Podczas spotkania w Klubie Publicystyki Kulturalnej we środę, 4 stycznia, inaugurującego nowy rok 2017, o swoich czterech nowo wydanych książkach mówił Bohdan Urbankowski. Poeta, ba, Książe Poetów (taki tytuł zdobył w jednym z konkursów), dramaturg, historyk, myśliciel, założyciel Konfederacji Nowego Romantyzmu, antykomunista od zawsze, opozycjonista w okresie PRL, związany z Konfederacją Polski Niepodległej (a więc konfederat notoryczny),za komuny osiem razy wyrzucany z pracy.
W licznych swoich pracach, napisanych językiem dyskursu, zbliżonym do języka eseju, ale nie są to próby, lecz teksty dojrzałego analityka i interpretatora, który dobrze wie, co chce powiedzieć raczej bez wahań, otóż w pracach tych Urbankowski krąży wokół samego centrum polskiego dziedzictwa kulturalnego i duchowego czy intelektualnego. Poza książką o Dostojewskim, wywodzącą się zresztą z pracy doktorskiej, wszystkie jego pozostałe książki dyskursywne dotyczą postaci i zjawisk najważniejszych w naszych dziejach najnowszych. Są to pozycje o Mickiewiczu, potężna dwutomowa praca o Piłsudskim (marzycielu i strategu – pozorna kontradykcja!), o Janie Pawle II, wreszcie o Zbigniewie Herbercie (jako o „poecie czyli człowieku zwielokrotnionym”), a także o…Powstaniu Warszawskim („Oparci o śmierć”). Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że te postacie i ich dzieła oraz czyny – jak czyn powstańczy – to właśnie elementy owego centrum polskiego dziedzictwa kultury (dzięki której naród polski nie utracił tożsamości podczas wiekowej przeszło niewoli) i ducha (w znaczeniu, jakie nadawał mu Juliusz Słowacki) ostatecznie zwycięskiego. Wrócę do tego jeszcze, a teraz kilka słów relacji ze spotkania.
Książki omawiane przez autora to „Adam Mickiewicz, tajemnice wiary, miłości i śmierci” (wznowienie), „Jeśli zapomnę o nich”, „Oparci o śmierć” i „Chwile z Hanią” „– Dwie i pół z nich napisałem w minionym roku” – wyjaśnił nasz gość i zarazem współgospodarz, ponieważ jest stałym członkiem naszego Klubu. Bagatela! Pierwsza z nich to książka odkrywcza i niezwykle frapująca, wbrew przeświadczeniom, że o Wieszczu nic już nowego powiedzieć nie można. Miażdży ona w sposób udokumentowany różne mity (i mitotwórców) na temat Poety. Sądzę, że nie tylko mnie najbardziej ujął Urbankowski spokojem i łagodnością, z jakimi w czasie dyskusji podjął polemikę z pewną – nie mogę tego ująć inaczej – potwarzą wobec Mickiewicza, o czym za chwilę.
Scharakteryzował dwa następne tytuły, zatrzymując się zwłaszcza nad książką o przedziwnym tytule „Oparci o śmierć”, poświęconą Powstaniu Warszawskiemu i losom poetów skupionych wokół „Sztuki i Narodu”. Zwrócił uwagę na fakt, że wszystkich redaktorów naczelnych tego periodyku podziemnego spotkała gwałtowna śmierć i opowiedział, jak to dwaj ostatni jego redaktorzy, Stroiński i Gajcy, żeby oszukać los, postanowili wspólnie pełnić tę funkcję, ale los nie dał się zwieźć takim kruczkiem i zadał im wspólną śmierć pod gruzami wysadzonej przez Niemców kamienicy przy ul. Przejazd 1/3.
Urbankowski mówił o Powstaniu Warszawskim w takim duchu, jak gdyby zgadzał się z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, że było to wydarzenie równie ważne dla Polaków, jak Chrzest Polski ponad 1050 lat temu. „Sztuce i Narodowi” oraz twórcom z tym czasopismem związanym poświęcony jest w książce jeden rozdział, ze słów Urbankowskiego nie wynikało, by uważał je za kontrowersyjne, jak to czytaliśmy w nielicznych „marksizujących” opracowaniach.
Po omówieniu tych książek, poeta zaproponował, że odczyta kilka wierszy z tomiku „Chwile z Hanią” i tak oto poznaliśmy tatę zakochanego w swojej córeczce (dzisiaj dorosłej, obecnej na spotkaniu), rozporządzającej niezwykłą dziecięcą wyobraźnią. Wiersze te jak gdyby odsunęły od nas na chwilę tę ciężką tematykę polskich „przeklętych problemów”, odgrodziły nas od niej, tak jak gdyby powiało czystym, rześkim powietrzem, powiewem wiosny, wiosny życia i prawdziwej, czystej poezji.
W dyskusji zabrał głos Andrzej Tadeusz Kijowski (który właśnie stał się członkiem naszego Klubu) i wystąpił z tezą następującą: gdyby w drugiej połowie XIX wieku istniał taki IPN jak obecnie, to prawdopodobnie dowiedzielibyśmy się, że Adam Mickiewicz był agentem Ochrany od czasów młodości aż do śmierci. Nie jest to cytat, autor wypowiedzi ubrał ją w jakieś niby argumenty, głównie natury obyczajowej, ale istota rzeczy oddana jest rzetelnie. Byłem pełen podziwu dla Urbankowskiego, który w odpowiedzi roztoczył, że tak powiem, wachlarz bogatej argumentacji, opartej na głębokiej wiedzy o życiu i dziele Mickiewicza, którego postępowanie oceniał realistycznie, bez gloryfikacji, ale i bez nieuprawnionej krytyki, i całkowicie wykluczył sugerowaną możliwość. Podobnie potraktował mit o otruciu Poety w Konstantynopolu, jak również twierdzenie, że chorobą, która go zabiła, była cholera (żadnego ogniska cholery w tym rejonie wtedy nie było).
Muszę przyznać, że zabierając głos w tej sprawie, nie zdołałem powstrzymać swego oburzenia dowodząc, że rzucanie podobnych oskarżeń jest haniebne, zwłaszcza że nie jest oparte nawet na cieniu jakichkolwiek dowodów czy przesłanek, tylko na skłonności do poszukiwania sensacji tam, gdzie ich nie ma i do obniżania ustalonych wartości, którymi się chlubimy, przy czym nie chodzi o zakaz tzw. odbrązawiania pomnikowych postaci, bo to jest, naturalnie, dopuszczalne i pożądane. Usłyszałem przeto, że wpisuję się w obronę narodowych świętości. A niechta!
Po tym spotkaniu nasunęła mi się pewna refleksja, z którą postanowiłem się z Państwem podzielić. Otóż mam nieodparte wrażenie, że pozycja Bohdana Urbankowskiego w życiu publicznym, we współczesnej kulturze w ogóle jest głęboko nieadekwatna w stosunku do jego dorobku literackiego i postawy polskiego intelektualisty. A mianowicie jest wysoce niedoszacowana. Mimo całej plejady nagród i wyróżnień, jakie zdobył (Laur SDP, Nagroda Norwida, Słowackiego, Georga Trakla, wspomnianego Księcia Poetów i wiele innych), mimo oddźwięku czytelniczego dla dwutomowej „Czerwonej mszy, czyli uśmiechu Stalina” (trzy wydania), opisującej „hańbę domową” polskich pisarzy z okresu stalinowskiego. Książki, bez której żadna historii literatury polskiej nie może powstać. Mimo sześciu wydań „Głosów”, zbioru poetyckiego, który zdobył dziesięć nagród i miał liczne realizacje radiowe i sceniczne.
Chodzi o to, że ten wybitny poeta i pisarz nie funkcjonuje prawie wcale w życiu publicznym. Sam powiedział, że jego czterech książek wydanych w ubiegłym roku, nie zauważyła w ogóle „Gazeta Polska”, której działem kulturalnym kieruje. (Zbyt skromny, by się promować, czekał bezskutecznie, aż ktoś się tym zajmie). Nie inaczej jest w innych mediach, nie mówiąc już o tych „głównego koryta”, jak je nazywam. Jego utwory dramatyczne, zebrane choćby w tomie „Sny o Ojczyźnie i inne dramaty” nie są grane w teatrach. „Kaligula” (studium tyrana z nawiązaniami do współczesności) i „W białych ogrodach Tuilieries” (sztuka demaskująca i kompromitująca idee Komuny Paryskiej, tak gloryfikowanej przez Władysława Broniewskiego) to utwory, które stały się przedmiotem podłego donosu, a w rezultacie zostały zdjęte z przygotowywanego repertuaru Starego Teatru w Krakowie w końcówce PRL. I w wolnej Polsce także nie zostały nigdy wystawione. Pisarz nie jest zapraszany przez środki powszechnej komunikacji, nie ma statusu rzeczywistego autorytetu moralnego, także w ostatnim czasie. Kiedy kilka lat temu zaproponował w jak najlepszej wierze połączenie obu związków literatów (ZLP i SPP), wielu go po prostu wyśmiało.
Mam własny pogląd na przyczynę tego stanu rzeczy. Otóż uważam, że jest nią prawdopodobnie to, co napisałem na początku. To mianowicie, że ten poeta i pisarz zajmuje się centralnymi problemami naszego narodowego dziedzictwa, jego najważniejszymi fenomenami i postaciami. Ponieważ dziedzictwo to przez jakże wiele tzw. opiniotwórczych osobistości, jakże wielu intelektualistów jest właśnie również niedoceniane i nazbyt chętnie krytykowane i podważane. To dziedzictwo, o którego przyjęcie i dalsze rozwijanie tak żarliwie prosił na krakowskich Błoniach Jan Paweł Wielki (Pamiętne: „Zanim stąd odejdę, proszę Was…” z 1979 roku). A druga przyczyna to syndrom owego polskiego piekielnego kotła, którego diabły nie muszą strzec, ponieważ jego mieszkańcy sami pilnują, by nikt nie wyrósł ponad innych.
Rozumiem tęsknotę Bohdana, który nosi się z myślą powołania Akademii Literackiej, na wzór przedwojennej czy francuskiej. Ale gdy pomyślę, że trzeba by tam zapisać, przynajmniej jako patronów, naszych „Wielkoludów”, to nie wiem, jakby to wyglądało, gdyby odważono się przyjąć do niej przedstawicieli dzisiejszego Parnasu… A jakie powstałyby przy tym swary! Nie mówiąc o rechocie tych, którzy rechoczą przy każdej podobnej okazji…
Jerzy Biernacki
PS. W drugiej części zebrania KPK odbyły się wybory przewodniczącego Klubu, gdyż w listopadzie ub. roku upłynęła czteroletnia kadencja przew. Teresy Kaczorowskiej. Została ona wybrana na kolejną kadencję do jesieni 2020 roku.
