26 stycznia 2017 r., godz. 22: 20. Studio 1 polskiej telewizji. Program „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego. Mówię o tym, do czego zobowiązał mnie Pan Karol Tendera, dziś już 96-latek, zaraz po rozprawie w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie 22 grudnia 2016 r. sygn akt I ACa 1080/16:
-Proszę powiedzieć tym wszystkim politykom, tym ludziom od Tuska, że niczego nie potrafili załatwić. Mimo tego, że do nich pisałem i nie było żadnej odpowiedzi. To ja były więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz spowodowałem, że sprawa podłego określenia o polskich obozach zagłady zostało nagłośnione i o tym zaczęło się mówić. Przecież ja także występowałem w obronie narodu polskiego. W obronie naszej godności. Czy nikt tego nie widzi? Dlaczego ja były więzień tego straszliwego Auschwitz musiałem działać samotnie?
Ja mówię na wizji o fatalnej formie przeprosin stacji ZDF (Zweites Deutches Fernsehen), mimo takiego nakazu Sądu Apelacyjnego w Krakowie: „.....
I od dziwnej cały czas „taktyce” niemieckich mediów, bo nie tylko ZDF, ale portali focus.de i die welt.de. Po napisaniu o „polskich obozach koncentracyjnych” i interwencji albo polskiej ambasady, konsulatu, czy rzeczników tych instytucji (tylko i wyłącznie takiemu działaniu, bo nikt inny tego nie robi), niemieccy dziennikarze natychmiast się kajają „tak oczywiście macie rację”, przyznajemy, że to były „niemieckie obozy koncentracyjne” (deutsche Konzentrationslagern), działanie wyłącznie Niemców. Nawet w swoich przeprosinach (bo po zwróceniu im uwagi naprawdę starają się kajać) nie akcentują celowo „nazistowskich obozów”, a właśnie „niemieckie”.
I co dalej? I na tym koniec! Za tym nie idą żadne dodatkowe publikacje, czy artykuły krytyczne. Przeprosiny i nic więcej. Żaden publicysta, ze znanych mi przypadków, nie stara się zgłębić tematu. I rozpoznać, co to się dzieje, że tryb postępowania jest jeden i ten sam: najpierw to haniebne „polskie obozy”, potem polska interwencja i te przeprosiny, faktycznie z przyznaniem i zaprzeczeniem, że kiedykolwiek były polskie. I na tym koniec.
Nikt nie chce się przyznać do tego, że takie powtarzające się przypadki to oczywisty błąd i, co ważniejsze, że więcej się nie pojawi (Die Zeit, tygodnik wydawany w Hamburgu obliczył, że na całym świecie dochodzi od 110 do 130, czyli co trzeci dzień i tak się pojawi). Ostatni przypadek to włoska agencja ANSA z 23-01-2017 r.). Z Włochami znowu podobna sytuacja: Oczywiste naruszenie, nasze wytykanie im nieprawdy i przeprosiny.
Milczą nie tylko publicyści. Jakoś dziwnie w ogóle ich to nie razi, a szczególnie częstotliwość pojawiania się tych potwornie niesprawiedliwych dla narodu polskiego określeń. A co opinia publiczna, czy krótko mówiąc sami Niemcy i ich wrażliwość? Należy zauważyć, że zwroty te pojawiają się przede wszystkim w internecie. Czyli przede czytają to miliony wszystkim miliony. I te miliony niemieckich oczu nie razi „polskie obozy koncentracyjne”? Czy naprawdę konieczne jest mocne interweniowanie ze strony polskiej? Żadnego ruchu z tamtej strony Odry? Nawet nikt nie zapyta: dajmy sobie z tym spokój, obozy koncentracyjne na okupowanym terytorium pokonanej Polski były niemieckie. Czy faktycznie nikogo nie stać na tak oczywiste, i zgodne z prawdę historyczną przyznanie się.
A może chodzi o coś przeciwnego? Właśnie o to by się nie przyznawać. II wojny światowej nie wywołali Niemcy? To nie oni napadli na Polskę. To Polacy napadli na ich rozgłośnię w Gliwicach. Co było tak potrzebnym pretekstem Hitlerowi. A skoro Polska zniknęła z mapy Europy pod ciosami niemieckiej armii Hitlera, to kto budował obozy koncentracyjne na wschód od Odry, Warty i Wisły. Polacy? Czyżby? A kto rządził na ziemiach polskich pod okupacją niemiecką?
To o co tu chodzi? Czy o zwykłe przejęzyczenie się? Miałem okazję rozmawiać w styczniu 2017 r. z prof. dr Hansem-Gertem Pötteringiem, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego (2007-2009), eurodeputowanym od samego początku. Odpowiedział „ech tam”, to takie stwierdzenie „ot tam”. Czyli właściwie to nic poważnego, Polacy o co Wam chodzi?
Czyżby naprawdę Niemcom nie przeszkadzało, że sami fałszują historię? A może takie „ech tam”, „ot tam” w drugą stronę, czyli że to właśnie Niemcy ponoszą pełną odpowiedzialność za to, co się stało na okupowanych ziemiach polskich w czasie II wojny światowej.
W ten głos Pana profesora wplotła się wypowiedź publicysty i dziennikarza Kazimierza Wóycickiego, również występującego w „Warto rozmawiać” 26 stycznia 2017 r. Jest on autorem m.in. „Czy bać się Niemców?” (wstęp Stanisław Stomma; CDN 1990), Niemcy współczesne i stosunki polsko-niemieckie (Wyższa Szkoła Administracji Publicznej 2003, seria: "Polsko-Niemiecka Biblioteka Szczecińska"), „Niemiecki rachunek sumienia. Niemcy wobec przeszłości 1933–1945” (Atut – Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe 2004, 2005 seria: "Zrozumieć Niemcy", t.2), „Europejski konflikt pamięci” (Fundacja Konrada Adenauera, Przedstawicielstwo w Polsce, 2008; seria: "Raporty Fundacji Konrada Adenauera"), „Jak rozmawiać z Niemcami. O trudnościach dialogu polsko-niemieckiego i jego europejskim wyzwaniu” (we współpracy z Waldemarem Czachur: Atut - Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe, Wrocław 2009.
Nawet już po programie zwrócił się do mnie: „Po co tyle szumu o te określenia. Sami działamy przeciwko sobie. Niemcy to podchwycą jako zupełnie niepotrzebne stawianie się. Nic dobrego dla stosunków polsko-niemieckich”. Tak to odebrałem.
I to jest najbardziej zaskakujące. My będziemy pisali tak jak sobie chcemy, a Wy siedźcie cicho. Bo jesteśmy razem w Unii, mamy się wspierać, a nie atakować?
Czy naprawdę o takie „cicho, sza” chodzi? A może pod przykrywką poprawności w Unii, ktoś za Odrą chce po cichu robić swoje? Tak by pomału, pomału zmieniać zdanie opinii publicznej (bo historia, czy raczej prawda historyczna ich nie obchodzi). Czy to sposób by jednak zdejmować, powoli, powoli pełną odpowiedzialność z Niemców za to, co robili podczas II wojny światowej?
Andrzej Dramiński
