Na „Smoleńsk” wybrałam się do kina na seans dla tzw. zwyczajnych widzów. Bo tam, a nie na pokazie dla prasy, można wyczuć nastroje, jakie wzbudza, dowiedzieć się czy film nacisnął jakiś ważny guzik, czy wzbudził  emocje?  Sobota, 10 rano, 14 osób w różnym wieku z przewagą średniego i starszego, na koniec widoczne wzruszenie.

  Widać, że film spełnił kilka pokładanych w nim nadziei. Podjął ważny, do niedawna skrzętnie omijany temat, zebrał  wszystkie kluczowe  informacje i dostarczył pewien model  narracji wypadków, które miały miejsce na lotnisku w Smoleńsku. Stał się kolejnym  katalizatorem  społecznych emocji,  współarchitektem rodzącego się mitu i nośnikiem  pamięci. Brak podstawowych dowodów w postaci czarnych skrzynek i wraku samolotu, piętrowe manipulacje służb i zblatowanych z nimi mediów, świadome próby dezintegracji, „pokawałkowania” wypadków, aby uniemożliwić odtworzenie  ciągu zdarzeń, sprawiły, że Polacy do dziś mają w głowach karuzelę i 6 lat po katastrofie trudno im wyrobić sobie jakieś ostateczne zdanie.  Nieszczęśliwy wypadek, spowodowany  fatalną pogodą i nonszalancją pilotów, dziadostwo rosyjskiej infrastruktury, błędy i zaniedbania  smoleńskich kontrolerów  czy świadomy, przeprowadzony nie bez pomocy najwyższych władz PO zamach na polską elitę polityczną? Jazgot informacyjny był taki, że nie tylko widzom, słuchaczom i czytelnikom gazet trudno było połączyć fakty w jakiś logiczny ciąg, ale i samym dziennikarzom ułożyć te puzzle w obrazek.  Tak więc „Smoleńsk” wyniknął z  rudymentarnej potrzeby dotarcia do prawdy, złożenia wydarzeń w całość i zrozumienia, co tak naprawdę zdarzyło się  6 lat temu.  Od dwóch tysięcy lat mówi się o oczyszczającej, kathartycznej roli prawdy, o tym, że „tylko prawda nas wyzwoli”, i wydaje się, że taka właśnie była podstawowa motywacja twórców tego filmu.

  Autorzy filmu „Smoleńsk”, po zapoznaniu się z masą faktów, przedstawili najprawdopodobniejszą ich zdaniem narrację. Wszystko zaczęło się od rosyjskiej inwazji na Gruzję w 2009 roku, błyskawiczną akcją pomocową prezydenta Kaczyńskiego, który skrzyknął kilku innych, w tym Sarkozy’ego, dzięki czemu tylko część, a nie cała Gruzja została wchłonięta przez Rosję.  A ponieważ – jak zgodnie twierdzą tamtejsi dysydenci, dobrze znający swojego wodza, „Putin nigdy nie zapomina” – to właśnie wtedy rozpoczęto realizację projektu, który zakończył się rano 10 kwietnia 2010 roku. Powoli, jak w kalkomanii, wyłaniają się jakieś fragmenty – i oto nagle wszystkie kawałki  zaczynają pasować do obrazka! Katastrofa, w kilka godzin potem SMS wskazujący na winę pilotów, sieć manipulacji medialnych, obecność na smoleńskim lotnisku, podczas akcji dezinformacyjnej, w studiu TVM – SAT  / he, he!/  Tomasza Turowskiego, no a potem ci „seryjni samobójcy”,  kilku wysokich dygnitarzy postkomunistycznego establishmentu,  którzy za dużo wiedzieli, o ulubionej porze w piątek po południu.

  Jakiś kolega krytyk filmowy, aby wskazać różnice w rzemiośle artystycznych obu filmów,  napisał: ”Nie jest to >JFK< Olivera Stone’a”. Faktycznie, nie jest – ale łącza je dwa podobieństwa. Po pierwsze, mimo upływu paru dekad wciąż nie wiemy, kto zabił prezydenta Kennedy’ego, a po drugie,  i tu i tam autorzy podają nam do wierzenia swoją prawdę, zdobytą według swej najlepszej wiedzy. Ale rzeczywiście, choć „Smoleńsk” jest obrazem bardzo ważnym, na pewno nie jest artystycznym arcydziełem.  Najpierw szczere zalety: drobiazgowa dokumentacja  i  sukces w dotarciu do wszystkich znaczących i liczących się faktów. Po drugie – muzyka Michała Lorenca, a następnie umiejętne łączenie fragmentów fabularnych i dokumentalnych. I jeszcze rola generałowej Ewy Błasik, zagrana wzruszająco przez Aldonę Struzik. A teraz lista  wpadek. Zdumiewający w takim przypadku brak ekspresji, napięcia emocjonalnego. Toteż fakty – krzyczą, a film coś pod nosem mamroce. Dalej, konstrukcja. Film, to widowisko, ma swoje reguły, a więc musi mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. Autorzy wybrali dramaturgię mozaiki, która przeszkadza w pełnym zrozumieniu akcji oraz w budowaniu  „szkieletu emocjonalnego filmu”.  Dalej – nie wiem, jak to się stało, że czwórka naprawdę dobrych dziennikarzy i pisarzy stworzyła tak marne dialogi. Syndrom ludowego przysłowia „gdzie kucharek sześć”?  Kiepska rola dziennikarki, zagranej przez Beatę Fido, niepotrzebnie powtarzającej Agnieszkę z „Człowieka z marmuru”. Ta sama nonszalancja, ostrość spojrzenia, gra „na jednej minie”, tyle że bez  talentu  Krystyny Jandy. Jednoznaczny i demoniczny Redbad Klinstra w roli jednego z szefów TVM – SAT  oraz stereotypowy Jerzy Zelnik, jak z PRL-owskiego kryminału z lat 60.

   Ale z filmami, które pozostają w historii kina tak już bywa. Jedne – jak  „Człowiek z marmuru” czy „Noce i dnie” są dziełami, a inne – jak „Człowiek z żelaza”, wcale nie. A jednak wszystkie one mają już tam swoje miejsce. Bo prawdziwy wymiar „Smoleńska” i prawdziwe przeslanie polega na czymś innym. Na pokazaniu tego, co nazywa się der Zeitgeist, ducha naszych czasów. Na ambicji zmierzenia się z prawdą, na dostarczeniu historii argumentów, zwłaszcza tych skrzętnie skrywanych, albo celowo zamazanych lub poprzestawianych. Na kodyfikacji zdarzeń, co jest czym i dlaczego. A także rejestracji stanu państwa  w latach 2010 – 2016, nihilizmu i oportunizmu elit władzy  i  feudalizacji  jej stosunków z, jakby nie było, obywatelami. Wreszcie - pokazanie Polski  jako „KGB’s playground”, „placu zabaw KGB”.  Antoni Krauze opowiada także, jako jeden z nielicznych ostatnio reżyserów, o integracji Polaków z historią, o jej  niezwykle ważnej roli w życiu narodu, integracyjnej, budującej tożsamość, mitotwórczej.  No i „Smoleńsk” zmienia perspektywę spojrzenia na zdarzenia, które nam się przytrafiły w ciągu ostatnich kilku lat - z „żabiej”, chętnie pokazywanej przez kino ostatnich 26 lat, na „heroiczną”. Przestaje prezentować  mikrokosmos kryminalistów, aferzystów czy głupców,  świat drobnych i wielkich szachrajstw i oszustw, a zaczyna pokazywać ludzi, którzy zaczynają coś z tego wszystkiego rozumieć. A niektórzy skłonni są nawet za tę prawdę coś  zaryzykować. To wcale niemało jak na jeden film, prawda?

                                                                           Elżbieta Królikowska-Avis. 26 września 2016

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl