W zdrowym państwie zdrowi obywatele, zdrowe media. A jeśli chorzy na apanaże i władzę zepsuli państwo i przeszkadzają w jego uzdrowieniu?
W Dwudziestoleciu Piłsudski swoiście pacyfikował chorych rodaków. Owo pacyfikowanie nazwano dyktaturą. Jakoż po 1926 r. Marszałek stworzył, owszem, pół dyktaturę, a dzięki niej, w wolnej kulturze, powstawały dzieła literackie, malarskie i muzyczne o wartościach nieprzemijających w skali światowej; zbudowana też została ex nihilo infrastruktura - miasta: Gdynia z dwoma portami, wojennym i handlowym; na prawie pustkowiu Stalowa Wola, w Radomiu potężna fabryka broni. Budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego na terenach staropolskiego okręgu przemysłowego nie zdołano dokończyć z wiadomych powodów. Norman Davies w książce „Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo” (2008) wymienia najnowocześniejsze w owym czasie rodzaje broni, jakie wymyślili Polacy, a wykorzystywali alianci.
Tamta półdyktatura była wolnością tworzenia rzeczy wielkich. A zresztą wychodziły niezależne pisma cenzurowane post factum. Działały wolne związki zawodowe. Obywatele mogli publicznie krytykować rządy, i to często ponad miarę, wtedy, jeśli byli politykami, szli do obozu w Berezie Kartuskiej, jak Stanisław Cat Mackiewicz, żarliwy zwolennik twórcy sanacji, lecz później radykalny krytyk jego następców. Podobno dzięki temu, żeby był chwalcą Marszałka, do obozu w Berezie przywieziono go z dworca kolejowego samochodem, dla innych skazanych była to droga piesza nader uciążliwa. Swoiste poczucie humoru mieli politycy z pierwszej sanacji. Wcześniej od 1930 r., a więc za życia Marszałka, trwały procesy brzeskie stabilizujące wewnętrzną kondycję państwa.
Wszelako politykom przeciwstawiającym się półdyktaturze Marszałka, a po jego śmierci tzw. rządom pułkowników sanacyjnych daleko było do barbarii dzisiejszych tak zwanych polityków tak zwanej opozycji. Piszę „tak zwanych”, albowiem to nie są politycy parlamentarni w ścisłym tego słowa znaczeniu, a barbarzyńcy polityczni sensu largo. Barbarzyńców zaś charakteryzuje, że nie są determinowani żadnymi zasadami kultury współżycia społecznego, gdyż nie wiedzą, co to jest kultura, że nieuzasadnionymi zarzutami obrażają swych przeciwników, ponieważ boją się skutków ich działań. A nie umieją w swym sprzeciwie i strachu posłużyć się ripostą inną niż kalumnie i kłamstwa. Lęk jest przemożnym atawizmem wszystkich unerwionych żywych organizmów; zwierzę, któremu grozi śmierć, wpada w nieopanowaną panikę.
Niedawno w Wiadomościach TVP przedstawiciel Platformy „Obywatelskiej” nazwał wprost Jarosława Kaczyńskiego dyktatorem. Daj nam Boże takich dyktatorów. Maciej Kazimierz Sarbiewski z pierwszej połowy XVII w., jezuita, poeta, tudzież teoretyk literatury o sławie europejskiej, zauważył w „Lechiadzie”, łacińskiej rozprawie o duszy polskiej, że jego rodacy mają łagodne usposobienie. Ta piękna cecha wikła nasze dzieje, ponieważ relatywizuje normy współżycia. Zamiast zdecydowanie, jak Piłsudski, odsunąć łotrów i głupców od współrządzenia, dyskutujemy z nimi, przebaczamy im występki, przestępstwa i zdrady.
Właściwie mieliśmy w dziejach nowożytnych jedynie dwóch dyktatorów (nie licząc półdyktatora z lat 1926-1935): króla Stefana Batorego i Jana Zamoyskiego, kanclerza i hetmana wielkiego koronnego. Och, ile szlachty protestowało przeciw ich poczynaniom politycznym. A przecież obaj ci mężowie stanu zbudowali takie podwaliny mocarstwowości Rzeczypospolitej, że w latach 30 XVII w. sięgnęliśmy do wybrzeży Morza Czarnego i doszliśmy do jednego miliona km kwadratowych. A potem znów było łagodnie i pobłażliwie dla podłości szkodzącej wielkiej ojczyźnie. Aż mieszczanie, a nie elita (szlachta), Warszawy, Wilna i Krakowa zapragnęli sprawiedliwości i na szubienicach wymierzali ją tym, którzy na nią zasługiwali. Napisał o tym kilka lat temu Jarosław Marek Rymkiewicz w „Wieszaniu”. Ten esej to niewątpliwie parabola, moralitet. Po roku 1989 zbyt łagodnie obchodziliśmy się - obchodzimy - ze wszelakiego autoramentu renegatami, oszustami i krętaczami, to mamy teraz za swoje.
Z jakim trudem parlament i rząd Beaty Szydło usiłują naprawić szkody wywołane naszą ponad dwudziestoletnią niefrasobliwością, nadmierną łagodnością, niepotrzebną wspaniałomyślnością. „Sławianie, my lubim sielanki” – napisał ironicznie Kazimierz Brodziński na początku XIX w. Dzisiejsze bezkarne łajdactwo rozlane jest jak ocean w szerokich kręgach elity. Walka z nim wywołuje taką reakcję oszustów, że osłabia Polskę, spycha ją na marginesy Zachodu; oszuści wrzaskiem niczym „łapaj złodzieja” zohydzają rodakom ojczyznę i uczą młodzież pogardy do niej albo w najlepszym razie obojętności na jej - nasze – losy. W „Hańbie domowej” Jacka Trznadla (nb. czas ku temu, żeby wznowić tę mądrą książkę, wydaną po raz pierwszy w solidarnościowym Podziemiu, ponownie zaś na początku lat 90 oficjalnie) Zbigniew Herbert mówi o pisarzach służących swym piórem sowietyzmowi polskiemu, że dla nich to było wtedy eldorado. Zaiste, im kto był bardziej serwilistyczny, tym lepsze miał – ma - synekury. I teraz – o zgrozo! - parlament i rząd pisowski chcą polityków i esbeków służącym PRL pozbawić mamony.
A jej źródła biją w bagnach szalbierstwa. Nie ma bodaj dnia, żeby nie wychodziły na jaw szachrajstwa polityków, sędziów, wysokiej rangi urzędników czy działaczy społecznych. Upodobnialiśmy się do Rosji i Rosji sowieckiej, jak najzdolniejsi bracia Słowianie, chociaż mamy też rodzimą tradycję nikczemności politycznej, ale z nią łatwiej było Piłsudskiemu walczyć niż nam dzisiaj ze spuścizną oszustwa pochodzenia wschodniego, bo ono od końca XVIII w. jest nawykłe do szukania u obcych „bratniej (dziś: unijnej ) pomocy”…
Pisałem już był tutaj, że Łukasz Warzecha na łamach ”Rzeczpospolitej” (16 listopada 2015 r.) spostrzegł, iż poczynania nowej władzy przypominają sanację. Nazwał to zjawisko, ten proces neosanacją i jak każdy endek obrzydzał czytelnikowi tę wedle niego nienormalność. Tą enuncjacją otworzył puszkę Pandory. Coraz więcej teraz w mediach tekstów o tej – nazywanej już postsanacją – „zagładzie” polskiej demokracji i narodzinach dyktatury.
Maciej Nowak („Powrót tradycji sanacji”, „Rzeczpospolita” 24. 01. 2017) konstatuje, że „w Polsce powróciła pozornie zdezaktualizowana «tradycja sanacji». Sprowadza się ona do połączenia propaństwowej retoryki z mocną niechęcią do części wcześniejszych reguł prawnych (…). Opozycja może jednak sobie przypominać, że już od 1930 roku rządy sanacji weszły w znacznie bardziej autorytarną fazę i niekoniecznie zachowanie wszelkie analogii byłoby w przyszłych działaniach wskazane (…). Zwłaszcza że piłsudczycy z Centrolewem nie potrafili się w żadnej sprawie porozumieć, a wzajemnej nienawiści nie przekreśliły nawet dramatyczne wydarzenia II wojny światowej”. Publicysta natomiast ani słowem, nie wspomina o niechlubnym udziale polityków endecji w destabilizacji wewnętrznej państwa. W Brześciu i Berezie Kartuskiej byli więzieni przedstawiciele i Centrolewicy, i endecji. Może ta wspólna dla obu ugrupowań – ideologicznie agonistycznych – ówczesna działalność antyrządowa zbliżyła je tak że w krzykliwie (i do cna zakłamanej) lewicowej Polsce pojałtańskiej endecy znaleźli miejsca na publiczną aktywność.
Treść ostatniego zaś zdania cytatu o wzajemnej nienawiści Centrolewu i piłsudczyków „nieprzekreślonej nawet wydarzeniami II wojny światowe” jest bałamutna. Czy autor chciał bowiem, skoro postponuje sanację, powiedzieć, że w wojnie podziemnej z Niemcami racja moralna i patriotyczna (oba te znaczenia to właściwie pleonazm) były jedynie po stronie lewicowej? Choćby Ziemkiewicz, Nowak, Sadurski, Bratkowski i inni endecy czy lewacy zapisywali całe twarde dyski swymi antysanacyjnymi diatrybami, to i tak nie unicestwią prawdy, że podczas wojny i okupacji znakomita większość Polaków chwytała za broń nie pytając stojącego obok towarzysza walki, z jakim ugrupowaniem politycznym sympatyzował przed wojną. I to jest najdonioślejsza, historyczna zasługa sanacji, że wychowała takich obywateli. Zresztą podczas okupacji niemieckiej przedstawiciele wcześniej skłóconych partii politycznych tworzyły własne organizacji i związki militarne, uznające ostatecznie Polskie Państwo Podziemne i w końcu podporządkowujące się Komendzie Głównej AK, zdominowanej przez zwolenników sanacji, której Armia Krajowa była jednocześnie sublimacją i zadośćuczynieniem za jej grzechy. Natomiast ustrój i rządy Rzeczypospolitej po 1989 r. doprowadziły jedynie do destrukcji moralno-patriotycznej dużej części populacji; dziś powoli, acz wyraźnie zachodzą w tej rzeczywistości zmiany. Cieszą tłumy rozentuzjazmowanych Polaków z białoczerwonymi farbami na policzkach, powiewających chorągiewkami o tych samych barwach na zawodach sportowych, uroczystościach publicznych etc. To nie egzaltacja nacjonalistyczna, jak chcą niektórzy, to reakcja (tymczasem nieco infantylna) na ponad siedemdziesięcioletnie obrażanie naszej dumy narodowej, ośmieszania patriotyzmu. Bardzo powoli idzie nowe! Nazywa się ono właśnie sanacją, z polska uzdrowieniem.
Piotr Zgorzelski zaś („Witos znów walczy z Piłsudskim” w: „Rzeczpospolita” 6. 03. 2017) głupotę i draństwa tzw. opozycji przypisuje partii rządzącej, którą nazywa - całkiem słusznie - środowiskiem postsanacyjnym i stwierdza – całkiem niesłusznie - że „w najlepsze panuje (w nim) tolerancja dla patologii”. Trzeba albo nic nie rozumieć z tego, co dzieje się wokół, albo być aż tak nienawistnie nastawionym do PiS, żeby odwrócić rzeczywistość na nice i zarzucać rządowi walczącemu uporczywie z nieuczciwościami w niemal każdej dziedzinie egzystencji polityczno-społecznej, iż je toleruje. I dalej - inkryminować, że „kontynuatorzy sanacji nie myślą nawet o próbie dialogu z kimkolwiek i o czymkolwiek. Z całym impetem, dążą do konfrontacji”. To kłamstwo było chyba sformułowane w stanie zamroczenia nienawiścią albo w poczuciu bezgranicznej bezczelności. Bezczelności, albowiem sam autor w końcowych konkluzjach wzywa do walki z „pogrobowcami sanacji”: „…pomni doświadczeń rządów pierwszej sanacji musimy zrobić wszystko, aby kolejna ich odsłona nie trwała długo (…) jako zwolennicy Witosa musimy podjąć walkę o Polską normalną i jeszcze raz wystąpić przeciw współczesnej sanacji”. Podjąć walkę…
Tak to niektórzy rodzimi publicyści stają się podżegaczami wojny przeciw uzdrowieniu Polski, wytrącają społeczeństwu oręż moralny i umysłowy w dążeniu do odzyskiwania u c z c i w e j Ojczyzny. Z głupoty czy z korzyści materialnych? W każdym razie stąd wniosek, że najpierw pracownicy mediów powinni być poddani zabiegom sanacyjnym.
Jacek Wegner
