O ile większość komentatorów polityki międzynarodowej koncentruje się nad inauguracją nowego prezydenta USA Donalda Trumpa i próbami analizy, jakim będzie - lub nie będzie - prezydentem, to stosunkowo niewiele jest analiz pokazujących Trumpa jako REAKCJĘ wobec Obamy i dominacji amerykańskiej oligarchii w życiu politycznym Ameryki i świata.
Trump był przede wszystkim reakcją – reakcją wobec Obamy: słabego i zadufanego w sobie aroganta, który był służalczo uniżony wobec prawdziwych wrogów takich jak Moskwa czy Pekin, a w zamian arogancki wobec przyjaciół Ameryki, takich jak kraje Europy-Środkowo Wschodniej, w tym Polski. Przez praktycznie całą swoją kadencję Obama pozorował działania, marszcząc się i strojąc poważne miny, a de facto cofał się krok po kroku, rysując kolejne ‘nieprzekraczane linie’, które w pewnym momencie przekraczał nawet słaby Asad w Syrii, nie mówiąc o już o ‘resecie’ w stosunkach z Rosją – niedługo po ataku Rosji na Gruzję w 2008 r., - ‘resecie’ dopiero niedawno anulowanym.
Obama oddał Rosji zarówno ukraiński Krym, jak i Donbas, pomimo sygnowanego w 1994 r. Memorandum Budapesztańskiego, w którym USA, obok Wielkiej Brytanii i Rosji, miały gwarantować Ukrainie integralność terytorialną w zamian z wyrzeczenie się posiadania post-sowieckiej broni atomowej. W końcu Obama wybrał się także w dziwną podróż na Kubę, z której nic nie wynikło dla poprawy praw człowieka na Kubie, natomiast komunistyczny reżim gratisowo otrzymał de facto zakończenie blokady wyspy.
To właśnie słabość i niemrawość gabinetu pacyfistycznego Obamy spowodowały paradoksalnie tak wielki wzrost zagrożenia dla światowego pokoju i wolności – najzwyczajniej w świecie jeśli policjant śpi albo się obija, to złodzieje i bandyci rządzą na ulicach i w całym mieście. I tak właśnie wygląda świat po Obamie: z rosnącą presją Rosji, Chin i fundamentalistów muzułmańskich na wolny świat, ze sklerotyczną i stetryczałą Europą Zachodnią, i coraz bardziej zdeterminowanymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej.
Politykę międzynarodową Obamy można określić jednym zdaniem: Nic nie robić, czekać tak długo jak się da, a na końcu zrobić cokolwiek. Obama to człowiek, który na początku swojej kadencji otrzymał Pokojowego Nobla, a który wbrew swoim wielokrotnym gromkim przedwyborczym obietnicom nie zlikwidował więzienia w Guantanamo, a w zamian - pamiętajmy: jako ‘pacyfista’! - zlikwidował Osamę Bin Ladena.
Dopiero na samym końcu kadencji, dosłownie w ostatniej chwili nastąpiła ‘wrzutka’ – do Europy Środkowo-Wschodniej wysłano minimalne oddziały amerykańskie – bardziej dla zasygnalizowania obecności niż dla realnego wpłynięcia na równowagę sił w regionie. Nasuwa się pytanie, na ile było to spowodowane realną troską Waszyngtonu o ten rejon świata oraz ewentualnym ustępstwem przed naciskami Pentagonu, a na ile chęcią skomplikowania następcy – Trumpowi - jego deklaratywnej przyjaźni z Putinem?
W wewnątrzamerykańskiej polityce zamiast obiecywanego zniesienia różnic rasowych nastąpiło zaognienie stanu wojny między różnymi rasami i grupami społecznymi, wzrosła wzajemna wrogość i nienawiść ‘kolorowych’ wobec ‘białych', 'lewicy' wobec 'prawicy', ‘liberałów’ wobec ‘konserwatystów’. Ale to już jest wewnętrzny problem Amerykanów. Jednak na pewno podczas ostatniej kampanii prezydenckiej złamana została, dzięki internetowi i mediom społecznościowych, przynajmniej na jakiś czas dominacja wielkich pieniędzy, głównonurtowych mediów, ośrodków akademickich i show-biznesu.
W sumie zabawnym podsumowaniem wyborów prezydenckich w USA będzie chyba stwierdzenie, iż im bardziej malowany jest w czarnych barwach Trump, to tym bardziej fatalnie wypada Hillary Clinton, jeśli wobec ‘aż tak strasznego’ Trumpa, Clinton jawiła się jako jeszcze gorsze zło.
A jaki będzie Trump? No cóż – obietnice już usłyszeliśmy. Dlatego teraz - ciesząc się z dziecinnie sfrustrowanej i obrażonej desperacji lewo-liberalnych postępaków - po prostu uważnie, uczciwie i starając się o przynajmniej minimalną bezstronność, śledźmy jego konkretne działania już jako prezydenta USA.
