Niezwykła jest „Krew na naszych rękach” Pawła Lisickiego; śmiem twierdzić, że takiej książki publicystyczyno-histriozoficznej nikt -  w skali światowej – dotychczas nie napisał. Autor tematykę wiary w  Ukrzyżowanego drążył już wcześniej. 

            Jednak tutaj osią myślową nie jest nasza religia, a to, co jej zarzucają dzisiejsi, jak to określa autor, wyznawcy „holocaustianizmu”, ergo: historycy, uczeni czy quasi-naukowcy, politycy, publicyści lub błazny publicystyczne w rodzaju Jana Tomasza Grossa. Mizerę jego elukubracji w zakresie zarówno językowym, logicznym, merytorycznym i moralnym wielokrotnie wykazywał w swych również wyjątkowych dokonaniach popularno-naukowych Marek Jan Chodakiewicz,  tworzący, jak i Gross, w Stanach Zjednoczonych.

Natomiast Lisicki ujmuje temat „holocaustiański”, rzec by można, odwrotnie: Holocaust nie obciąża Kościoła chrześcijańskiego ani narodów i społeczeństw, w których Niemcy dokonywali zbrodni na Żydach, natomiast demaskuje zbrodnie fizyczne i moralne judaizmu tudzież wszelkich nurtów lewactwa popełnione na chrześcijaństwie.

Od razu muszę jednak wyjawić, że nie zgadzam się z formułą werbalną Lisickiego „religia holocaustiańska”, bo jakąkolwiek ekwilibrystykę leksykalną autor by zastosował, „holocaustianizm” nie będzie religią nawet w cudzysłowie podwójnym. Religia bowiem, przepraszam za truizm, to wiara w Nadprzyrodzone. Owszem, piszący o Zagładzie jako determinancie historii, zmieniającym niczym w zwietrzałych już koncepcjach marksistowskich dotychczasowe prawidłowości dziejowe, są do swych przekonań tak przywiązani, że w istocie przypominają fanatyków religijnych. Wszelako w rzeczy samej uprawiają  p r o p a g a n d ę, nadając jej znamiona swoistej religii. A Lisicki, mający imponującą wiedzę religioznawczą i obdarzony subtelną wrażliwością historiozoficzną odbiera te postawy w wymiarze właśnie filozoficznym; on, zda się, nie umie inaczej tłumaczyć świata, jak tylko z największych piedestałów kultury rozumianej nade wszystko metafizycznie (nb. jest to zresztą jedyny sposób dociekania sensu - lub absurdu – egzystencji). Mogliśmy się już o tym przekonać, kiedy genezę książki Jarosława Marka Rymkiewicza „Kinderszenen” o Powstaniu Warszawskim Lisicki wywodził z idealistycznej filozofii niemieckiej, podczas gdy inspiracją tej powieści-eseju jest raczej tradycja starożytnej mitologii walki herosów, a także wspomnienia dzieciństwa, wciąż kształtującego duchowość pisarza.

Tymczasem propagandyści Holocaustu nie chcą i nie zamierzają wcale toczyć sporów  filozoficznych, historycznych, historiozoficznych, metafizycznych - oni jedynie  o s k a r ż a j ą. I co tu jest najtragiczniejsze, to oskarżają nie Niemców, natomiast tych wszystkich, którzy podczas wojny byli w ich wrogim zasięgu.

Wymowny jest tytuł i treść książki faktograficznej Normana Finkelsteina, Żyda amerykańskiego, „Przedsiębiorstwo  Holocaust”. Autor udowadnia bowiem, że dożywającym swych dni niewymordowanym przez Niemców Żydom przyszli w sukurs ich współcześni potomkowie, głównie ze Stanów Zjednoczonych i Europy zachodniej; zwietrzywszy ich dawne bogactwo niezagrabione przez Niemców, które dzisiaj jest własnością społeczności państw okupowanych w II wojnie, domagają się rewindykacji (może z naddatkiem?) tamtych majątków. Propaganda Holocaustu, rozumuje Finkelstein, jest głównie, jeśli nie wyłącznie, szantażem: jeżeli na waszych oczach Niemcy mordowali Żydów i rabowali ich mienie, to dziś musicie w poczuciu ekspiacji oddawać, co im się należy i nie należy. Ten  wymiar „holocastianizmu” Lisicki właściwie pomija, Natomiast, jak rzekłem, daje upust swej doprawdy imponującej wiedzy erudycyjnej, dzięki której jego książka, choć napisana małą czcionką na siedmiuset stronach, jest lekturą arcyfascynującą, lecz czyż zarazem nie stanowi mimowiednej, swoistej sublimacji „holocaustianizmu”? 

Jean Paul Sartre w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku nie odebrał Nagrody Nobla w  proteście wobec kultury chrześcijańskiej, a pisał, jak informuje Lisicki, że Żydzi są najłagodniejszym narodem pod słońcem. Dyplomata izraelski we Francji powiedział zaś publicznie w 2016 r., że  „Żydzi nikogo nie skrzywdzili w imię Boga i wiary”… I w świetle Ewangelii, i w odniesieniu do dziejów nieco ponad dwóch tysięcy lat jest to najordynarniejsze kłamstwo. Lisicki demaskuje je ukazując stosunek w ostatnich wiekach starożytności i pierwszych średniowiecza judaizmu do chrześcijaństwa: Żydzi judaistyczni donosili władzom rzymskim na wyznawców Chrystusa; ich delatorstwo często wywoływało prześladowania chrześcijan. Później dzięki władcom chrześcijańskim zakładali osiedla w Europie, ale odragradzali się od społeczeństw wrogością religijną, nie integrowali z nimi. Ewa Kurek w książce „Polacy i Żydzi: problemy z historią” zwraca uwagę, że po wrześniu 1939 r. los Polski był polskim Żydom judaistycznym w najlepszym razie obojętny. Potem zrazu cieszyli się z getta, że Niemcy oddzielili ich murem od chrześcijańskich Polaków.  Dalej ów dyplomata izraelski dodaje, że jego rodacy „przeszli przez  historię doznając nienawiści i różnego rodzaju i masakr” (aż korci, żeby dostosowując się do rozważań Ewy Kurek dorzucić: prowokowanych swą pogardą do społeczeństw, które ich przyjęły). Lisicki natomiast ironicznie komentuje: czyli „dzieje świata  to dzieje  prześladowań i mordów na Żydach”. I dodaje, że wedle narzucanej współczesnemu światu ideologii holocaustiańskiej „być człowiekiem dobrym to zatem  w przypadku nieŻydów zdawać sobie  sprawę z własnej winy. Widzieć w sobie tego, kto albo  jest potomkiem zbrodniarzy, albo potomkiem tych, którzy na zbrodnię przyzwolili”. Człowiek dobry musi wziąć na siebie rolę Abla, to znaczy „utożsamiać się z Żydami, inaczej trawić nas będzie nigdy nieokiełznana żądza mordowania Żydów”.

Wreszcie dyplomata izraelski, cytowany przez Lisickiego, puentuje swą wypowiedź (pamiętajmy: rok 2016): „wspólnota żydowska nigdy nie powstała ani żeby zniszczyć Hiszpanię, która ich wypędziła, ani Polski, która ich zagazowała”. Co nim powodowało: podłość, niewiedza czy głupota? Lisicki nigdy nie formułuje takich pytań, nie ewokuje podobnych dylematów; subtelność umysłowa w każdej dziedzinie twórczości ma też słabość – unika dosadności i dobitności, co czasami osłabia wyrazistość konstatacji, obrazu, dźwięku, kształtu. Niekiedy czytając ten wielki,  powiedziałbym, epos publicystyczny Lisickiego chciałoby się właśnie postawić kropkę nad „i”. W każdym razie owo zwierzenie Żyda ukazuje  s k u t k i  współczesnej działalności propagandystów Holocaustu! A my nie umiemy położyć jej kresu… Czyżby więc rację miał Krzysztof  Kłopotowski pisząc dytyrambiczną książką o geniuszu Żydów? Może jednak się myli i powinien napisać książkę o głupocie lub podłości Żydów?

 „Polakom najtrudniej – wywodzi Lisicki - dostosować się do nowego holocaustiańskiego paradygmatu. Zbyt boli ich wciąż pamięć  własnych zmarłych (…). Gdyby Polacy mieli zaakceptować  przekaz  powszechny obecny  w USA, wyszłoby  na to, że godzą się z opinią, iż śmierć  setek tysięcy, milionów ich rodaków była w jakimś sensie gorsza i mniej wartościowa niż śmierć żydowska”. 

Holocaustianie nawet Kościołowi wmówili urojone winy. Lisicki przytacza przykład, jak to Żyd francuski Jules Issak przekonywał papieża Jana XXIII, człowieka o wielkiej inteligencji i gołębim sercu, że „pierwotna wrogość do Żydów jest zakodowana w Ewangelii”. A dziś doszło do tego, że propagandyści Holocaustu usiłują wmówić chrześcijanom, iż Zagłada zaczęła się na Golgocie, a skończyła na Auschwitz. Lisicki wspomina o takich twierdzeniach, lecz dobitnie nie ośmiesza absurdalności takich twierdzeń. Przecież Golgota to męczeństwo Żyda wywołane manipulacjami religijno-politycznymi Żydów. Jeśli więc Ukrzyżowanie miałoby być początkiem Shoah, to, logicznie rozumując, zbrodnia ludobójstwa na Żydach byłaby popełniona przez Żydów. Albo ja nie rozumiem retoryki „od Golgoty do Auschwitz”, albo ci, którzy nią się posługują, popadli w aberrację, której rozmiarów nie da się opisać…

Ojcowie soborowi w 1965 r. na Soborze Watykańskim II wydali deklarację Nostra aetate.  Właściwie sprzeniewierza się ona w imię ekumenizmu pierwszemu przykazaniu i zapewnieniom Jezusa, że Zbawienie dokonuje się tylko Przezeń, relatywizuje  bowiem różnice między wyznaniami, zmienia też pod presją judaizmu, wielkopiątkową modlitwę o nawrócenie Żydów na: w intencji Żydów. Św. Jan Paweł II uznał Shoah za „nieopisane zło, zło, które stanowi niezatartą plamę w dziejach”. Lisicki nazywa tę wypowiedź „typowym zwrotem retorycznym”, albowiem treść jest prawdziwa jedynie w odniesieniu do historii, nie do religii, a w niej stanowi „rewers zapisu antychrześcijańskiego” do wersji Talmudu powstałych po narodzeniu Chrystusa. „Kościół, zwłaszcza od Soboru i Watykańskiego II – konkluduje redaktor  naczelny „Do rzeczy” - zrobił bardzo dużo, by przyjąć na siebie odpowiedzialność za zbrodnie Niemców (…) Raz za razem, wolniej lub szybciej, Kościół zmierza do uznania swojej odpowiedzialności, winy i grzechu. Czyli do samodestrukcji”.  

I potem wzburzamy się, gdy lewicowi antyPolacy w typie Edelmana, Wiesenthala, Grynberga, Machcewicza, Geberta mówią światu, że antysemityzm to wykwit chrześcijaństwa. Siłą i wielkością książki Lisickiego jest pokazanie, że właśnie odwrotnie - chrystianizm jest od zarania, do dziś,  prześladowany przede wszystkim moralnie, a i często też fizycznie, niezmienną, agresywną postawą Żydów judaistycznych oraz wszelkich lewaków żydowskich i nieżydowskich.

Ale tytuł tego dzieła naprawdę niepospolitego jest trudny do  przyjęcia. Czytelnik widząc okładkę z napisem „Krew na naszych rękach”, a pod nim fotografię Żydów w chałatach może mniemać, że to znowu jakaś książka w stylu Grossa plugawiąca naszą godność narodową i państwową. Tymczasem jest wprost przeciwnie, ale zauważyć to można  dopiero po przeczytaniu wstępu, jeżeli przemoże się aprioryczną niechęć, jaką spontanicznie budzi okładka z owym tytułem, gdzie autor wyjaśnia jego genezę: „Pewnego dnia (…) słuchałem radia (…) ktoś komentował  opublikowany  przez  niemiecki (a jakże! – J. W. ) «Die Welt» artykuł Jana Tomasza Grossa, w którym autor dowodzi, że Polacy nie chcą przyjmować, muzułmańskich imigrantów, że od zawsze są ksenofobami (…) i antysemitami  (…). Zaproszony  do studia gość  plótł coś o tym, że (…) należy uderzyć się w piersi. I dodał: «Wszyscy mamy krew na rękach»”. Tak to Lisicki à rebours wyjaśnił ideę swego utworu, ale czy był świadom, że owo „à rebours” może nie być od razu zrozumiałe (sam tego doświadczyłem)?

A w ogóle po co wprowadzać do utworu tej niezwykłej miary nazwisko autora „Sąsiadów” – toż to byłoby jakby uznanie Lisickiego dla tego prymitywnego fałszerza historii. Tym bardziej że  szkody, jakie Gross wyrządził i wyrządza godności naszego narodu, wołają o pomstę do nieba, bo wywołują w świecie głośny rezonans. Oto na przykład w 2014 r. nieszczęsny (w znaczeniu nie ma szczęścia do uczciwych prezesów) „Czytelnik” wydał przetłumaczoną z francuskiego książkę Marca Ferry „Resentyment w historii”. To jest tytuł!  Zauroczony nim, kupiłem ją, a tam co akapit to Gross: albo in extenso, albo w powoływaniu się nań, albo w formułowaniu kłamstwa jego językiem. Świat zachodni chłonie te nikczemności, bo uzasadnia nimi swą moralną nicość. Po co więc wspominać Grosa, w dodatku w takim arcydziele publicystycznym, jakim jest najnowsza książka Lisickiego?

Jeśli Gross ma obywatelstwo polskie, władze RP powinny mu je odebrać, póki czas i nie wpuszczać do Polski, bo on jest naszym wrogiem.  

To było na marginesie, a wracając do głównego tematu postuluję, żeby Lisicki w następnych wydaniach zmienił tytuł, napisał inne wprowadzenie, a wydawnictwo rozpoczęło starania o tłumaczenie jego książki na chociażby jeden język zachodni. Przekład obcojęzyczny jest tak Zachodowi potrzebny, jak powrót do moralności chrześcijańskiej.   

Jacek Wegner                                                 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl