Unia Europejska znajduje się w kryzysie, który stale się pogłębia, nic bowiem nie wskazuje na to, by były podejmowane jakiekolwiek próby przezwyciężenia go. Mam na myśli działanie władz UE, gdzie  takowych prób po prostu brak. Wręcz przeciwnie, Komisja Europejska, Rada Europejska i Parlament Europejski brną dalej w tym samym kierunku, wyznaczanym im przez tzw. „standardy europejskie” i  przeświadczenie, że jedynym panaceum na przejawy dezintegracji Unii Europejskiej jest więcej tego samego, czyli więcej integracji i dążenie do stworzenia autorytarnego państwa europejskiego. W rezultacie samo ustanowiona czwórka państw przywódczych Unii (Niemcy, Francja, Hiszpania i Włochy) proklamowała właśnie Unię Europejską różnych prędkości, co, oczywiście, jest sprzeczne z ustaleniami zawartymi we wszystkich ważnych traktatach unijnych.

Dzieje się tak dlatego, że Unią od co najmniej dwudziestolecia – jak ocenia prof. Ryszard Legutko, eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości – rządzi ten sam, niezmienny układ polityczny. Jest to układ neo-lewicowo- liberalny, bez względu na to, czy będziemy mówili o socjalistach, czy o chadekach z EPP (Europejskiej Partii Ludowej, najliczebniejszej frakcji w PE), którzy już dawno utracili swój pokrój chrześcijańsko-demokratyczny, czy o liberałach lub raczej o libertarianach z różnych formacji.

Jego przedstawiciele we władzach unijnych (a także w ławach eurodeputowanych parlamentu) wydają się nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji tzw. „polityki willkommen” wobec imigrantów (głównie ekonomicznych), zainicjowanej przez kanclerz Niemiec Angelę Merkel, ba, nawet nie przychodzi im to do głowy i nadal straszą państwa członkowskie  przymusową relokacją przychodźców i karami w razie odmowy przyjęcia narzucanych kwot. Nie wyciągnęli także wniosków z Brexitu, ani tym bardziej nie przyznali się, że to ich wina, i nie zamierzają  bić się w piersi, tylko postępują tak jak dotychczas, to znaczy bez uwzględnienia opinii i stanowiska państw członkowskich, z arogancją, której symbolem może być Martin Schultz, do niedawna szef PE.

Ale główna przyczyna kryzysu europejskiego (bo to nie jest jedynie kryzys UE) to wykorzenienie Unii Europejskiej z chrześcijaństwa. Całkowite odwrócenie się, odejście od idei przyświecającej Ojcom Założycielom Unii – Alcide de Gasperiemu, Robertowi Schumanowi, Konradowi Adenauerowi i Jeanowi Monnet, spośród których dwaj pierwsi są obecnie kandydatami na ołtarze Kościoła katolickiego. Założyli oni Wspólnotę Węgla i Stali (na razie łączącą 6 krajów), przekształconą następnie w Europejską Wspólnotę Gospodarczą, do której dołączyło dalszych 9 państw (razem powstała tzw. stara piętnastka). Przy tym kładziono szczególny nacisk – po doświadczeniach dwu wojen światowych, kosztujących hekatombę ofiar – na  zachowanie pokoju w Europie, bardziej możliwe do osiągnięcia, gdy stosunki między państwami oparte są na równych dla wszystkich członków zasadach związku (unii), a nie tylko na bilateralności i niebezpiecznej grze politycznej. Od tych zasad jednak, nawiasem mówiąc władcy Unii już dawno odeszli i tylko udają, że wszystko jest w porządku.

Czy dla Europy nie ma rozwiązań, które ocaliłyby jej jedność? Czy zmieniający się układ sił politycznych, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, ale także w Europie, aktywizacja środowisk konserwatywnych, prawicowych, a także nacjonalistycznych, wreszcie  – last but not least – „dobra zmiana” w Polsce, po Brexicie  piątym pod względem wielkości państwie UE, może doprowadzić do zmiany sytuacji politycznej w Unii Europejskiej i w Europie?  Czy Europejczycy „zeuropeizują” Europę (patent Świętego Jana Pawła Wielkiego, który pod tym słowem rozumiał powrót naszego kontynentu do chrześcijańskich korzeni), czy pogrążą się w powszechnym konsumiźmie, hedonizmie i bezideowości, a po Unii Europejskiej pozostanie tylko zbyt krótka i nie ze wszystkim chlubna historia?

Sprawa jest niezwykle skomplikowana.

Przede wszystkim odejście władców Unii od chrześcijaństwa nie jest jednak zjawiskiem oderwanym od rzeczywistości społecznej. Następowało ono niejako równolegle z powszechnym procesem sekularyzacji krajów Europy Zachodniej po II wojnie światowej. Stanowiła ona ważne społeczne tło, niejako sankcjonujące działania ośrodków kierowniczych Unii, prowadzące w kierunku ostrej lewicowości, zmienionej w taki sposób, że zostawiano na boku sprawy socjalne (co mogło mieć związek ze wzrostem ogólnej zamożności w najbogatszych krajach kontynentu), a zajęto się kwestiami obyczajowymi: aborcją na życzenie, eutanazją, promocją aktywnych grup homoseksualnych, małżeństwami jednopłciowymi, odchyleniami seksualnymi (także transseksualizmem), wreszcie wprowadzaniem do nauki i do szkół (!) ideologii gender, traktowanej jako broń przeciwko tradycyjnym wartościom, takim jak rodzina oparta na nierozerwalnym małżeństwie mężczyzny i kobiety i na posiadaniu dzieci, jak prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci,  jak wreszcie wiara w Boga i zbawienie człowieka po śmierci i związana z tym obediencja wobec Dekalogu i katolickiej moralności. Przy czym wartości te nie są jedynie fenomenami duchowymi, indywidualnymi, lecz jednocześnie są czynnikiem organizującym wspólnotę i zapewniającym jej tożsamość i spoistość.

Dlatego działania reformatorskie w Unii Europejskiej powinny pójść kilkoma torami i mieć charakter ewolucyjny. Wydaje się, że Polska jako znaczący kraj w Europie, a jednocześnie kraj katolicki, z obecną centroprawicową ekipą rządzącą, jest wyjątkowo predestynowana do tego, by tę wielostronną reformę inicjować i by nią pokierować. W ciągu ponad rocznego sprawowania władzy  ekipa rządowa pod batutą pani premier Beaty Szydło dowiodła, że również na niwie międzynarodowej zasadniczo różni się od poprzedników, że nie ma nic wspólnego z ich klientyzmem, lecz posiada własną podmiotowość i priorytety, o które będzie chciała zawalczyć.

Pokazała to polska pani premier w Parlamencie Europejskim w czasie (sztucznie wywołanej zresztą) debaty o rzekomych grzechach przeciwko praworządności w Polsce w styczniu 2016 roku, którą zdecydowanie wygrała. Powiedziała tam m. in., że Polska chce być championem Unii Europejskiej. Powinno to było przeciąć wszelkie spekulacje na temat radykalnego eurosceptycyzmu Prawa i Sprawiedliwości, Jarosława Kaczyńskiego i ekipy rządowej. Owszem, pewien rodzaj eurosceptycyzmu  może i powinien być żywiony jedynie  wobec obecnej władzy UE i kierunku postępowania, jaki obrała.

Postawienie na politykę euroatlantycką i sojusz polityczno-wojskowy ze Stanami Zjednoczonymi, a także z Wielką Brytanią (premier Teresa May bardzo szybko po objęciu stanowiska odwiedziła Polskę), po niezwykle udanym i zwycięskim dla Polski szczycie NATO w Warszawie, zaowocowało konkretami, których przypominać nie trzeba. Otwarty i przyjazny stosunek polskich polityków (zwłaszcza prezydenta i wielu posłów partii rządzącej) do nowo wybranego prezydenta USA, Donalda Trumpa, mocno kontrastuje z krytycznymi, a nawet kuriozalnymi wypowiedziami matadorów UE na ten temat.

W czasie wizyty Angeli Merkel w Polsce (której efektów nie należy przeceniać) poruszona została kwestia potrzeby nowego traktatu dla UE, co nie spotkało się z przychylnością niemieckiego Gościa. Dziś już bardziej wiemy, co się za tym kryło – to, co ustalono na (kadłubowym) szczycie w Paryżu. Ale Grupa Wyszehradzka pod polską prezydencją, być może poszerzona w przyszłości o Rumunię, przygotowała już wstępny pakiet reform dla UE.  Jednocześnie Polska zgłosiła swego kandydata na urząd przewodniczącego Rady Europejskiej, doświadczonego europosła Jacka Saryusz-Wolskiego, sprzeciwiając się reelekckji Donalda Tuska zajmującego obecnie to stanowisko. Nastąpiło to na skutek postawy przewodniczącego Rady Europejskiej, który nie dotrzymał standardu bezstronności wobec polskich władz wybranych w 2015 roku w demokratycznych wyborach i atakował je wielokrotnie w imieniu opozycji politycznej (PO i Nowoczesnej), wspierając je także w próbie obalenia rządu polskiego metodami pozaparlamentarnymi.

Wszystkie opisane wyżej działania to takie przedbiegi poprzedzające rozpoczęcie  reform w UE. Nie wydaje się, by mogły się one zacząć na dobre przed upływem kilkumiesięcznego sezonu wyborczego w paru krajach europejskich: we Francji, gdzie prezydentem może zostać Marine Le Pen, choć wybór François Filliona, kandydata republikanów, wydaje się równie prawdopodobny; w Holandii (której obywatele już raz zablokowali, razem z Francuzami, konstytucję dla UE) wybory parlamentarne może wygrać skrajnie prawicowa i antyislamistyczna Partia Wolności Geerta Wildersa; wreszcie nie wiemy, jak się rozstrzygną jesienne wybory w Niemczech: czy Angela Merkel po raz czwarty zostanie kanclerzem, czy też osiągnie to stanowisko fatalny Martin Schultz, co wydaje się jednak wciąż mniej prawdopodobne.

Bez względu na wyniki wszystkich tych wyborów (bo nawet, gdy kandydaci prawicy przegrają, to osiągną zapewne przyzwoity wynik), w Europie nastąpi pewne polityczne virement, z przesunięciem akcentów bardziej na prawo, co się może bardzo wyraźnie odbić na wyborach w krajach członkowskich do PE na wiosnę 2019 roku. Zmieni się układ sił w Parlamencie Europejskim i pociągnie to za sobą zmianę władz Unii, o ile ta dotrwa w ogóle do tego czasu. Pewnie jednak tak się stanie, bo przecież nie zabija się kury znoszącej złote jajka wprost do kieszeni eurokratów większych i mniejszych.

Kandydat rządu polskiego, Jacek Saryusz-Wolski nawet nie został zaproszony ma szczyt UE i nie mógł w żaden sposób wygrać tych wyborów, ani nawet zaprezentować swojego programu, wobec stanowiska Niemiec – Angela Merkel praktycznie ogłosiła wybór Donalda Tuska na kilka godzin przed głosowaniem. Tak to przedstawia się demokracja w UE, gdzie działa się raczej przez ucieranie (zgniłych) kompromisów, poprzez naciski silniejszych wobec słabszych, a nie za pomocą demokratycznego, jawnego i uczciwego głosowania.  Jeśli wynik takowego jest niepomyślny z punktu widzenia władzy, powtarza się go, jak wiemy, aż do skutku.

Rząd polski liczył na przełożenie głosowania, co dałoby więcej czasu na zaprezentowanie polskiego kandydata i jego walorów. Nie udało się. Angela Merkel okazała się prawdziwym macht-politikerem i z pomocą posłusznych 27 przywódców państw członkowskich Unii zrealizowała swoją – nader bezczelną – zapowiedź, doprowadzając do wyboru Donalda Tuska na drugą dwu-i -półletnią kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej. W myśl angielskiego powiedzenia, że w polityce nie ma sentymentów, liczą się tylko interesy – „za” głosowała również Teresa May (wbrew zapowiedziom, że się wstrzyma) oraz przywódcy państw V4.

Ale pierwszy krok w kierunku reformy UE zostanie wkrótce uczyniony, polska premier, jako szef państwa będącego liderem Grupy Wyszehradzkiej (z którą nadal łączą nas wspólne interesy – jak podkreśliła Beata Szydło), przedstawi na następnym szczycie za dwa tygodnie, także w imieniu grupy V4, wstępny program reform, pokazując w ten sposób, że istnieje wola przeprowadzenia istotnych zmian w Unii Europejskiej i funkcjonowaniu jej władz, z pierwszorzędną rolą państw członkowskich. Jarosław Kaczyński złożył hołd pani premier Beacie Szydło, podkreślając, że dzielnie walczyła o naszą podmiotowość w UE.

Dalsze kroki będą możliwe do podjęcia w miarę zmieniającej się sytuacji politycznej w Europie, pod warunkiem determinacji i zgromadzenia większej grupy wsparcia w osobach rządzących państwami członkowskimi oraz szybkiego rozwoju gospodarczego Polski, wzrostu jej siły i znaczenia na arenie europejskiej i światowej.

                                                  *******    

Generalnie rzecz ujmując, reforma UE powinna polegać na przywróceniu zasad, o których kilkakrotnie mówiła podczas szczytu Beata Szydło: zasady równego traktowania wszystkich państw członkowskich, demokratycznych, rzetelnie przeprowadzanych wyborów (bez urabiania słabszych przez silniejszych), demokratycznego umocowania władzy Komisji Europejskiej, symetrycznych praw mniejszości w stosunku do większości w Parlamencie Europejskim itp.

A co z rechrystianizacją Europy w duchu Ojców-Założycieli, o czym pisałem na początku? Na obecnym etapie, w obliczu tak daleko posuniętej sekularyzacji społeczności europejskich, zabieranie się za ten segment problemów społecznych przez polityków, w sensie ustaleń formalno-prawnych czy administracyjnych, w obliczu histerycznej obrony „zdobyczy” środowisk LGBTQ, zwolenników aborcji na życzenie, promotorów seksedukacji dzieci i młodzieży itd., itp., byłoby zajęciem bardzo niebezpiecznym, prowadzącym do wojny kulturowej. Co nie znaczy, że nie należy zwalczać tych tendencji w debacie publicznej, informując o ich szkodliwości społecznej, a w razie konieczności, gdy mamy do czynienia z przestępstwem, odwołując się do istniejących przepisów prawnych.

Przypominanie wszakże o początkach Unii, o jej chrześcijańskim charakterze, a także nawoływanie do powrotu do tych korzeni, w publicystyce medialnej, w debacie publicznej jest jak najbardziej na miejscu. Ale nie tylko. W końcu jesteśmy Ojczyzną Świętego Jana Pawła Wielkiego, którego zbiór wypowiedzi dotyczących Europy i chrześcijaństwa wydano w 2002 roku pod tytułem: Europa Zjednoczona w Chrystusie (ponad 400 stron w formacie B4). I który w Gnieźnie w 1997 roku, w obecności siedmiu środkowoeuropejskich prezydentów, powiedział m. in.: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha.”

Ks. infułat Ireneusz Skubiś z Częstochowy, obecnie honorowy redaktor naczelny tygodnika katolickiego „Niedziela”, zdobywca Lauru SDP 2016, na pewno zna te słowa. Stworzył on Ruch „Europa Christi”, nawiązujący zarówno do myśli naszego Papieża, jak i do tradycji Ojców Założycieli Unii Europejskiej. Ruch ma poprzez różne akcje przypominać Europie o krzyżu Jezusa Chrystusa, Zbawiciela świata. I odwoływać się także do wydarzenia sprzed 700 lat, gdy hiszpański król Ferdynand IV w Gibraltarze, po zwycięstwie nad muzułmanami, ogłosił Maryję patronką Europy. A w 1979 roku cudowną figurę Matki Bożej Pani Europy z Gibraltaru rekoronował Jan Paweł II, aby tę Jej zapomnianą rolę przypomnieć i zaktualizować.  

Uczestnicy Ruchu „Europa Christi” podjęli myśl o zbiorowej modlitwie – jak pisze ks. Skubiś – w intencji rychłej beatyfikacji założycieli Zjednoczonej Europy - sług Bożych Alcide de Gasperiego i Roberta Schumana. Modlitwa wraz z Marią Romaną de Gasperi, córką wielkiego Włocha, na Jasnej Górze 11 marca br. podczas Apelu Jasnogórskiego oraz 12 marca podczas Mszy św. w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej i sympozjum w UKSW w Warszawie 14 marca – będą inicjacją pracy tego europejskiego ruchu.

W sympozjum na temat zjednoczonej Europy wierzących polityków kandydatów na ołtarze wezmą udział m.in. Maria Romana de Gasperi („Świadectwo świętości ojca”), prof. Rocco Butiglione („Alcide de Gasperi i Europa”), ks. prof. Wojciech Góralski („Świętość polityka  – czy możliwa do zweryfikowania w procesie kanonicznym”), prof. Zbigniew Krysiak (o grupach Schumana w Polsce), o. prof. Bernard Ardura, norbertanin („R. Schuman – chrześcijanin w służbie wspólnego dobra”) i inni. W Ruchu „Europa Christi” a także w pielgrzymce na Jasną Górę i w sympozjum biorą udział przedstawiciele rzymskiej Fundacji „Alcide de Gasperi” oraz polskiego Instytutu Myśli Schumana.

Inicjatywa ks. Skubisia tym się różni od dotychczasowych przedsięwzięć spod znaku de Gasperiego i Schumana, że jest propozycją ruchu, który będzie działał w taki sposób, by zataczać coraz szersze kręgi nie poprzestając na jednej akcji. Jak napisał ksiądz redaktor – „Europa Christi” nie jest ruchem politycznym, ale pewnym pasmem kultury chrześcijańskiej, które ma przypominać o tym, że wiara i moralność chrześcijańska mają podstawowe znaczenie dla Europejczyków i są znakiem ich chrześcijańskiej tożsamości.”

A więc, wbrew opiniom o rzekomej porażce polskiego rządu, można powiedzieć, że reforma Unii Europejskiej właśnie się rozpoczęła – na szczycie w Brukseli i w Częstochowie.

Jerzy Biernacki

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl