Nie ma na razie oficjalnych enuncjacji pisowskich, o tym, czy budowana na nowo Polska ma się nazywać nadal III, czy już IV Rzecząpospolitą, ponieważ PiS zatroskane o losy ojczyzny zajmuje się wykonywaniem bezmiaru zadań, od których zależy nasze bezpieczeństwo jednostkowe i społeczne, zewnętrzne i wewnętrzne, kultura i dobrobyt. Kwestia więc liczenia kolejności naszych republik staje się dość zawikłana i ostatecznie zabawna, albowiem ustalania numeracji nie prowadzą do żadnych odkrywczych wniosków historycznych, za to przywołują trochę faktów, może zatem warto pobawić się w „arytmetykę Rzeczypospolitej”.
Co decyduje o kształcie państwa? W krajach parlamentarnych, republikańskich organizację państwową wyznaczają konstytucje Tyleśmy mieli republik, ile było konstytucji w nowoczesnym tego głowa znaczeniu, każda nadawała określonej wspólnocie konkretny porządek społeczny, narodowy. Za genezę Pierwszej RP można przyjąć rok 1493 r., kiedy to rada królewska możnowładców przekształciła się w senat i połączyła ze zgromadzeniem szlachty tworząc wspólny dla całego państwa (jeszcze wyłącznie polskiego) sejm dwuizbowy. Pierwotnie to słowo brzmiało „sjem”; było ono jednakie dla słowiańszczyzny i oznaczało niej więcej tyle co „razem”. W naszym języku przekształciło się - chyba dla wygody wymawiania? – w dzisiejszy „sejm”.
I ta najwyższa po królu instytucja państwowa w 1505 r., w Radomiu, pod presją, mówiąc dzisiejszym językiem, izby niższej, czyli reprezentantów klasy średniej, szlachty – przodującej w Europie pod względem kultury politycznej - uchwaliła konstytucję zaczynającą się od słów „nihil novi”. Wszystkie uchwały staropolskiego sejmu zwały się konstytucjami. Ale tylko dwie z nich: ta właśnie („nic o na bez nas…" i ostatnia przed rozbiorami z 3 maja 1791 r., zmieniały ustrój państwa.
Ono zostało nazwane w języku ojczystym rzeczą pospolitą, czyli wspólną, dla wszystkich, bo w tym czasie „pospolite” oznaczało to samo co dzisiaj „publiczne”. Nawiasem mówiąc - ciekawe to zjawisko: w czasach wszechwładnej łaciny, toż przecie konstytucje, czyli ustawy i uchwały sejmowe, były do drugiej połowy XVI w. spisywane w języku starożytnych Rzymian, natomiast imię państwa zostało przetłumaczone z łaciny na ojczysty język tych, którzy zabraniali władzy państwowej cokolwiek czynić bez ich wiedzy i zgody. Oczywiście że myśleli tylko o sobie, społeczności, które wcześniej pozbawiali przywilejów, z jakich oni korzystali, nic ich nie obchodziły oprócz wyzyskiwania materialnego. I jak to zazwyczaj bywa w dziejach: vice versa – los Polski i Rzeczypospolitej szlacheckiej mieszczanom był raczej obojętny do końca XVIII w. a chłopom do końca następnego stulecia. Skąd u chłopów wzięło się na przełomie stulecia XIX i XX poczucie tożsamości narodowej i patriotyzm, nie umiem dociec.
Owa konstytucja z 1505 r. tworzy prawną podstawę republiki konstytucyjnej i od niej zaczynają się dzieje Rzeczypospolitej. A więc ta Pierwsza Rzeczpospolita jest osobliwa, jak na tamte feudalne czasy, parlamentarno-monarchiczna, ale ukonstytuowana z jednej i dla jednej tylko warstwy społecznej. Natomiast szlachta uważała, że jej Rzecząpospolitą rządzą trzy stany: ona, najliczniejsza, w izbie ziemskiej (poselskiej), senatorzy w senacie z królem i król. Dwaj Zygmunci i nader krótko Henryk Walezy, będąc również najwyższymi sędziami w sprawach kryminalnych i cywilnych, łączyli zarazem władzę wykonawczą z sądowniczą. Ta symbioza zastała przerwana za Batorego. Szlachta odtąd na sejmikach wybierała spośród siebie i duchownych (kompetencje nie odgrywały żadnej roli) sędziów do trybunałów w Piotrkowie Trybunalskim i w Lublinie.
To rozdzielenie władzy sądowniczej od wykonawczej, czyż nie zapowiada za prawie dwieście lat triady Monteskiuszowskiej? Żaden inny kraj europejski nie miał przeto takich doświadczeń jak Rzeczpospolita od 1505 r., by wydać z siebie pierwszą na kontynencie na wskroś już nowoczesną ustawę zasadniczą.
Konstytucja 3 Maja tworzyła nowe państwo, choć trwało zaledwie cztery lata. I nadal nazywało się Rzecząpospolitą, to jednak – paradoksalnie - było mniej republikańskie, bardziej monarchistyczne od Pierwszej, bo wprowadzało dziedziczność tronu, której Pierwsza nie miała przez ponad dwa stulecia. Trzeciomajowa znosiła też prawo de non praestenda oboedientia, o wypowiedzeniu posłuszeństwa królowi, przypominające dzisiejszy impeachment w ustrojach republikańskich. Wszelako Konstytucja 3 Maja już wyraźnie oddzielała trzy rodzaje władzy i określała ich wzajemnie relacje – uczciwsze od dzisiejszych, bo władza sądownicza nie wtrącała do się ustawodawczej, jak nasz Trybunał Konstytucyjny.
Polska po Trzecim Maja była więc Drugą Rzecząposplitą. Konstytucje Napoleona i ustawy zasadnicze państw zaborczych nie konstytuowały Polski niezawisłej, tak samo jak PKWN i konstytucja PRL z 1952 r., toteż „działania arytmetyczne” republik polskich nie odnoszą się do tych hybryd politycznych.
Jest tu tedy długi, tragiczny interwał i dopiero w styczniu 1919 r. uchwalono tymczasową Małą Konstytucję Polski, stanowiącej już niezawiśle o sobie. W marcu zaś 1921 r. Sejm ustawodawczy ogłosił zaś pełną konstytucję, która mocy prawnej nabrała w roku następnym. Ta ustawa zasadnicza utwierdzała podmiotowość polityczną Trzeciej Rzeczypospolitej, po Pierwszej od 1505 do 1795 i po Trzeciomajowej od 1791 do 1795 r. Trwała dłużej od swej poprzedniczki majowej tylko o dziewięć lat (bez niecałych dwóch miesięcy) i umacniała – teoretycznie - stabilizację wewnętrzną Rzeczypospolitej. Rychło jednak okazało się, że jej postanowienia były aprioryczne, rzeczywistość wymagała bowiem innych, niekonstytucyjnych, niestety, rozwiązań ustrojowych.
Dziewięć lat trwały pod auspicjami Marszałka przygotowania następnej konstytucji, którą zdążył podpisać w kwietniu 1935 r., kilka tygodni przed śmiercią. Był zapewne świadom, że Konstytucja Kwietniowa umacnia jego półdyktaturę. Do roku 1926 unikał jak ognia wszelkich poczynań autokratycznych, myślał, że wolność zdobyta przezeń nade wszystko siłą, a przy wsparciu dyplomatycznym Dmowskiego i Paderewskiego, rozbudzi najlepsze instynkty obywatelskie Polaków. Zatrwożył się jednak zachowaniem elit politycznych, które z traktatów tajnych i jawnych w Rapallo i Locarno, stanowiących zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski, nie umiały (nie chciały?) wyciągnąć wniosków, więc narzucił Rzeczypospolitej silne władztwo prezydenta i rządu, przy pomniejszeniu roli parlamentu.
Ta ustawa zasadnicza tworzyła nową organizację polityczną Rzeczypospolitej; w naszej arytmetyce, wynikającej z przyjęcia tezy, że konstytucje kreują ustroje państwowe, a nowe ustroje państwa – Rzeczpospolita, której porządek prawny kodyfikowała ta właśnie Konstytucja Kwietniowa, była więc Czwartą, po Trzeciej Marcowej. Ta czwarta wobec swej poprzedniczki Marcowej była, owszem, mniej demokratyczna, bardziej dyktatorska, acz nie dyktatorska w pełnym tego słowa znaczeniu: utrzymywała w sferze politycznej wielopartyjność (wykluczającą jednak KPP, która jako agenda obcego mocarstwa godziła w polską rację stanu), umożliwiała w Sejmie wolność dysput politycznych i podejmowania uchwał większością głosów, zachowywała swobodę działań niezależnych od władzy związków twórczych i zawodowych etc. etc. I miała tę zaletę, jakby w przeczuciu nadchodzącego kataklizmu, że bez względu na jakiekolwiek konfiguracje międzynarodowe zachowywała podmiotowość państwa polskiego. Toteż istniało ono nadal, acz od 1939 r. nie na własnym terytorium, do grudnia 1989 r. Rzeczpospolita na wychodźstwie nie miała parlamentu, toteż niestety Sejm PRL do konstytucji tego państwa niesuwerennego, nolens volens, bo nie umiał znaleźć innego rozwiązania, wprowadził w grudniu 1989 r. nowelę zmieniającą nazwę państwa, raczej: powracają do uświęconej tradycją, na Rzeczpospolitą Polską, którąśmy wszyscy określali i określamy liczbą Trzeciej, co - jak staram się przekonać – nie jest ścisłe, gdyż w moim rachowaniu jest Piątą. Jej konstytucja, jak dobrze pamiętamy, weszła w życie w październiku 1997, po długich deliberacjach sejmowych i referendum. Jest nieprzystająca do dzisiejszych wyzwań i trzeba ją jak najrychlej zmienić. Tymczasem nie ma kto w Sejmie czasu i energii na poważne zajęcie się układaniem nowej, a bez niej nie będziemy mieć piękniejszej Rzeczypospolitej.
Jeżeli konstytucja utworzy właśnie taką Rzeczpospolitą, a jest to najpilniejsza od Sejmu Czteroletniego potrzeba dziejowa decydująca o naszym być albo nie być, to będzie to Szósta Republika Polska. I jej właśnie boją się politycy współczesnej opozycji, niczym renegaci polsko-litewscy Konstytucji Trzeciomajowej.
Oby ustawa zasadnicza Szóstej Rzeczypospolitej była podobna do Marcowej, lecz nie jedynie w deklaratywności, a przede wszystkim w spełnianiu zapisanych postanowień, do czego tamte elity nie doprowadziły wskutek swej niecności i głupoty. Wszelako cokolwiek niedobrego trzeba by powiedzieć o naszych dziadach i padziach z Dwudziestolecia, to oni jednak, choć często swarami politycznymi niszczyli siły wewnętrzne swej ojczyzny, nie byli zdrajcami – nie donosili na Polskę innym rządom i nie brali od nich apanaży. A tak już było w latach 1764 – 1795. I znów się powtarza po 2015 r. …
Aby utworzyć Szóstą Rzeczpospolitą, musimy przeto przemóc polityków zdradzieckich, przed narodem zapytać ich zmodyfikowanym pytaniem hetmana Stanisława Żółkiewskiego zadanym królowi Zygmuntowi III: czy mają na względzie dobro Rzeczypospolitej zali swoje własne?
Mieliśmy w naszych dziejach Pięć Rzeczypospolitych i ze wszystkich możemy być dumni, może najmniej ze współczesnej, którą historycy i publicyści nazywają Trzecią a ja Piątą; to tedy byłby czas najwyższy na nową - właśnie Szóstą. Czy po ponad dwudziestu siedmiu latach suwerenności zewnętrznej wykształciliśmy chociażby w jednym pokoleniu rozumność patriotyczną, ofiarność i czujność? Teraz kondycja polityczna jest niemal komfortowa – rząd większościowy, nareszcie niezawisły, wyzwolony, a raczej wyzwalający się, od układów krypto-pezetpeerowskich, biznesowo-mafijnych, któremu ufa znakomita większość mądrych Polaków, mimo uwidaczniające się jeszcze pozostałości po arogancjach peerelowskich. Ten rząd musi przeto dogłębnie, do fundamentów przeorać glebę państwową, żeby do minimum wykluczyć (bo całkiem wyplenić na razie chyba się nie da) w życiu publicznym oszustwa, szachrajstwa, kradzieże, korupcje. To są choroby silnie niszczące tkankę państwową. I co gorsza – dziedziczne, po przodkach - od końca XVII w. ...
Jacek Wegner
