Przeczytałem na drzwiach sklepu warszawskiego przy ul. Sobieskiego, opodal tzw. marketu „Simply”, reklamę „stara kurwica”. Ekspedientka uprzejmie wyjaśniła, że to nazwa wódki. Ale nie mogłem jej kupić, bo akurat zabrakło. Czy na butelkach też ma taką nazwę? Podobno tak. Będę więc szukać w sklepach monopolowych „starej kurwicy”, gdy znajdę – napiszę. Tymczasem zastanawiam się, co na to nasi parlamentarzyści, którzy w październiku 1999 r. uchwalili Ustawę o Języku Polskim. Ona dość, powiedziałbym, łagodnie przeciwstawia się wulgaryzmom, gdyż jedynie w odniesieniu do tzw. nadawców publicznych, czyli mediów, nakazuje dbałość o czystość języka i, owszem, unikanie wulgaryzmów – tylko unikanie…! 

Każdy język ma słowa, których w miejscach publicznych nie wolno wymawiać. W naszym jest ich sporo, jeszcze więcej w rosyjskim, natomiast w zachodnich, jak mi się wydaje, ta liczba jest mniejsza. Widocznie to taka specyfika języków słowiańskich.

Zabronione używanie brzydkich wyrazów nie jest jedynie kwestią obyczajową, strzeże je Kodeks Wykroczeń z 1971 r., obrosły już wieloma nowelizacjami. Stanowi on, że wypowiedzenie publiczne słowa uchodzącego w odczuciu i świadomości społecznej publicznej za wulgarne jest karane grzywną.

Co to jednak znaczy „słowo uchodzące w świadomości społecznej za wulgarne”? Właściwie nie ma ścisłej definicji takiego zjawiska leksykalnego. Język jest, mówiąc najogólniej, skutkiem niepisanej i nieuświadamianej, spontanicznej, umowy społecznej, narodowej. Ludzie porozumiewający się werbalnie ustalają, zrazu bezwiednie, słowa, które są delikatne, subtelne, inne brutalne, ordynarne, wulgarne. I tych trzech ostatnich zabraniają używać w swej narodowej czy społecznej wspólnocie. 

Tłumaczymy pojęcie wulgaryzmu jego funkcją społeczną. Wedle przyjętych koncepcji wulgaryzmy służą, po pierwsze, rozładowaniem napięć uczuciowych, najczęściej negatywnych, lecz również odwrotnie, na przykład uniesień radosnych a niespodziewanych. Po wtóre – wciskają się na usta niektórych osobników w celu świadomego obrażenia bliźniego lub bliźnich. Po trzecie – aby  coś lub kogoś zlekceważyć; ta funkcja łączy się z poprzednią. Wreszcie – po czwarte – spełniają też rolę ludyczną, wypowiadane są, rzekłbym, dla zabawy – ot, tak sobie, bez specjalnego celu, żeby bawić się w wąskim gronie znajomych tym, co w sferze publicznej zabronione.

W każdym razie wulgaryzmy, czemukolwiek by służyły, nie uchodzą uwadze językoznawców, brzydkie słowa są przecież nie tylko wytworem języka, to oczywiste, ale tym samym świadectwem historii i kultury, dlatego, choć wyklęte w mowie tzw. wyższej, stanowią przedmiot w nauce o języku. Słynny językoznawca polski z połowy minionego wieku, prof. Zenon Klemensiewicz, napisał podręcznik akademicki, nazwany „cegłą” przez dawnych studentów polonistyki, gdyż tak jest opasły i ciężki w percepcji, zatytułowany „Składnia polska”. Notabene wertując te strony napisane stricte naukowym językiem, łatwo dojść do wniosku (raczej smutnego z punktu widzenia dawnego studenta), że zasady naszej składni, czyli konstruowania zdań, wcale nie są tak rygorystyczne, jak w zachodnich językach. Tym gorzej dla badaczy, nam zaś, zwykłym użytkownikom łatwiej formułować myśli lekceważąc rygory składniowe, bardziej luźne niż ścisłe.

 Profesor Klemensiewicz opisał każdy, nawet wulgarny wyraz w kontekście składniowo-funkcjonalnym. Oto najpopularniejszym ze współczesnych wulgaryzmów jest słowo na „k.”, nazwane przezeń „wyznacznikiem emocjonalnym” lub takimż samym „przerywnikiem”, coś w rodzaju… przecinka.

Zaiste, to ohydne słowo często słyszy się na ulicach, chociaż ostatnio jakby rzadziej - po ponad ćwierćwieczu może subtelniejemy? Za to, jak wskazywałaby wspomniana reklama sklepowa, ulega ono przeróbkom słowotwórczym, czy dlatego by obraza dobrych obyczajów językowych była mniejsza?  

Ten wyraz znany jest polonistom od co najmniej XV w. Jak wiemy, pochodzi z łaciny: „curvo” jest bezokolicznikiem i oznaczy „skrzywić”, „zgiąć się”, a imiesłów zaś „curvus” – m. in. „zgięty, zakrzywiony, zaokrąglony, sklepiony, spróchniały, fałszywy” etc. Opowiadali mi znajomi, że przyjechała do nich młoda Polka urodzona, mieszkająca i wykształcona w Gwatemali, polskim władająca biegle, lecz pierwszym, acz nie ojczystym, jej językiem jest hiszpański. Krewni, dość majętni, chcąc pokazać jej Polskę wypożyczyli samochód z szoferem. Jeździł, powiedziałbym, w stylu polskim: impetycznie, jakby nie zważając na zakręty i przecznice, toteż ona co pewien czas przed ostrym zakrętem wykrzykiwała przestraszona: niech pan uważa na kurwa...”. Albowiem w hiszpańskim (i chyba, czego jednak nie jestem pewien, we włoskim) tak nazywa się zakręt, pisownia „curva”; co zaś osobliwe w niemieckim również podobnie mówi się o zakrętach (pisownia Kurve).

Jakimś osobliwym, dla mnie nie do docieczenia, zbiegiem przyczyn językowych ten wyraz wniknął do naszej mowy i rozpanoszył się w niej. Oprócz „wyznacznika”, „przerywnika, „przecinka” oznacza osobę uprawiającą najstarszy zawód świata. I tu ma oczywiście najbrutalniejszy wymiar pogardy, inwektywny. A ostatnio, jak wspomniałem, pewien gatunek wódki występuje pod przerobioną nazwą tego „wyznacznika emocjonalnego”.

Zetknąłem się z pierwszym zapisanym słowem na „k” w „Rotach poznańskich”, z XV w.; to są, jakbyśmy dziś powiedzieli, rodzaje kodeksów karnych, znalazłem zapis: „kto by kogo kurwym synem nazwał, w dybach ma siedzieć”.... – owo słowo na „k”, już wtedy obelżywe (choć może nie wulgarne) połączono z „synem” i powstał związek frazeologiczny również obrażający. Wszelako, jak wynika z przykładu, oba wyrazy zachowały, jeśli można tak powiedzieć, samodzielność fleksyjną.

Trwało tak kilka wieków. W XVII stuleciu szlachta średniozamożna była rozmiłowana w utrwalaniu na piśmie swych doświadczeń i doznań; powstawały wtedy w ilości ponad przeciętnej wszelakiego rodzaju pamiętniki, wspomnienia,  niektóre historycy nazywają raptularzami, silva rerum itp. Jeden z nieznanych z nazwiska panów braci opisał wjazd do Warszawy poselstwa tureckiego po pierwszej bitwie chocimskiej. Uniesiony przepychem orientalnym i zachwycony nim, jak znakomita większość szlachty i magnaterii, pisał patetycznie o wędzidłach konnych wysadzanych diamentami, perłach na kołpakach tureckich, strzemionach srebrnych połyskujących w słońcu... I nagle, bez interwału, w tym samym wierszu, po kropce: „A z nimi kurwów synów murzów dwóch przyjechało” (czytać trzeba mur-zów), czyli książąt tatarskich. Zauważmy, że słowo na „k” należało wówczas do deklinacji męskiej i w dopełniaczu miało końcówkę „-ów”, niczym „chłopów”. Dodatkowego komizmu temu zdaniu przydaje zbitka tych właśnie rzeczowników z identyczną końcówkę „ów”; czwarte słowo to liczebnik w tym samym przepadku. Odnoszą się one do Tatarów. Turcy, z którymi toczyliśmy nieustanne wojny przez ponad dwa stulecia. wzbudzali jednak swego rodzaju podziw swym bogactwem, uzbrojeniem, sposobem walk, natomiast Tatarzy odziani w skóry baranie, cuchnący i napadający na nas od ponad czterech wieków, pustoszący miasta i wsie, porywający ludzi wzbudzali jedynie nienawiść i odrazę, stąd  przez naszych przodków byli nazywani obelżywie.  

W tym samym XVII w. Stefan Czarniecki, gdy mu jakiś patrol nie wykonał rekonesansu zgodnie z rozkazem, wołał ze złością: „takiego kurwego syna, który z podjazdem nie dojedzie, końmi po majdanie włóczyć będziemy”. Znów więc dwa odrębne słowa odmieniające się oddzielnie. Później powstał z nich jeden wulgarny wyraz „skur....syn” i zadomowił się w nowej polszczyźnie, jak wiele innych wulgaryzmów.

Zanosi się na to, że rozpowszechni się nowy za sprawą wódki, którą ktoś nazwał „starą kurwicą”. Jak temu zapobiec? Napisać skargę? Ale dokąd ją skierować? Nie ma policji językowej ani obyczajowej. Jest, owszem, Rada Języka, ale ona zajmuje się czymś w jej mniemaniu o wiele wznioślejszym niż walką z wulgaryzmami w mowie powszechnej… i politycznej.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl