Pisze polski pisarz; biega, telefonuje, słucha polski dziennikarz. Piszą. Oczywiście dla czytelnika. Oczywiście dostają za to pieniądze. Jakieś tam. Ale już zysk z tej całej krzątaniny odbiera ktoś inny.
Prawie cała prasa regionalna jest w niemieckich rękach. Ja, ja! Rodzimi niszczyciele Polski nie tylko rozwalili przemysł, spacyfikowali państwowe rolnictwo ale i sprzedali gazety.
Ktoś powie, że są tam polscy naczelni. Owszem są. Ale oni nie napiszą: niemieckie obozy koncentracyjne, im jest tylko dozwolone użyć słowa nazistowskie. Nie napiszą prawdy, że przecież praktycznie cały naród niemiecki poparł Hitlera. Żydów, Polaków mordowali również zwykli żołnierze Wermahtu. Gdyby taki „naczelny” puścił „niemiecki obóz” straciłby intratną posadę. Tak to łajdaczą się koledzy, którzy nie wiedzą skąd ich ród i dla kogo pracują.
Ze wzruszeniem czytano podziemną prasę w czasie okupacji, w czasie stanu wojennego. Setki ludzi narażało życie, by polskie słowo w polskich podziemnych prymitywnie drukowanych gazetkach docierało z otuchą. Za tę walkę o polską prasę szli do obozów właśnie niemieckich a kilkadziesiąt lat potem łapani byli przez ZOMO i internowani.
Gdy determinacja dziesięciu milionów solidarnych przewaliła układ - powstał układ nowy, właścicielski. Pazerność nowych elit, współczesna judaszowa zdrada, za nędzne pieniądze doprowadziła do oddania regionalnych gazet. Mogły mozolnie rozwijać się i stopniowo budować techniczną jakość. Ale je sprzedano. Bo nowobogackim nie wystarczał już siermiężny Polonez i Polski Fiat. Wszyscy natychmiast chcieli usadzić się w Mercedesach.
W normalnym kraju faworyzuje się swoich obywateli. U nas miało być szybko. Wielkie zakłady nazywano molochami i rozpoczęło się „spółkowanie”. Liczne załogi dużych przedsiębiorstw to była groźba, ze znowu skutecznie ludzie wyjdą na ulice. Co się dało zaorać – zaorano. Resztę podzielono i „przekształcono”.
Gdyby istniała w tzw. terenie polska myśląca prasa nie protestowała by? Na pewno tak. Weszły do naszego kraju zagraniczne firmy doradcze, które wcale nie musiały wysilać się, by poznać wszystko co chroniono tajemnicą. I oni doradzali. Oczywiście obcym ”kupujcie nad Wisłą jest tanio, łapówy też daje się niewielkie, bo tu wyposzczona elita i szybko chce się dorobić”.
I oto znów jak w historycznym sierpniu idzie fama, że Niemcy chcą handlować naszymi gazetami. Tyle, że poprzednio je kupowali a teraz chcą sprzedać. Prawda to, czy nie – dowiemy się wkrótce.
To oczywiście, że gazety polskie będą znowu polskie jest wiadomością wspaniałą. Wracamy z dalekiej podróży. Znowu słowo polskie nie będzie przynosić szmalu innym. Prawdopodobnie ci sami lobbyści co przed ćwierćwieczem znowu zaczną działać w tej sprawie. Nikt ich nie upilnuje. Bo nasze służby albo nie mogą, albo nie chcą. A to przecież jest zaraza. Dla szukających łatwego zarobku to intratne, bezwzględnie realizowane zajęcie.
Dochodzimy do sedna sprawy. Kupić? Tak, koniecznie – ale za ile.
- Trudno i darmo, ale muszę cię mieć – mówi pożądliwy amator. – Może i trudno, ale dlaczego darmo – odpowiada … dama.
„Skarb Państwa” winien ujawnić ZA ILE wówczas sprzedano gazety. To nie może pozostać tajemnicą. Wiemy przecież ile zarabia prezydent, premier. Powinniśmy wiedzieć za ile sprzedano np. „Dziennik Bałtycki”. Ile faktycznie wzięto pieniędzy za gazety codzienne w Katowicach, Krakowie, Łodzi i we Wrocławiu. To ważne. Tak samo jak oficjalne podanie cen, za które chcemy je teraz odkupić.
Ciao ciao
Słyszymy, że Bank PKO SA ma być sprzedany. Pozbyliśmy się go za miliard a teraz mamy zapłacić piętnaście razy więcej. Włoski właściciel płacił swojemu dyrektorowi czterysta tysięcy złotych miesięcznie – to znaczy dziennie 36 tysięcy złotych. Teraz chcą te pieniądze odzyskać. Polska pozostaje dojną krową. Italiancy i Szwajcarzy (gwałt na frankowiczach) będą nam pomagać pozbyć się tego wszystkiego co wypodatkujemy z ludzi – z emerytów i biedaków zarabiających 12 zł, albo i mniej, za godzinę pracy.
Niektórzy z „wybrańców narodu” są wyjątkowo paskudni. Za chroniczne nieróbstwo mają bardzo wysokie pensje i gwarancje kominowych emerytur. Wśród „brukselczyków” zdarzają się oszuści kombinujący na dietach i kosztach podróży. Czy młody minister Ziobro poradzi sobie z tą pajęczyną? Sędzia u nas przepoczwarza się w polityka. Dziennikarz w lobbystę, nie dziwota więc, że z kraju wyjeżdża lekarz, inżynier, a nawet hydraulik wykształcony za nasze pieniądze w zawodowej szkole - wtedy, gdy jeszcze takowe były.
Trzeba odzyskać banki, huty i prasę. Będzie to bardzo trudne i kosztowne. A do tego wszystkiego musimy jeszcze zbudować porządną armię dwukrotnie większą niż ta, która mamy.
Bank PKO SA to być może pierwszy ważny krok powrotu do normalności. Ciao ciao – banksterzy jedźcie gdziekolwiek, byle daleko – np. podążajcie za waszym luminarzem Balcerowiczem, choćby na Ukrainę. To duży kraj. Może sprzedadzą wam czarnoziem.
Raz to nawet przysłano nam z Włoch hydraulika. Ale on nie montował klozetów, on śpiewał. Nawet ładnie. Nazywał się Drupi. Wałęsa opowiadał kiedyś bajeczki jak to puści złodziei w skarpetkach. Póki co jego synek – eurodeputowany – zgadza się na wyławianie narybku przy naszych bałtyckich brzegach przez duńskie paszowce.
Walec prawa i sprawiedliwości toczy się powoli. Być może szybciej się nie da. Niemcy zwijają prasę, włosi bank – coś się dzieje. Nie jest to tempo zawrotne. A tu „Hannibal ante portas”. Mamy na to 4 (słownie: cztery) pięćdziesięcioletnie kieszonkowe okręciki podwodne. I jedną trzydziestoletnią bardzo pożółkłą łódź podwodną.
Au revoir
Caracale jeszcze nie przyleciały, a już odleciały. Francuzi się obrazili. „W razie czego” nie pomogą nam … tak samo zresztą jak w ’39 tym. Minister Macierewicz postawił się i widzimy, że teraz ochroniarze nie odstępują go na krok. Pilnujcie chłopaki. Sprawdzajcie oponki w nieopancerzonym samochodziku, którym jeździ Pan Antoni. „Świdnik” się cieszy, cieszy się „Mielec”. W Łodzi dużo jest miejsca na fabryki. Chyba także nie do końca zniszczono te, które póki co zamienione zostały w rudery. Może da się odbudować. Tylko skąd brać pieniądze. Najprostsza odpowiedź – to odebrać te ukradzione. Są gdzieś tam na kontach karaibskich lub kanaryjskich. Żeby odzyskać trzeba jednak zdecydowania. Przeszkadzają w tym ci, którzy dezorganizują ruch na warszawskich ulicach. Ale to przecież garstka. Facet z kitą niedługo zwinie swoje miasteczko przed URM-em. A jeśli nawet tego nie zrobi – trudno. Biedaczki, którym poplątało się w głowach i dyżurują w namiocikach, zrozumieją w końcu, że nie warto marznąć za pana Rzeplińskiego, który dumnie paraduje sobie po bałtyckiej plaży (i jeszcze nagania fotoreporterów).
Auf Wiedersehen, arrivederci i adieu! Czyli po prostu Pa, pa, pa! Płaczu nie będzie. Pan minister Paweł Szałamacha na razie nie zdołał wprowadzić podatku od wielkopowierzchniowych zagranicznych sklepów. Ale ta sprawa wróci. Minister jest młody. Też jeszcze wróci. Miejmy nadzieję, że elektroniczne media pomogą. Krok po kroku. Step by step „Dziennik Bałtycki”, „Gazeta Olsztyńska” (jej twórca redaktor Seweryn Pieniężny za to co zrobił zginął w niemieckim obozie). To będą wkrótce – mam nadzieję - z powrotem w pełni polskie gazety. Za nimi pójdą inni. Byle trochę szybciej.
11.10.2016 Stefan Truszczyński
