Powinienem napisać, że jestem wyjątkowo oburzony z powodu braku subwencji, kolejny raz zresztą, dla czasopisma „Kultura i Biznes”, które w ciągu mniej więcej dziesięciolecia dało się poznać od najlepszej strony, choć ukazywało się zaledwie sześć razy do roku. Prawdę mówiąc jednak nie jestem nawet zdziwiony tym, co się stało, już po raz drugi od czasu zmiany sytuacji politycznej w Polsce. Założyciel pisma, inżynier i historyk, autor i wydawca wielu książek, biograf gen. Wieniawy Długoszowskiego, animator kultury, szczególnie kultury muzycznej, założyciel Fundacji im. Artura Rubinsteina i organizator festiwalu imienia tego niezwykłego artysty i wielkiego Polaka, Wojciech Grochowalski w związku z tym powiada ze smutkiem „omija mnie dobra zmiana”. Ominęła go właśnie ponownie. W zeszłym roku żadna z jego propozycji (m.in. projekt wielkiego koncertu w Raperswilu, w nawiązaniu do podobnego wydarzenia sprzed kilku laty) nie zyskała uznania w oczach komisji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
„Kultura i Biznes” to gazeta poświęcona kulturze i historii, ze szczególnym uwzględnieniem literatury, sztuk pięknych (malarstwo, rzeźba, grafika, fotografia), a zwłaszcza muzyce, jej kompozytorom i wykonawcom, a szczególnie pianistyce. Organizując „Rubinstein Piano Festival”, pieczołowicie i bogato opisywany potem w piśmie, piórami takich znakomitości krytyki muzycznej jak Adam Rozlach, Grochowalski potrafił skutecznie zaprosić najlepszych pianistów z różnych krajów, takich jak Yulianna Avdeeva, Roman Rabinovich, Anna Fedorowa, młodziutki Denis Zhdanov z Ukrainy czy przyjaciel Rubinsteina Daniel Barenboim z Buenos Aires. A z Polski – Marek Drewnowski, Szymon Nehring czy Tomasz Ritter. Wspomniany znany krytyk muzyczny z Polskiego Radia w swoich „muzycznych rarytasach” ukazywał na łamach „KiB” aktualne życie muzyczne w kraju i na świecie, swoistą kronikę wydarzeń muzycznych, o których nie ma śladu w innych pismach.
Zapytał mnie kiedyś inny znakomity muzykolog, krytyk muzyczny i odnowiciel wrocławskiego konserwatorium, prof. Marek Dyżewski, czy wiem, ile było czasopism muzycznych w rozdartej przez zaborców Polsce w pierwszej dekadzie XX wieku. Nie wiedziałem. Okazało się, że około dwudziestu, o ile dobrze pamiętam i usłyszałem wtedy, że można to traktować jako miarę stanu kultury w danym miejscu i czasie. A ile czasopism muzycznych mamy w wolnej Polsce? Gdzież są następcy Bohdana Pocieja, Ludwika Erhardta czy Józefa Kańskiego?
Bez wątpienia nie cierpimy także na nadmiar gazet i czasopism poświęconych kulturze, która wydaje się być, łagodnie mówiąc, nieco wycofana w dzisiejszym zgiełkliwym świecie. Mottem „Kultury i Biznesu” są słowa Jana Pawła Wielkiego: „Przyszłość należy do kultury, nie do polityki”. Grochowalski w okresie ponad dziesięcioletniego istnienia ciągłego gazety (tj. do roku 2012, bo od tego czasu wydaje ją nieregularnie) jak ognia unikał tematyki politycznej. Co nie znaczy, że nie było w niej opinii i ocen moralnych (a niekiedy i estetycznych po prostu) różnych przejawów życia publicznego.
Nie bez związku z osobistymi zainteresowaniami Redaktora ważną dziedziną w gazecie była zawsze historia, szczególnie historia II Rzeczypospolitej. Przypominano wybitne postacie z przeszłości, ze szczególnym uwzględnienie oficerów Wojska Polskiego i dawnych oraz bliższych nam w czasie bohaterów (w rodzaju, by dać przykład, majora Leopolda Lisa-Kuli, pośmiertnie awansowanego do stopnia pułkownika). Te i inne materiały nadawały gazecie znaczący rys patriotyczny.
Nazwa gazety jest po trosze myląca, gdyż można pomyśleć, że biznes za to, że jest w tytule, powinien ją utrzymywać. Rzecz wzięła się stąd, że założyciel pisma był także biznesmenem, prowadził w pewnym okresie nawet dość dużą firmę „Papier-Service”, lecz skutkiem pełnego zaangażowania się w pracę wydawniczą, pisarską (np. znakomita książka o Jerzym Urbankiewiczu, absolwencie grudziądzkiej szkoły kawalerii, autorze ok. 30 książek, napisanych po powrocie z Workuty w 1956 roku) i społecznikowską, zrezygnował z prowadzenia przedsiębiorstwa, produkującego papier czerpany. Niestety, polscy biznesmeni nie nauczyli się jeszcze sponsorować kultury (chyba że dzieła przynoszące im splendor i … reklamę i dotyczy to tylko tych najmożniejszych), a z kilku niewielkich tanich reklam w numerze nie da się utrzymać gazety.
„Kultura i Biznes”, gazeta która była kolportowana gratis poprzez udostępnianie jej w miejscach, gdzie pojawiają się potencjalni jej odbiorcy, a więc w wybranych księgarniach, teatrach, uczelniach itp., nie jest jedynym tytułem pozbawionym subwencji w tym roku. Pieniądze i to niewielkie przyznano jedynie 17 podmiotom, gdyż większość przeznaczonych na rok 2017 środków poszła na pokrycie wydatków rozmaitych redakcji, poniesionych przez nie w roku 2016. Więc być może z tego, że subwencję otrzymały „Arcana” czy z drugiej strony „Krytyka Polityczna” (inne źródło informacji powiada, że ta ostatnia też nie dostała pieniędzy), że nie dostał ich żydowski „Midrasz”, ani prawicowa „Teologia polityczna” czy takaż „Fronda Lux” – nie należy wyciągać pochopnych wniosków. Mimo wszystko nie sądzę, by komisja przyznająca pieniądze, mimo że otrzymała sporą liczbę egzemplarzy „Kultury i Biznesu”, była dostatecznie poinformowana o jej wartości i znaczeniu. Dlatego przedstawiam tutaj taką obszerną jej charakterystykę.
Generalnie jednak coś jest na rzeczy, jeśli idzie o rozeznanie i decyzje podejmowane w tej mierze przez Ministerstwo Kultury. Trafnie zauważyła to na swoim blogu Małgorzata Todd, choć nie z wszystkimi jej sugestiami trzeba się zgodzić. Ale czytajmy:
Z racji tego – pisze blogerka - że kultura jest wyjątkowo bliska mojemu sercu, przyglądam się poczynaniom wicepremiera za nią odpowiedzialnego. Odnoszę wrażenie, że wziął na przeczekanie wierząc, iż poprzedni gabinet wróci do władzy, a jeśli nawet nie dokładnie w starym składzie, to lepiej sobie jednak zapewnić życzliwość osób z nią powiązanych.
Co mnie skłania do takiego myślenia i wyciągania wniosków? Oto garść faktów: a) Wystąpienie pana premiera w obronie „resortowych” córeczek: Komorowskiej i Rzeplińskiej oraz własnej żony. b) Zakup dziel sztuki, które i tak do narodu należały (zagraniczny bogacz może się kiedyś przydać). c) Dotowanie nadal (nieco oszczędniejsze) prywatnych teatrów, niezależnie od repertuaru. d) Powołanie na strażniczkę dużych filmowych pieniędzy osoby, która nie dopuści, żeby jacyś nowi się do nich dorwali i zaczęli wprowadzać dobrą zmianę. e) Umywanie rąk w sporze dawnego układu z nowo mianowanym dyrektorem teatru we Wrocławiu. Co prawda, zastąpiono dyletanta profesjonalistą, ale skoro stary układ woli dyletanta, to lepiej cicho siedzieć. f) A ostatnio, odebranie przyznanej wcześniej dotacji łódzkiej księgarni propagującej literaturę współczesną. Powód – tytuł promowanej książki wydał się panu ministrowi antysemicki. No, może jemu samemu nie, ale skoro tak uznała „GW”, to przecież nie można z taką opinią dyskutować.
Czy powyższe fakty nie tłumaczą, przynajmniej po części, braku dobrej zmiany w kulturze?
Jerzy Biernacki
