Tak się złożyło, że w odpowiednim  czasie, czyli w latach młodości, nie przeczytałem arcydzieła Lwa Tołstoja „Wojna i pokój”. W późniejszych latach próbowałem przeczytać czterotomową książkę po rosyjsku, z pomocą polskiego przekładu, ale spasowałem. Widocznie wtedy jeszcze nie dojrzałem do tej lektury. Niedawno natrafiłem na od lat stojące gdzieś na dolnym regale cztery tomy „Wojny i pokoju” i przeczytałem w ciągu kilku dni. Rzeczywiście, lektura pasjonująca, z różnych względów, także ze ściśle polskiego punktu widzenia. Jest to niewątpliwe arcydzieło, jeśli chodzi o opis rosyjskiej elity z początku XIX wieku, jej życia codziennego, wzajemnych relacji, psychologii, kapitalnych charakterów – książę Bołkoński, jego siostra (może najbardziej pozytywna postać książki), Pierre Bezuchow, osoba niepowtarzalna, ukazana w dynamicznym procesie moralnej metamorfozy w obliczu dramatycznych okoliczności, co było specjalnością wielkiego pisarza.

Dostrzegając te wątki i postacie, ich złożoność, zainteresowałem się jednak czymś innym. Dwiema w zasadzie sprawami – po pierwsze na ogół czołobitnym stosunkiem wielu spośród tych postaci  w stosunku do władzy, szczególnie do władzy głównej, czyli do cara, a przy tym wyraźnie wielką miłością, jaką  sam pisarz darzył Aleksandra I; po drugie zaś przeświadczeniem  o szczególnej misji Rosji w odniesieniu do Europy.

Pierwsza kwestia jest powszechnie znana i rzeczywista po dziś dzień: niewolniczy aplauz wobec imperialnych działań, z jakim spotyka się dzisiaj    car-Putin ze strony swoich poddanych, jest tego namacalnym dowodem i przypomnieniem, że w Rosji tak było zawsze. Tak samo jak zawsze w Rosji było bardzo wyraziste poczucie hierarchii urzędniczej (kilkanaście stopni w paradygmacie), społecznej czy wojskowej.

Natomiast  druga sprawa jest zadziwiająca o tyle, że pisarz przedstawia ową misję dziejową Rosji wobec Europy, wyzwolenie jej od bestii, czyli cesarza Napoleona i „przyniesienie Europie wolności” przez armię rosyjską i osobiście przez wielkiego cara Aleksandra I – bez żadnego dystansu, tout court, gdyż najwyraźniej w nią głęboko i bezwzględnie wierzy! Dowodzi tego – ośmielę się powiedzieć – niemal histeryczna, a w każdym razie pełna znerwicowania, chwilami wręcz niepoczytalna krytyka postępowania Napoleona, włącznie z miażdżącą krytyką jego kompetencji wojskowych, a nawet artyleryjskich (Napoleon był przede wszystkim artylerzystą!). W pewnej chwili Tołstoj – w bezpośrednim, dyskursywnym tekście, w końcowej partii książki (tam na wielu stronicach króluje właściwie swoista eseistyka, pełna fragmentów o charakterze antynapoleońskich filipik) zarzuca cesarzowi Francuzów, że nie wiedział, co robi, ustawiając w określonym miejscu baterię armat i popełniając elementarne błędy w namierzeniu celów artyleryjskiego ostrzału.

Nie jestem takim miłośnikiem Napoleona, jak np. Waldemar Łysiak, nie odmawiam mu geniuszu wojskowego, a także prawniczo-administracyjnego (Kodeks Napoleoński!), ale co do jego katolicyzmu, moralności, a także postawy wobec żołnierzy, a szczególnie Polaków, służących mu z wielkim oddaniem, mam poważne zastrzeżenia. Był wielkim egoistą, złożył wielokrotny hołd Neposowi (co Łysiak usprawiedliwiłby zapewne miłością do rodziny), nakazywał kłamać w biuletynach wojennych (np. po Somosierze)  i generalnie zanadto przejęty był poczuciem swojej wielkości, co ostatecznie go zgubiło.

Zdobywszy Moskwę, popełnił błąd (o tym jednak Tołstoj wcale nie pisze!), którego dwieście lat wcześniej nie uniknęli także polscy zdobywcy rosyjskiej stolicy, gdyż nie poszedł dalej, na Petersburg i na wschód poza Moskwę, miał jeszcze tyle (choć nader przetrzebionego) wojska, że mógł pokonać do reszty rozbitą armię Kutuzowa, nie rozumiał, że Rosja na Moskwie się nie kończy. Historia Europy mogłaby wtedy wyglądać inaczej.

Odwrót Napoleona, motywowany sytuacją wewnętrzną we Francji, poza zniszczeniem pozostałej armii francuskiej, ubezsensownił zupełnie wyprawę 1812 roku. Nie mówiąc już o skutkach dla Polaków, którzy stracili zalążek wolnego państwa polskiego, jakim było Księstwo Warszawskie. Piłsudski nie popełnił podobnego błędu w 1920 roku, po wygraniu bitwy warszawskiej pogonił bolszewika za Niemen i dalej, owoce tego zwycięstwa popsuli jednak, niestety, endeccy negocjatorzy zawierający traktat ryski.

Wracając do opisanej tak spolegliwie przez Tołstoja misji rosyjskiej w Europie (znane rosyjskie marzenie: Moskwa jako III Rzym) – wiemy, czym się to skończyło, po zwycięstwie Aleksandra I i koalicji antynapoleońskiej: na sto lat utrwalona została dominacja despotyzmu carskiego, utwierdzona w tzw. przymierzu trzech cesarzy, przynajmniej w Europie środkowo-wschodniej, najboleśniej odciśnięta na grzbiecie Polski wymazanej z mapy,  na grzbiecie polskiego narodu,  nie pozwalającego przez  115 lat zapomnieć o sobie, o czym tak  świetnie mówił Henryk Sienkiewicz w 1905 r. , w przemówieniu z okazji przyznania mu literackiej Nagrody Nobla.

A  jeśli idzie o rzeczywiste skutki cywilizacyjne wpływu rosyjskiego „etosu” na Europę Zachodnią, w tym na Francję, to ograniczyły się one do…”bistro”, czyli baru publicznego szybkiej obsługi, co powstało od tego, że żołnierze rosyjscy poganiali zbyt powolnych kelnerów paryskich restauracji czy kawiarni krzykami: „Bistro, bistro!…”

I oto dzisiaj Władimir Putin, władca Rosji, stosuje podobną retorykę, krytykując Zachodnią Europę (i Amerykę), zresztą w pewnych sprawach nie bez słuszności, i miałby najwyraźniej ochotę ustanowić w niej nowy ład na rosyjską modłę. A więc nihil novi sub sole. Wykorzystuje przy tym słabość Europy, która lekkomyślnie oderwała się od swych chrześcijańskich korzeni i w kwestiach obyczajowo-moralnych poszła w kierunku daleko posuniętego hedonizmu i konsumpcjonizmu, czego nie ograniczył nawet toczący ją wielki kryzys ekonomiczny rozpoczęty w 2008 roku, którego końca nie widać. A ekonomicznie w dużym stopniu uzależniła się od rosyjskich surowców, nie mówiąc o zaangażowaniu wielu firm w Rosji, co uniemożliwia prawidłową reakcję na agresywne poczynania Putina.

Krym już rosyjski, zdestabilizowana, a może wkrótce sfederalizowana czy wręcz podzielona Ukraina, pod przemożnym wpływem Rosji, co jest warunkiem powrotu tejże do statusu imperium. Choćby ekonomicznie na glinianych nogach. Ważne jest marzenie cara-Putina i wielu, nawet tych najbiedniejszych, Rosjan. Tacy już są, bez imperium czują się źle.

Putinowi chyba jednak nie starczy już sił, by na modłę rosyjską „ucywilizować” Europę (ani nawet odzyskać znaczący wpływ na całą Ukrainę), tak jak to uczynił Aleksander I, Mikołaj I, zwany przez Polaków „Pałkinem”, dalsi dwaj Aleksandrowie, spośród których pierwszy (czyli Aleksander II) oddał nawet życie z powodu tej „misji”, w wyniku zamachu dokonanego przez Ignacego Hryniewieckiego.  Ta „misja”, bez względu na to, jak daleko posunie się ex-pułkownik KGB, jest na szczęście niewykonalna, ponieważ kultura Rosji i jej morale wciąż nie przewyższają europejskiej cywilizacji łacińskiej (ściślej: grecko-rzymskiej i chrześcijańskiej w swych podstawach), mimo jej poważnego nadwątlenia przez procesy sekularyzacji i hedonizacji życia w Europie, w myśl idei szkoły frankfurckiej i Antonia Gramsciego. Gołą siłą można jedynie wyższego moralnie i kulturowo przeciwnika pokonać i zniewolić, nie da się go przerobić na własne kopyto, co Rosja przez dwa wieki ćwiczyła na Polakach, nie wyciągając z tego właściwych wniosków. Putin zdaje się te wnioski uwzględniać. Obym się jednak nie mylił…

Jerzy Biernacki

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl