Patriotyzm ma różne definicje. Jak i oblicza. Ale nie ulega wątpliwości, że dotyczy Polaków jako jednej i tej samej zbiorowości. Nie ma dwóch patriotyzmów, lepszego i gorszego. Albo się popiera interesy narodu do którego się należy albo nie. Tertium non datur, nie ma trzeciej możliwości. Tak samo jak nie można udawać, że chce się wspomagać współziomków, a jednocześnie prowadzić takie działania by ich skutki przynosiły szkody. Tak, to ostatnie jest bardzo istotne. Bo można podejmować różne aktywności, ale w końcu przychodzi moment, tak jak w pokerze, gdy ktoś wykłada karty na stół i mówi do współgraczy: panowie sprawdzam, pokażcie w co gracie!
I wtedy właśnie „wychodzi” ten prawdziwy i jedyny patriotyzm. I jaki jest efekt podejmowanych różnych przedsięwzięć? I prawdziwe skutki takich niby patriotycznych zagrywek. Także tych podejmowanych w obronie demokracji.
Uwaga, bo zdaje się, że nadchodzi moment gdy mogą być sprawdzane skutki takich swawolnych działań. Takich, że można je nazwać chocholim tańcem. Chociaż miejsce jest jedno i to wcale nie w Polsce, wbrew pozorom. Bruksela. To stąd płyną od trzech dni ostrzeżenia Frans Timmermans, wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej i zarazem jednego z komisarzy Unii (brr, komisarz, czy to nie skojarzenie z Sowietami i prowadzoną przez nich polityka, która pozwalała im zabijać wiele, wiele tysięcy w imię strasznej ideologii). Mało tego F. Timmermans zapowiada na kolegium komisarzy (oczywiście kolegium, bo komisarzy jest wielu w Unii), że przekaże unijnej Radzie Ministrów sprawę poszanowania praworządności w Polsce. I tenże Timmermans chce, żeby to kraje UE zadecydowały, czy należy nałożyć na Polskę sankcje w związku ze sporem wokół Trybunału Konstytucyjnego. A Rada UE ma zająć się więc sprawą Polski na wniosek Komisji Europejskiej.
I to jeszcze nie wszystko. 23 lutego 2017 r. zapowiedziano, iż będzie rozważana sprawa zastosowania sankcji finansowych wobec Polski. A jak wobec Polski, to wobec wszystkich Polaków? Komu i po co w kraju leżącym nad Wisłą jest to potrzebne?
A jeszcze jedno. Komisarz F. Timmermans 23 lutego 2017 r. zapowiedział obronę środowisk lesbijek, gejów, biseksualistów i transseksualistów (LGBT). Bo jest w te sprawy „mocno zaangażowany” jak otwarcie stwierdził. I jeszcze każdy kraj UE ma wpisać sprawy obrony tych środowisk do swoich programów. A sam jest ojcem 4 dzieci. Natomiast był swego czasu działaczem holenderskiej liberalnej partii Demokraci ’66, a następnie parlamentarzystą i członkiem rządu z ramienia holenderskiej Partii Pracy. Pierwsze z tych ugrupowań ma charakter ultraliberalny, przy czym akcentuje kwestie obyczajowe i światopoglądowe, drugie – od dawna nie ma już nic wspólnego z socjaldemokracją, z której się wywodzi, a na swe sztandary w miejsce obrony praw pracowniczych i społecznych, wzięło obronę kapitału i nieszkodliwych dlań mniejszości kulturowych i seksualnych. To właśnie ten ostatni kontekst stanowi idee fixe kręgów politycznych, z których pochodzi Timmermans i których wyrazicielem w dalszym ciągu pozostaje, już jako członek KE. Jako minister spraw zagranicznych Holandii, późniejszy komisarz zasłynął dość kuriozalnymi wypowiedziami i inicjatywami, za które to zresztą pewnie i został odznaczony przez prezydenta z Platformy Obywatelskiej.
Wracając do naszych spraw i zapowiedzi sankcji finansowych wobec Polski. Niestety, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że tak się stanie. Czyli zostaną zabrane, w tym z polskiej gospodarki, ale i kultury ogromne środki finansowe. Nie ma co ukrywać, Polska zostanie poważnie ograbiona. W biały dzień i w świetle reflektorów. I kto będzie miał z tego satysfakcję?
Spór wokół Trybunału Konstytucyjnego? Ktoś, kto śledzi informacje podawane w Polsce, doskonale wie, że od grudnia 2016 r., gdy zmienił się prezes, sprawa TK stopniowo schodziła z czołówek. Teraz jest właściwie nie ma. No chyba, że chodzi o wypłaty za zaległe urlopy byłego prezesa, czy pieniądze TK (nie, nie Trybunału, bo to środki nas, podatników) wydawane na bardzo drogie i wystawne obiady, bo to taki utrwalony ponoć zwyczaj w tej instytucji. A kto zaczął pierwszy manipulować wokół Trybunału Konstytucyjnego, gdy ich kandydat przegrał wybory prezydenckie?
Sprawa poszanowania praworządności w Polsce? Konkretne przykłady na czym to polega? Bo do tej pory ich nie ma. A może ktoś chce ukarać nas, wszystkich Polaków z sobie tylko wiadomych powodów. A w imię jakich racji?
Przegrane wybory 25 października 2015 r. Co robią politycy (p)oważnej (o)pozycji? Jadą do Brukseli. A była też wizyta w drugiej siedzibie parlamentu w Strasburgu. Logiczne byłoby, że jak są przegranymi, to najpierw powinni się sami zastanowić, co do tego doprowadziło po 8 latach rządzenia? I zamiast o tym rozmawiać w kraju jadą do siedziby Unii Europejskiej? Po co? Czy w imię polskiego patriotyzmu i polskich obywateli. Oni są tu nad Wisłą, Bugiem i Odrą. I czy nie tu należałoby z nimi rozmawiać o polskich sprawach? Nie, jadą do Brukseli i Strasburga i tam rozmawiają. O czym? Tego też nikt w Polsce nie wie, bo przecież nikt nie opublikował dokładnych raportów z rozmów o Polsce, ponad tysiąc kilometrów od naszych granic? Chcieli bronić prawa i praworządności? Czyżby za granicą miały się rozgrywać polskie sprawy? Bo tak chce kilku posłów z przegranej opcji. Z przegranymi raczej się nie rozmawia, bo za nimi stoi klęska, i co tu dużo mówić, brak skuteczności. Czyżby chcieli się żalić, jak im zabrakło dobrego działania tu nad Wisłą?
A pamiętacie Państwo, jak ci politycy się witali tam w Brukseli i Strasburgu. Jak chętnie schylali i to mocno głowy? Jaka to była wiernopoddańcza postawa? Czy tak się broni interesów Polaków za granicą? Szkoda, że telewizja tego nie powtarza. Bo tamte obrazy bardzo wiele mówiły.
A próba destabilizacji kraju 16 grudnia 2016 r. poprzez okupację mównicy w Sejmie i fotela Marszałka Sejmu? Co ciekawe, telewizja pokazywała dokładnie tych samych polityków, którzy przedtem tak pięknie schylali głowy w Brukseli i Strasburgu. Ale tu już się nikomu nie kłaniali, tylko twardo trzymali głowy do góry. I 11 stycznia 2017 r. nagle odpuścili? Dlaczego? Jakoś nikt z Brukseli i Strasburga nie przyjechał do polskiego Sejmu okupować go. No bo jak obrona prawa i praworządności, to ma być skuteczna? Czyż nie? I ta śpiewka „Znowu z puczem mi nie wyszło?” Ironia, która miała być skierowana do rządzących, a naprawdę była komentarzem do tego, co robiła opozycja.
A lider KODu, który wycierał brukselskie korytarze. Czy tam broni się wartości polskiego Narodu? Bronić demokracji, to można tu na miejscu nad Wisłą, a nie wiele, wiele kilometrów poza nią. To jest to „obrona”, czy raczej obalanie demokracji w kraju nad Wisłą?
Ale te działania w sprawie opacznego rozumienia patriotyzmu, a dalej szkody polskim obywatelom może mieć wkrótce bardzo fatalny finał. Bo co jak się stanie, gdy faktycznie Polskę spotkają sankcje? I gdy zostaną zabrane olbrzymie kwoty w euro polskim firmom, polskim przedsiębiorcom?
Nietrudno sobie wyobrazić jakie to będzie oburzenie, jak zaczną się protesty. Czy ktoś, kto tak łatwo i szybko jeździł do Brukseli i Strasburga myślał o tym jadąc te tysiąc kilometrów od Polski? I wtedy właśnie ci przedsiębiorcy zaczną wołać: „sprawdzam”. Prześmiewcom od razu odpowiadamy: to nie rządzący jeździli do Brukseli i to nie oni skarżyli się na sprawy polskie za granicą. To raczej nieudana opozycja.
Niestety, fałszywy patriotyzm, rozważanie polskich racji wcześniej gdzieś tam daleko doprowadzić może do wielkich szkód (Uwaga! Nie ma środków finansowych w gospodarce, natychmiast rośnie bezrobocie, perturbacje na rynku, spada siła nabywcza). Czy faktycznie czeka nas ta już zapowiada w Brukseli katastrofa? Andrzej Dramiński
