Jakoś nie widzę, żeby dziennikarze w swojej publicystyce politycznej dostrzegli pewną nową jakość życia publicznego w Polsce, z jaką mamy do czynienia począwszy od utworzenia rządu w listopadzie ubiegłego roku. Chodzi mi o swoisty fenomen, którego nie notowaliśmy ani wówczas, gdy pojawił się rząd Jana Olszewskiego, ani w okresie rządów AWS-u, tak przecież reformatorskich, ani nawet w latach 2005-2007, gdy mieliśmy i rząd i prezydenta z jednej i tej samej formacji politycznej, którą można określić najogólniej jako prawicowo-patriotyczną.
Nie jest ów fenomen łatwy do krótkiego, jednoznacznego zdefiniowania, składa się nań bowiem wiele czynników, dlatego ucieknę się do formy opisowej. Zaczęło się już w okresie, gdy Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji i pilnie przygotowywało się do momentu, w którym przyjdzie mu objąć władzę. Mam na myśli przede wszystkim pięć kongresów „Polska wielki projekt”, organizowanych zresztą nie przez partię, lecz przez zaprzyjaźniony z nią think tank, jakim był i jest Instytut Sobieskiego, kierowany najpierw przez Pawła Szałamachę, a od 2011 roku przez Pawła Solocha, obecnego szefa BBN.
Były to sympozja i seminaria kilkudniowe, odbywające się za każdym razem w kilku miastach, takich jak Szczecin, Poznań, Kraków i Warszawa, na których, że tak powiem, wykuwano społeczno-gospodarczo-polityczny program Zjednoczonej Prawicy, gdy jeszcze nie była zjednoczona, a nawet gdy było jej do tego dosyć daleko. Naturalnie, w przygotowaniu i przebiegu tych kongresów brali udział znani działacze Prawa i Sprawiedliwości, wiem na pewno o niezwykle aktywnym uczestnictwie prof. Piotra Glińskiego, jeśli idzie o panowanie nad całością podejmowanej tematyki, a także profesorów Zdzisława Krasnodębskiego, Wojciecha Roszkowskiego, Jerzego Żyżyńskiego i innych oraz takich szczególnie aktywnych polityków PiS-u jak Joachim Brudziński, Jarosław Sellin, Jan Dziedziczak i wielu innych. Kongresy te w sposób, że tak powiem, szczelny, zostały przemilczane przez prasę i media elektroniczne, dlatego powszechna wiedza na ten temat jest po prostu znikoma.
Podobną rolę odegrały kolejne konwencje partii Jarosława Kaczyńskiego, który kierował właściwie tą burzą mózgów i zapewniał fundament aksjologiczny podejmowanym ideom, stawianym tezom i proponowanym rozwiązaniom. A zwłaszcza ostatnia przed wyborami konwencja w Katowicach, pod hasłem „Myśląc Polska”, w lipcu 2015 roku, podczas której urządzono 13 paneli, obejmujących tematykę m.in. gospodarki, w tym osobno rolnictwa, systemu opieki zdrowotnej, polityki energetycznej, polityki podatkowej, kultury i mediów oraz edukacji i sportu. Nawet bardzo syntetyczna relacja z tej debaty zapełniłaby kilka stronic druku.
Dowodzi to, że Prawo i Sprawiedliwość wraz z koalicjantami (formacje Ziobry i Gowina) z niezwykłą powagą potraktowało dojście do zdobycia i sprawowania władzy. O ile w 2005 roku PiS szedł po władzę po to, by rozbić układ i dokonać czegoś w rodzaju rewolucji moralnej, dziesięć lat później, nie rezygnując z celów ówczesnej IV RP, dodał hasło „zmienimy Polskę na lepsze”. To wtedy, na tych seminariach, sesjach i konwencjach zaczęto myśleć i mówić o gospodarce i rozwoju, o wyrwaniu Polski z takiej jak kiedyś gomułkowska „małej stabilizacji”, o przywracaniu właściwego porządku rzeczy, o tym m. in., że kapitał ma narodowość i że z tego wynikają określone skutki. Tak zrodził się później plan odpowiedzialnego rozwoju premiera Mateusza Morawieckiego.
Ale nie wybiegajmy naprzód. Trzeba bowiem podkreślić, że nastąpiły wydarzenia, z jakimi w ciągu minionego ponad ćwierćwiecza nie mieliśmy do czynienia. Oto przywódca partii idącej po władzę, ale wciąż jeszcze będącej w opozycji, wbrew różnym doradcom i propozycjom (przypomnijmy lansowaną kandydaturę na prezydenta prof. Andrzeja Nowaka, z całym szacunkiem dla jego zasług, nie rokującą sukcesu) wybiera bardzo aktywnego europosła jako kandydata na prezydenta, który zacząwszy od kilku procent poparcia, dzięki swej rewelacyjnej kampanii zdobywa miłość Polaków i wygrywa wybory z urzędującym prezydentem, który, zdawało się, nie miał z kim przegrać. To się jeszcze nigdy przedtem w Polsce nie zdarzyło, zważywszy że europoseł ów był właściwie nieznany, a urzędujący prezydent, z 68-procentowym poparciem zdawał się mieć reelekcję w kieszeni.
W efekcie tej wygranej natychmiast nastąpiła w kraju zmiana klimatu, ludzie uwierzyli, że to, co wydawało się niemożliwe, staje się możliwe, że chcieć to móc, że powszechny dosyć imposybilizm poprzedniego okresu odchodzi w przeszłość. W wyniku kolejnej decyzji va bank, w gruncie rzeczy głęboko jednak przemyślanej, opartej na wnikliwej obserwacji i na znajomości ludzi, szefowa rewelacyjnej kampanii zwycięskiego prezydenta, po morderczej turze spotkań z obywatelami w setkach miejscowości („słuchamy Polaków”, „naszym hasłem pokora i praca”), zostaje premierem nowego rządu. „Szydło wyszło z worka…”
Nie przypominam tego wszystkiego po to, by składać, należne zresztą, hołdy Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego ekipie, lecz po to, by pokazać zupełnie nowe cechy tej, nazwijmy to tak, gry politycznej, którą oni podjęli, przede wszystkim słuchając ludzi, obywateli, mieszkańców naszego kraju, w jego najdalszych zakątkach i z drugiej strony stawiając na ludzi, którzy w czasie ośmioletniej „kwarantanny” w opozycji, poddani ostrzałowi niezasłużonej krytyki, graniczącej niekiedy z oszczerstwem, oskarżani o „antysystemowość” i „podpalanie Polski”, zahartowali się, uodpornili na ciosy, także te „poniżej pasa” i przygotowali program wielkiej zmiany dla Polski.
Trudno tutaj nie wspomnieć o charakterze samego prezesa PiS-u, który potrafił powściągnąć własne ambicje i zaaprobować fakt, że władza będzie sprawowana przez ludzi, których wytypował i którym zaufał, a nie przez niego. To się nigdy dotychczas w czasie 27 lat demokratycznej, wolnej Polski nie zdarzyło. (Krótkiego i nieudanego epizodu z Marcinkiewiczem jako premierem nie biorę pod uwagę). Historycznie można się tylko odwołać do okresu II Rzeczypospolitej i do postawy Józefa Piłsudskiego, który w warunkach ograniczonej demokracji czy tzw. łagodnej dyktatury potrafił zrezygnować z kandydowania na stanowisko prezydenta państwa i umiał wytypować na nie właściwego człowieka.
Trzeba przypomnieć, że ta powściągliwa postawa prezesa partii rządzącej nie spotkała się ze zrozumieniem polityków opozycji i mediów głównego nurtu, wręcz przeciwnie, stała się powodem oskarżeń o dążenie do sprawowania władzy „z tylnego siedzenia”, ciągłych wróżb końca premierostwa Beaty Szydło, które jakoś nie mogą się ziścić, po kilkunastu miesiącach od utworzenia rządu, a pani premier już zapisała się w historii, choćby dzięki swemu wystąpieniu w Parlamencie Europejskim podczas debaty o Polsce czy dzięki znaczącemu udziałowi w odrodzeniu Grupy Wyszehradzkiej, nie mówiąc o kierowaniu opracowaniem i wdrożeniem programów prospołecznych, z „Rodziną 500+ na czele, o czym poniżej.
I teraz, po pierwszym roku rządów, który obfitował także w niezaplanowane przez PiS wydarzenia, jak np. konflikt z upolitycznionym i stronniczym Trybunałem Konstytucyjnym, ale który przede wszystkim był poświęcony wyciąganiu rzesz Polaków z głębokiej biedy, dzięki takim programom, jak Rodzina 500+, jak darmowe leki dla seniorów (program zresztą daleki od tego, co zapowiada w nazwie, ale jednak), jak Mieszkanie + (naturalnie dopiero wbito pierwsze łopaty), jak minimalna emerytura 1000 zł, jak wreszcie stawka minimalna za godzinę pracy – 12 zł, co daje miesięczne wynagrodzenie minimalne na poziomie 2000 zł, jak wreszcie pierwsza faza podniesienia kwoty wolnej od podatku, na razie tylko dla najmniej zarabiających i wreszcie przywrócenie poprzedniego wieku emerytalnego 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn począwszy od października 2017 roku.
Następny zaś, właśnie niedawno rozpoczęty rok 2017 stał się już w pierwszych tygodniach swego trwania czasoprzestrzenią dziania się tego wszystkiego, co nowe, czego nie było nigdy dotychczas, a co powinno było zacząć się zapewne na początku lat 90. ubiegłego wieku i wtedy tzw. transformacja nie byłaby szokowa, a rozwój gospodarczy kraju potoczyłby się zupełnie inaczej. Stało się jednak jak się stało, wyprzedano za grosze i w lwiej części na likwidację prawie cały polski przemysł wytwórczy, podporządkowano dużą część naszych mocy produkcyjnych obcemu kapitałowi, w lwiej części gospodarce niemieckiej, rezygnując z innowacyjności, likwidując całe niemal branże (przemysł okrętowy), zaniedbując w znacznym stopniu gospodarkę morską, opierając zaopatrzenie ludności w niezbędne towary na imporcie i w ogromnej mierze na działalności zagranicznych korporacji.
Świadomi tego politycy Zjednoczonej Prawicy, rządzący krajem, pod egidą wicepremiera Mateusza Morawieckiego, którego pani premier obsadziła na stanowisku ministra rozwoju i finansów, skupiającego więc w swoich rękach władzę nad dwiema najważniejszymi sferami życia gospodarczego, stworzyli plan odpowiedzialnego rozwoju, który właśnie zaczyna się urzeczywistniać. W przeciwieństwie do Donalda Tuska, byłego premiera, który mawiał, że jak ktoś mówi mu o wizji, to on go odsyła natychmiast do psychiatry, Morawiecki i jego współpracownicy wypracowali właśnie dalekowzroczną wizję przyszłej gospodarki polskiej i rozwoju kraju w ogóle. Jest to zasadnicza zmiana pewnego paradygmatu, dotychczas w myśleniu o przyszłości Polski w ogóle nieobecnego.
Paradygmat to zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki. Tutaj wszakże nie o nauce myślimy (chociaż nauka akurat, nawiasem mówiąc, zostanie w ten plan mocno wprzęgnięta, bo bez niej jego realizacja byłaby niemożliwa), tylko o zagadnieniu rozwoju kraju, a więc chodzi o zbiór pojęć, teorii i zamiarów dotyczących tego właśnie złożonego zagadnienia. I w tej mierze dalekosiężność owej wizji, owego przewidywania i planu, ma zasadnicze, przełomowe znaczenie. Z tego, jak się wydaje, nie zdają sobie sprawy krytycy planu Morawieckiego, patrzący nań jak na jakiś dojutrkowski zamiar w dotychczasowym stylu, jako rodzaj utopii, czyli nierealnego marzenia, którego nie można urzeczywistnić. Oskarżają go więc na przykład o to, że chce prowadzić do swoistej autarkii, odciąć Polskę od świata, choć plan odpowiedzialnego rozwoju przewiduje nadal współpracę z wielkimi zagranicznymi korporacjami i pozyskiwanie od nich nowoczesnych technologii, czego najlepszym przykładem jest umowa w sprawie budowy fabryki silników mercedesa w podwrocławskim, niespełna 24-tysięcznym Jaworze.
Składniki owej wizji to stworzenie kół zamachowych polskiej gospodarki, oparcie jej na innowacyjności, forowanie przedsięwzięć, które będą tworzyły polską markę. To już się zaczyna dziać. Przewiduje się przede wszystkim dosyć powszechną reindustrializację, której kołem zamachowym ma być odbudowa i odrodzenie polskich stoczni, szczególnie Stoczni Szczecińskiej, co pociąga za sobą odrodzenie wielu różnych zakładów przemysłowych, z poznańskim „Cegielskim” na czele, którego przedstawiciele już zapowiedzieli gotowość powrotu do produkcji silników okrętowych. Jak wiadomo, działalność jednej stoczni budującej okręty (czy promy dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, jak ma być w tym przypadku), potrzebuje współpracy około setki różnych zakładów przemysłowych, od huty i walcowni blach poczynając, aż po zakłady meblarskie i producentów nitów i śrub. Jak wiemy, pierwszy krok w tym kierunku został uczyniony, gdy za sto milionów złotych państwowy Fundusz Inwestycyjny Mars kupił od Towarzystwa Finansowego Silesia teren Stoczni Szczecińskiej wraz z urządzeniami. Położenie stępki pod budowę pierwszego promu samochodowo- -pasażerskiego przewiduje się na wiosnę.
Z kolei Polska Grupa Zbrojeniowa, główny podmiot odpowiedzialny za zaopatrzenie armii polskiej w sprzęt wojskowy, zamierza kupić Stocznię Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie będą budowane jednostki morskie, w celu odnowienia i wzbogacenia siły bojowej Marynarki Wojennej, poważnie zaniedbanej. Przewiduje się też dokończenie sławetnej korwety „Gawron”- -„Ślązak”, której budowy, rozpoczętej w 2001 (!), ekipa PO-PSL w końcu zaniechała. A wydano na nią ok 1 miliarda złotych (!!!). Dodajmy, że są to tylko pierwsze zamierzenia…
Polska Grupa Zbrojeniowa poddana jest procesowi konsolidacji, który przebiega dynamicznie, koncern jest zorientowany na budowanie relacji partnerskich z podmiotami zagranicznymi, tak aby ich konsekwencją był transfer nowoczesnych technologii oraz ich implementacja do zakładów przemysłowych PGZ SA, w których będzie się odbywała kompletna produkcja sprzętu i uzbrojenia. Już w pierwszej połowie roku PGZ SA rozpoczęła współpracę z amerykańskim koncernem lotniczym Boeing oraz z norweskim koncernem obronnym Kongsberg Defense&Aerospace AS. Warto to porównać z wypowiedzią sprzed lat ministra obrony narodowej, Janusza Onyszkiewicza, zirytowanego pytaniem dziennikarza o to, dlaczego jedynie zakupujemy sprzęt wojskowy, a go nie produkujemy, która brzmiała mniej więcej tak: – Ja jestem ministrem obrony narodowej, a nie resortu gospodarki.
Nie ma tu już miejsca na opowieść o planie elektromobilności, czyli rozpoczętej już produkcji autobusów elektrycznych, a także koncepcji polskiego samochodu elektrycznego, idei o wielorakich skutkach, także ekologicznych. Wieloletnie marzenie inżynierów o polskim samochodzie osobowym może się ziścić w postaci auta elektrycznego, które stanie się marką światową. Jak również na opowiedzenie o planie przywrócenia spławności polskich rzek, a przede wszystkim Odry, aby odciążyć transport drogowy towarów. Transport wodny jest o wiele tańszy, ale trzeba będzie budować barki i tzw. mariny, których mieliśmy kiedyś wiele, ale wodne przedsiębiorstwa przewozowe dawno już prawie wszystkie doprowadzono do upadłości i trzeba tę dziedzinę działalności gospodarczej odbudowywać.
Okazało się przy okazji, że teza, stawiana zwykle jako pewnik, że tylko prywatne przedsiębiorstwa mogą dobrze funkcjonować na rynku, jest nieprawdziwa. Od pewnego stopnia wielkości przedsiębiorstwa bowiem począwszy, wszystko zależy od zespołu menedżerskiego i jego sprawności, a nie od rodzaju własności. Dlatego też do realizacji planu Morawieckiego zostają włączone spółki skarbu państwa, z już widocznym dobrym skutkiem, i nie ma to nic wspólnego z jakąś renacjonalizacją polskiego przemysłu, bo i takie zarzuty się słyszy. A przecież w tym samym czasie wprowadzana jest konstytucja dla prywatnych przedsiębiorców i wiele udogodnień, szczególnie dla podmiotów średnich i małych.
W tak twórczej atmosferze szanse na realizację ma także budowa technopolis, czyli polskiej Doliny Krzemowej, co wspomogłoby znakomicie innowacyjność w odradzającym się polskim przemyśle. Ogromne znaczenie ma tu również praca ministra nauki, Jarosława Gowina, który działa w kierunku ściślejszego związania nauki z przemysłem, co było piętą achillesową naszego rozwoju technologicznego, zarówno jeszcze za komuny, jak i w III RP. Zmiany zachodzące w tej mierze to swoisty przewrót kopernikański, bo mogą one dać niebywały impuls do innowacyjnej produkcji przemysłowej, ponieważ nie mamy kapitału finansowego, natomiast jesteśmy bogaci w kreatywny i wynalazczy kapitał ludzki, mimo upustu w postaci najnowszej emigracji. zarobkowej. Brakuje tylko dobrego prawa, zresztą nie tylko w tej mierze. Ale to temat na inne opowiadanie.
Ukazałem jedynie kilka szczegółowych przykładów realizacji owej ogólnej, dalekosiężnej wizji, liczonej nie na kadencje, lecz na dekady. Należy mieć nadzieję, że kryjący się za nią sposób myślenia nigdy nie będzie mógł już zostać poniechany, że przetrwa wszelkie polityczne przewroty i zmiany ekip przy władzy, ponieważ jest zdecydowanie ponadpartyjny, choć narodził się w partii.
Nie ma najmniejszej wątpliwości – naprawdę przyszło nowe i niechaj zmienia nasz kraj na lepszy. A ewentualnym krytykom, którzy zarzucą mi, że moim celem była wyłącznie pochwała rządu PiS, odpowiem tak: – Po prostu nie umiecie czytać, panie i panowie!
Jerzy Biernacki
