Premier Beata Szydło nie powinna zapowiadać rekonstrukcji rządu, bo to za wiele nerwów kosztuje jej ministrów. Szczególnie tych, których media wymieniają jako żelaznych kandydatów do zmiany. Zafundowała ministrom stracone noce. Zamiast zdrowego snu, męczące koszmary.
Jednemu z ministrów śniło się, że podczas posiedzenia gabinetu z jego fotela ktoś zdarł całe pokrycie. Musiał usiąść na gołych sprężynach. Nie dość, że po jakimś czasie sprężyny zaczęły zagłębiać się w ciało i sprawiać ból, to nie zapewniały stabilnej pozycji, powodując chwianie się ministra na wszystkie strony. Innemu ministrowi przyśniło się, że jechał na rowerze do pracy, aby nie spóźnić, bo nie przyjechał rano po niego samochód. Nagle urwało mu się przednie koło. Jeszcze krótko jechał na tylnym, aż się wywrócił. Jednokołowy rower oparł o ławkę uliczną i dalej zdążał szybkim krokiem do pracy. Nagle został zatrzymany przez patrol policyjny, który wlepił mu mandat za zaśmiecanie miasta.
Przytoczyłem dwa autentyczne przykłady niemal sielankowych koszmarów sennych. Wielu z nich nie przeżywałoby opisanych tu i podobnych tortur, gdyby Beata Szydło po prostu od razu ogłosiła nazwiska zdymisjonowanych ministrów. Z całą pewnością pozostałym spałoby się spokojne i przyjemnie. Byłaby to metoda zawierająca elementy prawdziwego humanitaryzmu, którego nikt nie byłby w stanie zakwestionować. Ponadto ministrowie znajdujący się na liście do zwolnienia, mieliby szanse zrobić porządek w swoich biurkach i szufladach. A tak wymięci nerwami brakiem snu nie mają siły i ochoty na likwidowanie „twórczego bałaganu”.
W wyniku takich właśnie anomalii, jakie mogą mieć miejsce podczas rekonstrukcji rządu, następcy odwołanych ministrów niepotrzebnie napotykają się na zdjęcia rodzinne poprzedników, listy z wyrazami sympatii i oddania ich wielbicielek, które głosowały na nich. Listy takie oraz inne rzeczowe dowody szerokiej działalności poza rodzinnej są materiałem kuszącym, aby uprzykrzyć życie poprzednika. Wystarczy przekazać je policji, która wie najlepiej, jak sprawdzić autentyczność i świeżość tego owocu. O ileż wszystko byłoby prostsze, gdyby nasze spojrzenia na innych były bardziej wyrozumiałe, a my dawali im więcej z siebie. Pod każdym względem. W granicach prawa i rozsądku.
