Coraz ciekawsze wieści o naszej „kadrze narodowej” (cudzysłów konieczny, na ten tytuł „jedenastka” Nawałki póki co nie zasługuje!) rzucają coraz więcej światła na stan i kondycję drużyny, na morale piłkarzy, na postawę trenera-selekcjonera, jak również tłumaczą osiągnięte przez białoczerwonych rezultaty. Histeria, jaka towarzyszy występom polskiej kadry piłkarskiej, doprowadziła do tego, że krytykowanie Nawałki, całej ekipy bądź któregokolwiek z zawodników zaczynało być przez opinię publiczną, a zwłaszcza rzesze kibiców i kiboli, traktowane niemal jak zdrada narodowa… Kiepskie efekty nie skłaniały nikogo do chwili namysłu, że może z tą drużyną nie wszystko jest OK. Co ciekawe, nie skłaniały one do takiej refleksji zwłaszcza sportowych mediów, na których taki obowiązek spoczywa ex definitione… Dlaczego? Odpowiedź nie jest trudna: obowiązuje propaganda sukcesu, kurier złych wiadomości może być potraktowany jak w starożytnej Grecji, kiedy to mógł za to stracić życie. Dziś oczywiście nie dosłownie – ale odstawienie od środowiskowo-drużynowo-towarzyskiej piersi bywa często równoznacznie ze skazaniem na banicję, na samotność, a per saldo – na głód. Nie należy sprzeciwiać się możnym sportowego świata, ci możni mają bowiem oprócz napchanych kieszeni także długie ręce… Nasz „nieszczęsny kraj” (sformułowanie red. Michalkiewicza), nie mogąc poszczycić się zbyt wieloma sukcesami, za to zaliczający mniejsze i większe wpadki dość regularnie, szuka krzepy duchowej, gdzie się da. A w sporcie o to najłatwiej… Liczą się punkty, udział w różnych rozgrywkach, „bycie w grze” za wszelką cenę. Styl nie liczy się w ogóle.
Okazuje się jednak, że styl, dobry styl, przynosi rezultaty w postaci punktów. „Nasi chłopcy”, zagłaskiwani na śmierć, chwaleni ponad wszelką miarę, porośli w piórka, zaś Adam Nawałka już stał się bohaterem narodowym i tylko proceduralno-kanoniczne względy stoją na przeszkodzie szybkiej beatyfikacji „vivente trenere”(hi hi hi!). Wszystko byłoby więc w porządku, gdyby nie… żałosne efekty występów „chłopców Nawałki”. Gdzie nie pojechali – klapa, kompromitacja.
Otrzeźwienie (ciekawe, czy prawdziwe, trwałe i skuteczne…) przyszło po niedawnym meczu z Armenią, gdy to w wyniku dwóch goli, strzelonych przez Ormian (niestety – jeden był samobójczy!) i zdobytej w doliczonym czasie i z rzutu wolnego bramce „Lewego” dosłownie w ostatnich sekundach „nasi” zdobyli 3 punkty w stylu, z którego szydzili nawet najbardziej zaślepieni kibice.
Pierwsze komentarze, że styl nieważny, że „wynik idzie w świat” i podobne brednie ustąpiły po dwóch dniach komentarzom bardziej rzetelnym, dosadnym, wnikliwym. I okazało się, że „święty Adam” nie radzi sobie z utrzymaniem kadry w ryzach, że słucha tylko piłkarzy, i to gwiazd, reszta opinii go nie interesuje, zaś piłkarze, którzy po Euro sami uwierzyli w swą charyzmę i klasę, zaczynają prowadzić się jak gówniarze z jakiegoś LKS „Szmacianka”, co po meczu idą chlać i balangować (bo „zasłużyli”!), sprowadzać sobie na zgrupowania rodziny i „partnerki”… Na wszystko mają przy tym zgodę Nawałki, bo za ponoć ostry reżim treningowy należy im się czasem możliwość „odreagowania”.
Wszystko to są rzeczy budzące oburzenie, zażenowanie i… pusty śmiech. Ciężkie pieniądze, ładowane przez państwo i sponsorów na utrzymanie nieudaczników i gówniarzy, którzy najwyraźniej nie dorośli do noszenia polskiego orzełka na koszulkach, to czyste marnotrawstwo i najgorsza lekcja dla innych, lekcja demoralizowania, patrzenia przez palce, wreszcie – robienia „z tata wariata”. Dziesiątki tysięcy naiwniaków niemal modlą się do kadrowiczów, ładują forsę w bilety na mecze, kupują koszulki z ich nazwiskami na plecach, tymczasem „idole” zamiast grać, regenerować siły, koncentrować się – balangują, uprawiają ponoć kartograjstwo (i to nie na sucho!), a potem wychodzą na boisko i nie mają siły biegać, o grze koncepcyjnej, o technice nie mówiąc.
Kilka razy sformułowałem już w różnych miejscach myśl w polskich warunkach iście heretycką: w Polsce powinno się na 25 lat zakazać futbolu zawodowego, a stadiony i resztę infrastruktury udostępnić społeczeństwu na masową rekreację. A jeśli nie – przynajmniej radykalnie (bardzo radykalnie!) obniżyć dotacje do piłki nożnej z państwowej kiesy. Kluby powinny być prywatne i zarabiać na siebie, a to byłoby możliwe tylko przy dobrych efektach sportowych.
To, co dzieje się obecnie, to skandal z jednej, a przekręt z drugiej strony. Wmawia się nam, że mamy dobrą drużynę narodową, a ona przynosi wstyd. Jest gdzieś winny takiego stanu rzeczy? Pewnie jest.
Tylko gdzie?!
