Warszawa 20 października 2016

Ostatni wyrok Sądu Najwyższego z września 2016 r. w sprawie cywilnej Romana Giertycha przeciwko Ringier Axel Springer Polska wzbudził zaniepokojenie wydawców. SN uwzględnił skargę kasacyjną Romana Giertycha i uchylił wcześniejszy, prawomocny wyrok, oddalający jego pozew przeciwko RASP. Wskutek tego sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Przypomnijmy: postępowanie rozpoczęło się w 2011 r. pozwem o ochronę dóbr osobistych, w którym powód zażądał usunięcia komentarzy umieszczonych na forum pod dotyczącym go artykułem, a ponadto przeproszenia i zadośćuczynienia.

Od lat orzecznictwo sądowe idzie w kierunku wzmocnienia ochrony dóbr osobistych oraz zaostrzenia odpowiedzialności prawnej dziennikarzy i wydawców. Dobra osobiste są w naszym systemie objęte silną ochroną prawną. Komentowane orzeczenie kierunek ten utwierdza. W teorii kierunek wydaje się właściwy i wydaje się, że nie wzbudza negatywnych ocen po stronie przedstawicieli doktryny prawa. A jednak powiedzieć, że SN znowu przesadził, to za mało. Tezy SN w znacznym stopniu podważają bowiem normy prawne zawarte w art. 14 i 15 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Z przepisów tych w dużym uproszczeniu wynika, że:

1) administrator nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane (czyli: posty na forum), jeżeli nie wie o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności,

2) w razie otrzymania urzędowego zawiadomienia lub „uzyskania wiarygodnej wiadomości” o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności administrator obowiązany jest niezwłocznie uniemożliwić dostęp do tych danych,

3) administrator nie jest obowiązany do sprawdzania danych umieszczanych na forum.

Zasady są w sumie proste i funkcjonują od lat. Niestety, wspomniany wyrok prowadzi do ich rozchwiania. SN uznał bowiem, że w sporze sądowym to administrator strony internetowej, a nie poszkodowany musi dowieść, że nie wiedział o wpisach, zanim został o nich powiadomiony. Inaczej poniesie odpowiedzialność za naruszenie dóbr osobistych. Przeprowadzenie takiego dowodu może być – delikatnie rzecz ujmując – bardzo trudne. W konsekwencji, zamiast czytelnych zasad, otrzymujemy talmudyzm prawny. Bowiem bez specjalisty, który rozdzieli włos na czworo, administrator nie będzie w stanie ustalić, jak powinien w danym przypadku postąpić. Nie powinno też dziwić, jeżeli kolejne składy orzekające SN zaczną wydawać wyroki idące w różnych kierunkach. Czy właśnie otworzono puszkę Pandory? Możliwe, że powstanie wieloletni spór, zupełnie niepotrzebny i co więcej – sprzeczny z założeniami ustawodawcy. Bowiem ustawodawca po to uregulował sprawę w ustawie, aby  SN mógł zająć się czymś innym, niż (de facto) prawotwórstwem, do którego nie został powołany.

Aby spełnić oczekiwania SN, administrator powinien:

a) wprowadzić surową moderację aby w ogóle wykluczyć naruszanie dóbr osobistych na forum;

b) zrezygnować z moderacji i wyraźnie zaznaczyć, że za wpisy nie odpowiada i reaguje wyłącznie na zgłoszenie;

c) w ogóle zlikwidować forum, co jest rozwiązaniem najbezpieczniejszym. W gruncie rzeczy, na orzeczeniu SN najbardziej stracą ci wydawcy / administratorzy, którzy do sprawy podchodzili rozsądnie. To znaczy: nie wtrącali się do bieżących wypowiedzi forumowiczów, chyba że otrzymali formalne i uzasadnione zgłoszenie albo, gdy dany wpis ewidentnie przekraczał wszelkie granice. Takie podejście jest optymalne, gdyż pozwala na zachowanie wolności słowa w możliwie szerokim zakresie, a jednocześnie eliminuje przypadki patologiczne. Tymczasem SN uznał właśnie, że to za mało.

Analiza orzecznictwa SN z ostatnich lat prowadzi do wniosku, że idziemy prostą drogą do wprowadzenia w Polsce cenzury. A w zasadzie tylko do domknięcia systemu, bo „miękka” cenzura od dawna w Polsce jest, tylko mainstreemowym komentatorom nie wypada tego nazywać po imieniu. Wbrew obiegowym opiniom, nie chodzi o cenzurę polityczną, stosowaną przez organy administracji, ale o cenzurę sądową, czyli legalną. Przy czym sądy są w tym przypadku jedynie pałką, którą politycy, prezesi i korporacje okładają dziennikarzy (a teraz także wydawców). Jeżeli  ktoś nie jest przekonany i uważa powyższe tezy za przesadzone, niech wykona prosty test: założy lokalny portal internetowy i zabierze się na krytykowanie burmistrza lub wójta jakiegoś małego miasteczka. Efekt, w postaci procesu o ochronę dóbr osobistych oraz sprawy karnej z osławionego art. 212 k.k., będzie w zasadzie gwarantowany. Przy czym, jeżeli na portalu pojawią się ostrzejsze wypowiedzi forumowiczów, policja najpierw zażąda od administratora ich numerów IP, a następnie ustali ich tożsamość i wezwie na przesłuchanie. Na naszych oczach interesy prywatne wygrywają z interesem publicznym. Oczywiście, wszystko w imię „wolności” i przestrzegania prawa.

Michał Ł. Jaszewski


 

Autor jest prawnikiem i doradcą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Specjalizuje się w prawie prasowym i prawie pracy.



 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl