brać na swoje barki cały ten po-brexitowy bałagan? W dodatku będzie to tylko 3.5 -roczna, a nie 5-letnia kadencja.  Zwyciężyło polityczne kunktatorstwo. Taki jest właśnie Boris Johnson.

  3/ Z szefem opozycji Jeremy Corbynem – który ostatnio umocnił swoją pozycję w szeregach Labour Party – nie ma co negocjować. Bowiem brytyjska lewica, Partia Pracy, Liberalni Demokraci i Zieloni - podobnie zresztą jak francuska czy polska - jest w pełnej rozsypce, i nie wygląda na to, żeby w dającej się przewidzieć przyszłości, potrafiła się pozbierać.

4/ Istnieją elementy programowe Partii Konserwatywnej i Prawa i Sprawiedliwości, które wydają się być wspólne. Lecz nie są to bynajmniej tradycyjne wartości, które kultywuje PiS, a od których odwróciła się Conservative Party, a raczej te historycznie uznawane za socjalistyczne. Tak więc, debatując o naszej bilateralnej przyszłości, polscy negocjatorzy winni - na Downing Street, w Westminster Palace czy w którymś z ministerstw Whitehallu - eksponować silny nurt socjalny PiS. Ideę państwa opiekuńczego, bliskość ze związkiem zawodowym Solidarność, który tu, nad Tamizą,  przynajmniej pośród starszych wiekiem polityków, jest wciąż znany. Punktować świetne wyniki programu 500+, projekt budowy domów komunalnych, obniżenia wieku emerytalnego, plan Morawieckiego dla małego i średniego businessu. Ale negocjatorzy -  o, paradoksie! - nie powinni unikać także  wątku wolnego rynku. W brytyjskiej gospodarce wciąż czuje się „ducha Camerona i ministra skarbu i finansów Osborne’a”,   z jednej strony tnących ostro  wydatki budżetowe, a z drugiej – zawsze otwartych na inwestycje wielkiego światowego kapitału. Nie wahający się  czynić tu koncesji, czasem wątpliwych moralnie, jak obywatelstwo brytyjskie  za 1 mln funtów dla rosyjskich, indyjskich i chińskich oligarchów.  W każdym razie dobrze jest wiedzieć, że dziś, kiedy reszta Europy kontynentalnej wciąż boryka się z kryzysem, Wielka Brytania to jeden wielki plac budowy dla inwestorów z całego świata, a bezrobocie wynosi  tylko 4.91%.

5/ A  wspólne motywacje  Rzeczpospolitej  i Zjednoczonego Królestwa  na rzecz reform Unii Europejskiej? Tu, mimo Brexitu,  do którego Theresie May niespieszno, jesteśmy  sojusznikami.

a/ NO-NO, czyli  nie dla polityki Berlina w sprawie kryzysu imigracyjnego. Wyznajemy tę  samą zasadę – zamiast przyjmowania milionów imigrantów, lokowanych zresztą według sztywnych kwot po krajach członkowskich Unii,  pomoc rozwojowa i humanitarna na terenach państw objętych wojną czy kryzysem gospodarczym.  

b/ transfer  kompetencji parlamentów narodowych z Brukseli do Londynu/ Warszawy. Choć jeszcze w Unii,  Brytyjczycy już przygotowali  swój Human Rights Bill , który zastąpi Europejską Konwencję Praw Człowieka.   Nasze media często przynoszą wieści,  pokazujące bezsens unijnych zapisów, które rujnują polską tradycję,  prawną, religijna, obyczajowa, wreszcie moralną.  Chodzi  także o tzw. Polish way of life, o którą musimy się  upominać, tak jak Brytyjczycy krwawo walczyli o swoją „British way of life”.  Styl polskiego życia – podobnie jak angielskiego – to nasza tradycja, poczucie przynależności, element tożsamości narodowej, bez których nas po prostu nie ma.

c/ W tej chwili w siedzibie premierów i w Westminsterze toczy się batalia o dwa modele rozwodu z Unia Europejską, „hard Brexit”, szybki, bez kombinacji  i zgodnie z wolą większości elektoratu. I „soft Brexit”, na który liczy tutejsza lewica, labourzyści, liberałowie i zieloni oraz  szkoccy politycy, którym marzy się secesja i przystąpienie do Unii jako niezależny kraj członkowski.

  Znane jest stare brytyjskie przysłowie „my nie mamy przyjaciół, mamy tylko doraźnych sojuszników”. My powinniśmy  mieć  i dorażnych politycznych sojuszników,  ale  także  długofalowych,  strategicznych.  I Wielka Brytania może być jednym z nich.

                                                                     Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 29 sierpnia 2016

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl