Kilka dni temu David Cameron oznajmił, że odchodzi z polityki. Po ogłoszeniu wyników referendum poinformował, że jako przeciwnik Brexitu, „nie jest właściwą osobą, która powinna prowadzić >rozwodowe< negocjacje”, i opuszcza Downing Street zaraz po wyborze nowego premiera. Dodał też, że zostanie w Westminsterze jako backbencher czyli zwykły poseł. Nie minęło wiele czasu i były premier z 11-letnim stażem funkcyjnym – od 2005 roku lider Partii Konserwatywnej , a potem także szef rządu - ogłasza kolejny „rozwód”, tym razem z polityką. Pod pretekstem, że „nie chce zakłócać procedowania reform swojej sukcesorki”, co jest o tyle jasne, że akurat pracuje się nad powrotem grammar schools, szkół dla uczniowskich elit, których nie popierał, a które Theresa May promuje. Wszystko skomplikowane, niejasne i budzące spore wątpliwości. Bo przecież Theresa May także głosowała za ZOSTAN, a jednak ochoczo podjęła się roli adwokata od „rozwodów”, podobnie jak Philip Hammond, też anty-brexitowiec, który chętnie przyjął tekę ministra skarbu i finansów. Nie mówiąc już o piruecie, wykonanym przez Borisa Johnsona, kandydata nr 1 na premiera, który w ostatnim momencie wystawił swoich wyborców do wiatru, a następnie z entuzjazmem przyjął stanowisko szefa dyplomacji w gabinecie premier, która głosowała za pozostaniem w Unii, tak jak on sam – za wyjściem. Słowem, pomieszanie z poplątaniem.
O ile w przypadku Johnsona, zdecydowało wygodnictwo i cynizm, May i Hammonda kariera, o tyle przykład Davida Camerona wygląda zupełnie inaczej. Powiedziałabym, wręcz przeciwnie. Oto wygrał człowiek, a przegrał polityk. Charyzmatyczny, ale „dostępny”, umiarkowany i koncyliacyjny, demokrata, świetny mówca parlamentarny. Może trochę zbyt koncyliacyjny, zbyt ugodowy i skłonny, by podobać się partiom lewicowym i ich mediom. Zdeklarowany centrysta. Jego naczelne hasło wyborcze Wielkie Społeczeństwo, równie dobrze mogło wyjść spod pióra socjalisty Tony Blaira. Aż nadeszło czerwcowe referendum w sprawie Brexitu, był na tę klęskę kompletnie nieprzygotowany. Złożyło się na to kilka przyczyn, m.in. jego osobowość i życiowe i zawodowe doświadczenie. Największym jego handicapem był brak złych doświadczeń w przeszłości. Cameron, to „a golden boy”, „złoty chłopiec” jak nazywa się tu szczęściarzy. Syn milionera, staranne wykształcenie, Eton, potem Oksford, no i podczas gdy nieco młodszy kolega Boris Johnson od najmłodszych lat marzył o Downing Street, Cameron nie wydawał się zainteresowany polityką, spędzał godziny na studiowaniu historii sztuki i grze na gitarze. A jednak to właśnie on, kiedy się już polityką zainteresował, w 2005 roku został szefem partii torysów, a w pięć lat później, zasiadł w fotelu premiera.
Jego program „nowoczesny współczujący konserwatyzm” był lustrzanym odbiciem charakteru nowego szefa rządu – pogodzić ogień z wodą, ten sam dystans do thatcheryzmu i do socjalistycznej Trzeciej Drogi Blaira, żadnego ryzyka. Konserwatyści powtórzyli swój sukces wyborczy w 2015 roku, i pewnie rządziliby dalszych 5, albo i 10 lat, gdyby nie „prostoduszny demokratyzm”, ale także brak doświadczenia ich lidera, wiara w swoją dobrą gwiazdę i w to, że chcieć to móc. Najpierw referendum w sprawie secesji Szkocji – przecież były pierwszy minister Szkocji Alex Salmond zabiegał o to przez kilkanaście lat i żaden z premierów nie zdecydował się na to ryzyko. A Cameron – tak, i choć zwyciężył, wiele to Westminster i Anglików kosztowało, i będzie kosztowało w przyszłości. Wystarczy popatrzeć, co się dzieje na linii Londyn – Edynburg – Bruksela! To była jednak wiktoria Camerona, więc ambitny demokrata poszedł za ciosem i ogłosił kolejne, a w swoich kalkulacjach nie wziął nawet pod uwagę przegranej! A przecież wcale nie musiał rozpisywać tego czerwcowego referendum! Już dwa lata trwała przepychanka między Londynem a Brukselą, i pamiętne 4 punkty, które przedstawił w lutym b. roku zostały wstępnie przyjęte przez unijnych mandarynów. Owszem, obserwowało się coraz głębsze podziały w gabinecie, w Izbie Gmin i Lordów, w elektoracie, ale w dalszej perspektywie czasowej istniała szansa na ich rozwiązanie. Zwłaszcza, że pojawili się sojusznicy, Węgry, Polska, kraje nadbałtyckie i bałkańskie. Dziś Wielka Brytania przypomina pojazd, który wpadł w koleinę, a jego kierowcy siedzą nad rowem i kłócą się o to, co robić.
Teraz brytyjskie gazety piszą o Cameronie „jest wściekły, załamany utratą władzy i czeka na rewanż”. Albo „porzucił politykę 16 miesięcy po historycznym zwycięstwie konserwatystów. To, co zrobił, było aktem egoizmu”. I opisują jak to sukcesorka Theresa May rujnuje jego polityczny testament. Natychmiast po przeprowadzce na Downing Street przepędziła „Notting Hill set” czyli przyjaciół Camerona, milionerów i sojuszników City i biznesu, ministra skarbu George’a Osborne’a, Nicholasa Bolesa, Eda Vaizeya i innych. Przeprowadza „szkolne rewolucje”, a więc przywraca grammar schools, za którymi nie przepadał Cameron. A potem May powiedziała „polityka, to nie zabawa”, i jest to odniesienie do tandemu Cameron i Osborne, którzy kochali media i zabiegali o ich przychylność. Dalej, przez 6 lat rząd Camerona bezlitośnie ciął wydatki budżetowe, udało mu się mocno zmniejszyć deficyt budżetowy i gospodarka kwitnie. A premier May twierdzi, że „zmieniły się okoliczności” i zapowiada zwiększenie budżetu na cele publiczne. I na koniec, Cameron, to polityk o duszy biznesmena i od 6 lat zalecał się do Chin, Indii, Rosji, Arabii Saudyjskiej, słowem bogatych inwestorów zagranicznych. A Theresa May nie chce przymykać oczu na naruszanie praw człowieka w Chinach w zamian za inwestycje na Wyspach, i kwestionuje udział Chin w budowie elektrowni atomowej Hinkley Point. Choć właśnie wycofała swoje veto.
Bliskie żródła twierdzą, że Cameron nie może sobie poradzić z utratą władzy i przyzwyczaić do nagłego zwrotu fortuny – który zresztą sam sprowokował. Trwają spekulacje, co teraz? Oczywiście, będą memuary, pamiętniki polityka, na których były premier może zarobić 5-6 mln funtów. Naturalnie – jak Bill Clinton i Blair - tury z wykładami po świecie, a 50 – 100 tys. za każdy. No i udział w prestiżowych akcjach międzynarodowych organizacji pomocowych, walczących z głodem czy terroryzmem. Dwie pierwsze propozycje z pewnością bardziej opłacalne finansowo niż premierowanie. Ale to przyszłość, a tymczasem pojawiło się pytanie: jaki testament zostawił po sobie David Cameron po 6 latach na Downing Street? Obawiam się, że – choć to jedna z najuczciwszych i najbardziej popularnych postaci w brytyjskiej polityce ostatnich lat – dość mizerny. Jego „nowoczesny, współczujący konserwatyzm” był dla torysów krokiem nie naprzód, ale … w bok. I obawiam się, że trudno im teraz będzie powrócić do pakietu wartości konserwatywnych, które przehandlowali za uwolnienie się od powiązań ze swoją patronką, Margaret Thatcher. A Theresa May raczej nie pomoże. Nie jest politykiem z wizją, ideowym, to pragmatyczka ze skłonnością do ustępstw i przypadkowych wyborów. Wielkie oczekiwanie - trwa.
Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 19 września 2016
