Warto zastanowić się nad tym, czy narodowy socjalizm, zwany nazizmem, pojawił się i rozwinął w Niemczech przypadkowo, czy mógł się zatem pojawić i rozwinąć w każdym innym zachodnioeuropejskim kraju. Czy też Niemcy były w jakiś sposób predestynowane, by zarazić się tak dalece ideą narodowego socjalizmu, z tragicznymi dla całej Europy  i dla nich samych również konsekwencjami?  Zanim spróbuję  odpowiedzieć na te pytania, pewne wspomnienie.

Otóż kiedy na początku lat siedemdziesiątych znalazłem się w redakcji magazynu „Polska”, mającego w zamyśle jego peerelowskich założycieli legitymizować ich władzę w oczach Zachodu (miesięcznik ukazywał się w sześciu zachodnich językach), a który stał się w efekcie wyśmienitej pracy Jerzego Piórkowskiego, redaktora naczelnego czasopisma, promocją Polski i polskości tout court – zaprzyjaźniłem się z fotografikiem Markiem Holzmanem, wybitnym portrecistą żydowskiego pochodzenia, który zdaje się w Drohobyczu był świadkiem rozstrzelania przez Niemców własnych rodziców, a sam uratował się jedynie dzięki temu, że mocno unurzał ręce w błocie, by dowieźć swej robotniczej przydatności dla okupanta. Zapewne ocalał także dlatego, że był (bardzo przystojnym) blondynem z niebieskimi oczami. Miał wówczas 20 lat.

Te przeżycia, wraz ze skłonnością do introspekcji, nadawały mu szczególny rys traumatyczny, co, nie ukrywam, w pewien sposób bardzo mnie pociągało.  Cieszyłem się jego zaufaniem, bo mówił mi na przykład., że pełni funkcję czegoś w rodzaju tajnego kontaktu prof. Leszka Kołakowskiego, przebywającego w Oxfordzie, z Polską. Chętnie wdawał się w dyskusje ze mną, właściwie je inicjował, podejmując różne kontrowersyjne tematy, z zapałem, często zadziwiającym, ćwicząc się, rzekłbym, w zbijaniu moich argumentów. Potrzebował stale czegoś takiego, co nazwałbym pobudzeniem  intelektualnym. Fotografując bohaterów naszych reportaży, często prowokował intelektualnie portretowaną osobę, niekiedy w sposób, rzekłbym, drastyczny, co przynosiło doskonały efekt artystyczny, gdyż reakcje portretowanego na owe prowokacje odmalowywały się na jego twarzy. Portrety Marka nigdy nie były banalne. Pasjonował się również fotografią ze spektakli teatralnych.

Kiedyś, w tym swoim prowokacyjnym stylu, powiedział do mnie coś w tym rodzaju:  –„Prawda, panie Jerzy, że to, co zrobili Niemcy w latach 1933-1945, mogłoby się przydarzyć dwudziestu innym narodom europejskim? Że oni nie zrobili tego wszystkiego, bo byli Niemcami, bo byli i są urodzonymi mordercami, tylko że w określonych okolicznościach mogliby to zrobić również inni, Francuzi, Holendrzy czy Anglicy?” Brzmiało to jak pytanie, ale było w gruncie rzeczy twierdzeniem, do którego miałem się odnieść. Nie pamiętam dokładnie swojej odpowiedzi, wiem tylko, że się z tą tezą radykalnie nie zgodziłem. Wspomniałem, że wymienione nacje w swoich koloniach dokonywały również okropnych zbrodni, na podobnym tle, traktując mieszkańców tych krajów jak podludzi, ale jednak na nieprównanie mniejszą  skalę. Być może od eskalacji tych zbrodni powstrzymywał ich wzgląd ekonomiczny, a także, zwłaszcza gdy chodzi np. o Południową Amerykę – religia i moralność katolicka. Natomiast „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”, nie mówiąc o „polskim holokauście”, to jednak specjalność wyłącznie niemiecka.

Dzisiaj uśmiecham się na myśl, że pobrzmiewała w tej tezie pana Marka, nieujawniana wprost, genetyczna niemal miłość żydowska do Niemców i chęć uniewinnienia ich mimo wszystko, nawet przez tak bezpośredniego świadka ich zbrodni. Ktoś powiedział, że u źródła tej nieodwzajemnionej miłości jest historyczny przypadek, że Żydów wygnanych z całej niemal Europy przyjęła Polska, ze swą słowiańską niezgułowatością w dziedzinie gospodarki (niechęć szlachty), z obcym żywiołowi żydowskiemu etosem rycerskim, z nadmierną rolą symboli i sentymentów („My Sławianie, my lubim sielanki”), z nieumiejętnością robienia prawdziwych interesów. A nie Niemcy, z ich organizacją, porządkiem, hierarchiami (behfel ist behfel), pracowitością.

Tymczasem na tych cechach nie wyczerpuje się opis niemieckiego syndromu. Jest to bowiem naród, który w ciągu mniej niż półwiecza wywołał dwie wojny światowe i odpowiada za wielomilionową hekatombę ofiar.  A wzięło się to stąd, że Niemcy, od czasu poddania ich pruskiemu drylowi, którego symbolem jednostkowym może być tak wybitna osobistość jak książę Otto Eduard Leopold von Bismarck-Schönhausen, zwany żelaznym kanclerzem, sławetny inicjator Kulturkampfu, całkowicie zmieniły swój charakter.

Niemcy z okresu XVII i XVIII stulecia, zwłaszcza ich krainy bliższe południa  (Bawaria, Wurttemburgia, Nadrenia, Hesja, Turyngia, Saksonia), to kulturowo, obyczajowo, inteklektualnie czy mentalnie społeczność porównywalna z Włochami, Francuzami czy  społecznością Niderlandów. Wystarczy przeczytać kilka głównych utworów literackich tego czasu (od Andreasa Gryphiusa aż po Johanna Wolfganga von Goethego), w których dominuje nurt życia społeczeństwa wolnego, zorientowanego na korzystanie z życia (jak gdyby dalszy ciąg idei renesansu), w okresie baroku nawet kult zabawy, grania na nosie niższych wobec wyższych w hierarchii społecznej, jak w „Prostaczku” (Simplicissimus) von Grimmelshausena. Silne są też wpływy stylu życia i obyczajowości francuskiej czy włoskiej, ujawniają się potrzeby ekspresji artystycznej w życiu codziennym (taniec, teatr, trubadurzy itp.). To inne Niemcy, jakich od ponad dwu wieków nie znamy.

W XIX i XX wieku, poprzedzonym okresem Sturm und Drang, czyli burzy i naporu (druga poł. XVIII w.) w literaturze – Niemcy zapragnęły przewodzić Europie, a może i światu, urządzać go na swoją modłę. Niewoląc sporą część Polski, zwyciężywszy w wojnie z cesarstwem francuskim (Napoleona III) nabrały zgubnej pewności swojej hegemonii w Europie. Pomimo klęski poniesionej w wywołanej przez siebie Wielkiej Wojnie i ogromnych strat ludzkich i materialnych, w kilka lat później znowu śpiewali „Deutschland, Deutschland über alles”.  Najpierw bojówki nieutalentowanego malarza Adolfa Hitlera (zresztą Austriaka), a potem prawie wszyscy.

Właśnie ten rozrastający się w duszy narodu niemieckiego szowinizm, pogarda wobec innych narodów, zwłaszcza wobec ludów słowiańskich, ale nie tylko, niczym nieuzasadnione poczucie wyższości, podbudowywane świadomością osiągnięć kultury niemieckiej (naród wielkich muzyków i filozofów), stały się budulcem „idei” narodowego socjalizmu, połączonej z misją zorganizowania świata na nowo, pod przywództwem Wielkiej III Rzeszy. Świata, nad którym miał panować Herrenvolk, czyli naród niemieckich panów, a reszta to poddani i niewolnicy różnych rang, pozbawieni elit, w razie buntu czy sprzeciwu skazani na zagładę. Z wyjątkiem Żydów, którym w ogóle odmówiono prawa do człowieczeństwa i których postanowiono możliwie najszybciej jak się da wygubić jak zagrażające zdrowiu  insekty.

Dzisiaj, przy okazji 72 rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau i powtarzających się wypowiedzi (w których przodują Niemcy) o „polskich obozach śmierci/zagłady”, doszło do tego, że trzeba było opublikować listę            8 500 esesmanów, którzy kierowali tym obozem i „pracowali” w nim, żeby uprzytomnić ludziom jego niemieckość, co dla poprzednich pokoleń Polaków i, jak sądzę, społeczności innych państw było oczywiste.

Dziwię się, że w debacie publicznej, jaka rozgorzała na temat niemieckiej polityki historycznej, zmierzającej do zdjęcia odium z Niemiec za ich zbrodnie, nikt nie przypomina świetnej książki prof. Bogusława Wolniewicza i Zbigniewa Musiała pt. Ksenofobia i wspólnota (dwa wydania w 2003 i 2010 roku), gdzie między innymi mowa jest o podstawianiu Polski zamiast Niemiec, jeśli idzie o winy związane ze zbrodniami niemieckimi w czasie II wojny światowej.

Nie trzeba przecież wciąż rozpoczynać wszystkiego od nowa. Pewne rzeczy zostały już powiedziane i udowodnione.

Opowiadała mi śp. Maria Trzcińska, badająca z ramienia Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu przez blisko 30 lat historię Koncentrationslager  Warschau, że Niemcy już od lat 60. ubiegłego wieku wykupywali od Polski dokumenty świadczące o ich zbrodniach w Polsce. Teraz dopiero mówi się o ludobójstwie w Piaśnicy, gdzie rozstrzelano ok. 14 tys. pomorskiej inteligencji. To jest tylko część niemieckiej akcji dekapitacji polskiego narodu  – mówi się w sumie o 60 tysiącach rozstrzelanych przedstawicieli polskiej elity.  Byłem w Piaśnicy w 1975 roku, znaleźliśmy osobę, która przypadkiem stała się świadkiem tej zbrodni, panią Ewald, która o mało nie straciła życia w piaśnickim lesie, chociaż była niemieckiego pochodzenia. Strażnicy nie zdecydowali się jej zastrzelić, bo nie mieli rozkazu, przypłaciła to powikłaniami porodowymi (bo była w ciąży) i kłopotami psychicznymi urodzonej wkrótce potem córki.

Kiedy w Gdańsku zbierałem materiał na ten temat, urzędnik oddziału Komisji Badania Zbrodni (wówczas jeszcze) Hitlerowskich w Polsce nie chciał rozmawiać ze mną w biurze, tylko zaproponował spotkanie na ławeczce w parku i tam przekazywał mi posiadane informacje. Zdziwienie moje nie miało granic. Było to parę lat po wizycie Williego Brandta w Polsce i jego pamiętnym przyklęknięciu przed pomnikierm Rappaporta w Warszawie. Już wtedy, inaczej niż za Gomółki, nie należało przypominać za bardzo Niemcom popełnionych przez nich zbrodni. Tekst, który napisałem, musiał być konsultowany przez prof. Pilichowskiego, szefa Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, który nota bene zakreślił słowo „prostracja” i postawił przy nim znak zapytania (serio!). Pisałem ten tekst, myśląc cały czas o Katyniu. Był to jeden z najważniejszych tekstów, jakie opublikowałem w miesięczniku „Polska”.

Młodzi Niemcy może cokolwiek wiedzą o Holocauście Żydów i o winie ich przodków w tej mierze, natomiast nie mają pojęcia o nie mniej licznych zbrodniach na Polakach, mordowanych też tylko dlatego, że byli Polakami, w latach 1939-1945. Ani o okrucieństwie i degradacji polskiego społeczeństwa w okresie okupacji niemieckiej, ani o powszechnym mordowaniu bezbronnych rannych powstańców warszawskich w powstańczych szpitalach i ich personelu. Itd., itp. Ta  sama niewiedza dotyczy wszystkich zachodnich Europejczyków i Amerykanów (którzy uważają, że naziści to…Polacy), o innych nacjach nie wspominając. Na terenie Niemiec nie ma żadnego monumentu, który mówiłby o tych sprawach. W Warszawie są setki tablic o Polakach rozstrzelanych przez jakichś …hitlerowców, a nie Niemców po prostu (bo tak chcieli komuniści) i tylko po polsku. 27 lat po upadku komunizmu nic się w tej mierze nie zmieniło.

Jerzy Biernacki

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl