Wypadki na linii Warszawa – Londyn toczą się lawinowo. Dzisiejszy komentarz miał zaczynać się od zdania: ”Znamy już termin Brexitu, uruchomienia art. 50 Traktatu Lizbońskiego, i będzie to 29 marca”. Ale we środę kolejny islamski terrorysta pojawił się w – jak mówią Anglicy – następnym „London iconic spot” i dokonał kolejnego zamachu, w którym zginęło pięć osób, a ok. 40 zostało rannych. A we czwartek w siedzibie premierów przy Downing Street doszło do spotkania dwojga liderów rządzących partii konserwatywnych, brytyjskiej i polskiej, Theresy May i Jarosława Kaczyńskiego. I jak tu planować cotygodniowe komentarze polityczne?
Do tematu Brexitu powrócimy po 29 marca, kiedy sygnowany oficjalnie przez Elżbietę II The Notification of Withdrawal Act zostanie wysłany do Brukseli, a w Londynie 750 świeżo obsadzonych urzędników zasiądzie w pełnej gotowości do pracy. Tymczasem warto zmierzyć się z kilkoma mitami nt. środowego zamachu przed brytyjskim Parlamentem. Mit nr 1: Wielka Brytania wcale nie stanowiła „oazy spokoju”. Przeciwnie, sami Brytyjczycy wciąż powtarzają, że był to „an accident, waiting to happen”, „wypadek, który wisiał w powietrzu”. Bo wprawdzie ostatni poważny akt terroru miał miejsce 12 lat temu, w lipcu 2005 roku, ale w międzyczasie doszło do kilku innych, patrz: 2007 Glasgow, 2008 Exeter, 2013 rok i zaszlachtowanie przez dwóch Somalijczyków w dzielnicy Woolwych żołnierza Lee Rigby, a w ub. roku atak islamskiego ekstremisty na grupę turystów na Russell Square, w wyniku którego jedna osoba zginęła, a kilka zostało rannych. Ze nie wspomnę o latach 70. i 80., aż do Wielkopiątkowego Porozumienia, podpisanego przez władze Zjednoczonego Królestwa i Irlandii, kiedy to w Londynie dochodziło do regularnych zamachów Irlandzkiej Armii Wyzwoleńczej. To miasto od dawna nie ma nic wspólnego z „safe haven”, „spokojną, bezpieczną przystanią”.
Mit nr 2: oto po referendum 23 czerwca 2016 roku nowy rząd brytyjski rączo zabrał się do pracy, zwłaszcza do zapewnienia swoim obywatelom bezpieczeństwa - pozwolę sobie przypomnieć, że bezpieczeństwo publiczne stanowiło jeden z podstawowych motywów „antyestablishmentowej rewolucji”, jaka się wtedy dokonała. Dziś widać jak na dłoni, że tak się nie stało. Gorzej, instytucje powołane do stanowienia / parlament/ i wdrażania prawa / rząd/, a także jego implementowania /Policja Metropolitalna/ od 9 miesięcy nie zrobiły nic, aby choć trochę poprawić sytuację. MetPol, ustami szefa ds. przeciwdziałania terroryzmowi, najpierw nazwał masakrę na Moście Westminsterskim „incydentem terrorystycznym”, a potem, choć media społecznościowe aż huczały od spekulacji, dopiero na trzeci dzień podały nazwisko terrorysty. Ze Brytyjczyk z urodzenia, że Khalid Masood i że jego samochód został wypożyczony w Birmingham, a wczoraj – że w rajdach na mieszkania, aresztowano 11 osób, z czego większość wypuszczono na wolność. Ale – i nie był to przypadek – nie połączył tych puzzli w obrazek. A więc, że na liście Scotland Yardu znajduje się ok. 3 tys. osobników jak Masood, czyli zradykalizowanych na Bliskim Wschodzie i groźnych dla bezpieczeństwa publicznego potencjalnych zamachowców. Ze Birmingham, podobnie jak inne miasta Midlandów, Manchester, Leeds, Bradford, należą do tych skupisk wielkomiejskich, gdzie rządzi prawo szariatu i dokąd od dawna nie zapuszcza się brytyjska policja. Gdzie meczety nadal bywają „wylęgarnią terroryzmu”, a tzw. przywódcy duchowi, a w istocie „hate preachers” jak Omar Bakri Muhammad, wciąż nawołują do „świętej wojny dżihad z Zachodem”. No i że progresywny arcybiskup Canterbury Justin Welby przyjmuje w swoim pałacu Lambeth kleryka znanego z „mowy nienawiści”, np. Muhammada Naqiba ur Rehmana. Reprezentant MetPol, ale także podobno misyjna BBC, również komercyjna ITV, nawet się o tym nie zająknęły. Nic dziwnego, że Brytyjczycy, a także konserwatywna prasa, znowu zadają pytanie: kiedy rząd Theresy May zabierze się do przeprowadzania reform, zgodnych z żądaniami obywateli, i na co przeznacza ich podatki?
Pierwsze po ataku pod Parlamentem wystąpienie szefowej rządu, było jedynie gorszą i mniej efektowną wersją niegdysiejszych manifestów „nowoczesnego, współczującego konserwatysty” Davida Camerona, zideologizowanych i pełnych pustych frazesów. Ze „nie damy się zastraszyć” i że „zawsze będziemy bronić naszych demokratycznych wartości”, co nic nie znaczy, zwłaszcza gdy za słowami nie postępują czyny. Czy naprawdę, także w naszym kręgu wartości, polityk może pozwolić sobie na wypowiadanie, zwłaszcza w tak dramatycznych sytuacjach, każdego głupstwa? Sumując – widać jasno, że przez tych 9 miesięcy od referendum nie tylko nie wystartowano z reformami, ale nie zmienił się, także w szeregach brytyjskich konserwatystów, sposób myślenia o bezpieczeństwie publicznym. Nadal niepodzielnie panuje polityczna poprawność, nadal frazesy – w dodatku bardzo bliskie lewicowym mantrom – zastępują czyny. Z niecierpliwością czekam na 29 marca.
A teraz mit 3, dotyczący wizyty bratniego lidera polskiej partii konserwatywnej na Downing Street. Cieszę się, że Prawo i Sprawiedliwość jest już świadome konieczności „gry na przynajmniej dwóch fortepianach”, a więc negocjacji bilateralnych oraz, ramię w ramię z Unią Europejską”, grupowych. Kiedy trzy tygodnie temu uczestniczyłam w Polsko-Brytyjskim Forum Belvedere, zaskoczyła mnie eksplozja przyjażni naszych gości i ich kontredans wokół naszych tzw. kół rządowych. Bo Brytyjczycy, to wytrawni negocjatorzy, i raczej „nie dosadzą” niż przesadzą z uprzejmościami, nie mówiąc o obietnicach. To powinien być dla naszych negocjatorów sygnał: dziś – inaczej niż jeszcze rok temu – to Wielka Brytania potrzebuje nas bardziej, no, powiedzmy sobie elegancko, w równym stopniu, co my jej. Jednak - wiele wskazuje na to, że może być to sojusznik poważny i przydatny, i nie dajmy sobie wciskać, to mit nr 3, że żle wybraliśmy jednego ze swoich strategicznych partnerów. Choć, oczywiście, wiele będzie zależało od tego jak będziemy tę partię rozgrywać. O szybkich zmianach bilateralnych podstaw negocjacyjnych, wynikających z widocznych zmian polityczno – gospodarczych w Polsce i w Wielkiej Brytanii, za tydzień. Oczywiście, jeśli znowu nie wpadnie nam „kukułcze jajo”, czyli jakiś nagły extra news.
Elżbieta Królikowska-Avis. 27 marca 2017
