Wszyscy wiemy, że kominiarkę zakładają na głowę przestępcy (kidnaperzy, włamywacze, płatni zabójcy), żeby ukryć swoje twarze i uniemożliwić identyfikację, na przykład w razie nieoczekiwanego i nieprzewidzianego spotkania z właścicielem okradanej posesji czy mieszkania, lub gdy jest to porwanie – żeby ofiara nie mogła rozpoznać porywaczy itp. Teatr Powszechny w Warszawie ze swym spektaklem na motywach (?) Klątwy Stanisława Wyspiańskiego, w inscenizacji chorwackiego reżysera Olivera Frljića, stał się właśnie taką „kominiarką” dla ukrycia ewidentnych przestępstw, jakie ów spektakl zawiera.
A właściwie jest nią zastrzeżenie, wyrażone m.in. w oświadczeniu dyrekcji Teatru Powszechnego w odpowiedzi na falę społecznego oburzenia na bulwersujące fragmenty spektaklu, sfilmowane przez widzów, że jest to projekcja artystyczna, świat fikcji, nie mający związku z rzeczywistością materialną, społeczną i polityczną. Dodajmy od razu, że ten fragment oświadczenia jest sprzeczny z deklaracjami reżysera zapowiadającego spektakl, mówiącymi o tym, że jego teatr pragnie prowadzić bezpośredni dialog z władzą i odnosi się twardo, ostro, krytycznie do rzeczywistości politycznej.
A poza tym, w jaki sposób widz ma to odebrać jako fikcję, kiedy widzi, jak figurze Jana Pawła Wielkiego zakłada się na szyję sznur szubieniczny, a na jego sutannie widnieje napis: „obrońca pedofilów”. Wydaje się, że gdyby inscenizatorzy chcieli rzeczywiście przedstawić wizję artystyczną, o znamionach fikcji, a jednocześnie chcieliby, jak mówią, skrytykować Kościół katolicki za zbytnią łagodność w związku z pedofilią księży, podobną scenę (i tak zbyt drastyczną) mogliby rozegrać z figurą jakiegoś anonimowego hierarchy. Co prawda, byłoby to i tak bez sensu, bo łagodność Kościoła wobec pedofilów w sutannach jest lewackim mitem, a zjawisko pedofilii wśród księży należy do najrzadszych, jeśli porównamy je z tym samym problemem w środowisku nauczycieli, wychowawców w domach dziecka, chórmistrzów chórów dziecięcych, psychologów itp. Na 1500 skazanych i odsiadujących wyrok pedofili, jest zazwyczaj dwóch albo trzech księży, oczywiście, i tak o dwóch czy trzech za dużo, bo jest to straszliwa hańba.
Tymczasem Jan Paweł Wielki jest świętym Kościoła Katolickiego, obiektem kultu wierzących i praktykujących katolików, modlących się do Boga w różnych intencjach za Jego pośrednictwem i otrzymujących łaski. To są rzeczy stwierdzone podczas procesu kanonizacyjnego, bardzo wnikliwie przeprowadzanego, tak więc gdyby w biografii Papieża Polaka był grzech intencjonalnej pobłażliwości wobec księży pedofilów, nie umknęłoby to uwadze postulatora i pozostałych uczestników procesu. Zatem krytyka twórców spektaklu jest trafieniem kulą w płot. Natomiast pozostaje bezzasadne podważenie świętości i atak na nią, co jest równoznaczne z atakiem na wiernych Kościoła katolickiego. I robią to aktorzy krajanie Jana Pawła, z którego dumni byli (i są) nawet ateiści czy agnostycy!
Bluźniercze potraktowanie krzyża, nie tylko niszczonego, ale i wmontowywanego w zabójczą broń, jest sprawą oczywistą i podlegającą określonemu paragrafowi kodeksu karnego. Imitowanie seksu oralnego z figurą Papieża tym bardziej ma znamiona bluźnierstwa i jako akt „artystyczny” jest kiczem podwójnym: raz w związku z fałszywym wyborem obiektu tych działań, a dwa – ponieważ jest imitacją imitacji; było już parę podobnych prób, by przypomnieć tylko pracę filmową (to był doktorat, zdaje się, w tzw. „Kowalni”, czyli u prof. Grzegorza Kowalskiego w warszawskiej ASP!), w której artysta Markiewicz erotycznymi gestami traktował XV-wieczny krucyfiks, wypożyczony do tego celu z Muzeum Narodowego.
Generalnie zwracam uwagę na fakt, że chodzi o to, iżby symbole czystości – utytłać w brudzie, pięknego człowieka – otoczyć (osaczyć?) trywialnością, czysty ton, jaki z tymi symbolami jest związany – zagłuszyć wrzaskiem, jękiem i rechotem. To jest ten artyzm, czy ta artystyczność? To wtedy, gdy przykładamy do „spektaklu” kryteria estetyczne.
A na koniec sprawa wołająca ewidentnie o kodeks karny: wezwanie (ale w trybie warunkowym – chytreńko!) do urządzenia zbiórki na zabicie Jarosława Kaczyńskiego (czyli na płatnego zabójcę – jak należy rozumieć). To bez wątpienia podlega paragrafowi o groźbach karalnych lub o zachęcaniu do mordu czy podobnego ciężkiego przestępstwa.
Wszelako podejrzewam, że mamy tutaj do czynienia z premedytacją następującą: występujemy oto przeciwko władzy PiS w Polsce, chcemy nawet zabić prezesa, zmierzamy do ukrócenia rządu dusz Kościoła katolickiego i piętnujemy otwarcie grzechy (w naszym mniemaniu) jednej i drugiej władzy (politycznej i kościelnej), wiedząc doskonale, że to nam się nie uda, ale może do takiego stopnia sprowokujemy rządzących, że naślą na nas prokuratury i sądy. A wówczas hurra!, przecież Polska jest właśnie przez Komisję Europejską piętnowana za brak praworządności i nieprzestrzeganie reguł demokracji, więc kiedy teatr trafi pod sąd, to dopiero krzyk się podniesie od Berlina aż po Lizbonę i Edynburg i cała Europa zatrzęsie się z oburzenia.
Dlatego też odłożyłbym na bok kodeks karny, aby nie dawać wiadomemu ośrodkowi pretekstu (oni marzą o tym, by zostać „męczennikami” „państwa PiS” na oczach świata!) i zaproponował inne rozwiązanie. Otóż Teatr Powszechny jest subwencjonowany przez władze miasta i tak być powinno. Wbrew wielu oburzonym spektaklem, nie odbierałbym placówce subwencji. Jedynie radni Prawa i Sprawiedliwości powinni wymusić na odpowiednim referacie, by zażądał od teatru rozliczenia wszystkich kosztów przedstawienia i wymóc, by o wyliczoną sumę pomniejszono subwencję. Pieniądze bowiem były przekazane na sztukę, na wydarzenie artystyczne (lepsze lub gorsze, lecz artystyczne), a tymczasem sprokurowano po prostu plugawą manifestację polityczną, której w żadnej mierze sztuką nazwać nie można.
Precyzyjnie ujął to Jacek Karnowski, pisząc w najnowszym „wSieci”: „Klątwa nie jest wydarzeniem artystycznym. To brutalna agresja wymierzona w podstawowe spoiwa naszej wspólnoty, w nasz fundament, w nasze sacrum. Chodzi o to, by zadać jak najwięcej bólu i by jak najwięcej splugawić, a ostatecznie zniszczyć. To przemoc w najczystszej postaci. To akcja o posmaku totalitarnym.”
A więc dla udowodnienia, że nie jest to dzieło artystyczne, wystarczyłaby opinia dwóch rzetelnych recenzentów teatralnych. Uzasadnione odebranie komuś, jakiejś grupie ludzi, miana artysty/ów nie jest cenzurą. Reszty dokonają pikiety przyzwoitych grup społecznych, dotkliwe potępienie tego rodzaju działań w Internecie (powszechne) oraz w przyzwoitych mediach. A groźbę skierowania sprawy do wymiaru sprawiedliwości trzeba zatrzymać w zanadrzu, jako atut w razie spodziewanego oporu, którego można będzie w razie potrzeby użyć, gdyż powody są ewidentne.
Już słyszę głosy, że to niemożliwe, że się nie uda, że radnych PiS jest za mało itd., itp. Ale trzeba próbować! Przecież przyzwoitych ludzi jest więcej!
A pana Olivera Frljića należy uznać oficjalnie za persona non grata.
Jerzy Biernacki
PS. Twórcy tego rodzaju prowokacji bronią się często znaną tezą o twórczej roli skandalu w życiu artystycznym. Istotnie, skandal może spełniać taką rolę, a przynajmniej przyczyniać się do zintensyfikowania dialogu między artystami a widownią, lecz nie może się to odbywać w ten sposób, że zamiast sztuki mamy do czynienia z zupełnie innym rodzajem ekspresji czy manifestacji. Nie artystycznej. Kiedy skandal łączy się z takim zdarzeniem nie będącym sztuką, to wtedy nie jest twórczy. Jest tylko skandalem.
