Kolejny atak terrorystyczny, tym razem na najbardziej prestiżowym deptaku Paryża, na Polach Elizejskich.  Zginał jeden z policjantów i zamachowiec, drugi policjant i przypadkowy przechodzień znajdują się w szpitalu. Napastnik, obywatel francuski Karim Cheufri, już wcześniej groził policjantom za pośrednictwem Internetu. Zresztą strzelał już do funkcjonariuszy w 2001 roku, kiedy został złapany w skradzionym samochodzie. Dostał 20 lat więzienia, ale został przedterminowo zwolniony, zapewne za dobre sprawowanie.

  A co usłyszeliśmy przy tej okazji z ust przedstawicieli władz Francji/ Wielkiej Brytanii/ Niemiec/ Holandii/ Belgii oraz Unii Europejskiej? A to, co zwykle: „potępiamy atak terrorystyczny w Paryżu”, „Francja/ Europa nie da się zastraszyć terrorystom” i „władze zrobią wszystko, żeby zapewnić obywatelom bezpieczeństwo”. Czego się nie doczekaliśmy? Mianowicie tego – jak to zrobią? Czy będą  deportować  wszystkich z listy podejrzanych o sympatyzowanie z ISIS – ogromna większość zamachowców, łącznie z Karimem Cheufri,  od lat znajdowała się na takich listach?  Ekspulsować całe rodziny terrorystów do ich krajów pochodzenia? Przestaną wreszcie sięgać po znane lewicowe mantry, że „islam, to religia pokojowa”,  że „nie jesteśmy świadkami wojny cywilizacyjnej”, choć jesteśmy,  i że „terroryści, to jedynie margines społeczności muzułmańskich” – i wreszcie spojrzą prawdzie w oczy?  Przecież w  islamie wiele miejsca poświęca się kafirom, niewiernym. I zawsze są oni odrażający, brudni, żli. Trzeba ich zwalczać, podporządkować, aż do chwili, gdy cały świat  nie zaakceptuje Allaha  jako swojego Boga i islam jako religię „jedynie prawdziwą”. A dżihad szaleje już w Europie, Ameryce Północnej i Azji.

  Od wielu miesięcy trwają bardzo niewybredne, dodajmy, naciski na polski rząd, aby wywiązał się z  zasad  „unijnej solidarności”,  z obietnic poprzedniej premier Ewy Kopacz, i przyjął te obiecane 7 tys. imigrantów. A potem zapewne znacznie więcej. Bo  im bardziej rośnie liczba imigrantów w Europie - tylko w świąteczną sobotę do Włoch przybyło ich 6.5 tys. – tym wyższe będą kwoty. Unia posuwa się do gróżb i szantażu – co żle rokuje wciąż przywoływanej „unijnej solidarności”, która zakłada jednak pewną dobrowolność. Dziś już widać jasno – że,  jeśli jesteśmy  „unijną rodziną”,  jest to rodzina bardzo dysfunkcyjna.   

  W Berlinie, Paryżu, Rzymie, Atenach, Brukseli i Hadze  rośnie poczucie niezadowolenia. Czy jednak właściwie skierowane? Ha! Toteż  podczas negocjacji o te nieszczęsne i niesprawiedliwe dla nas kwoty warto sięgnąć po wszystkie znane argumenty, także ten, którego do dziś  polski rząd nie używał, a który stanowi clou  całej sprawy.  Francja, Wielka Brytania, Hiszpania, Niemcy, Belgia i Holandia, to była państwa kolonialne, imperialne,  które – jedne przez wieki, inne przez dekady – łupiły swoje terytoria  zamorskie i tak budowały swoją zamożność i potęgę.  Polska nigdy nie była państwem kolonialnym, nie grabiła, nie rabowała i nie wyrywała z cudzych ziem ich bogactw, żeby podbudować swoją gospodarkę i swoje ego. Więc teraz nie musi mieć wyrzutów sumienia, bić się w piersi i w kompensacyjnej potrzebie przyjmować miliony mieszkańców skolonizowanych niegdyś ziem. Spójrzmy, tylko z grubsza, jak to wyglądało:

- Wielka Brytania:  Indie, Pakistan, Bangladesz, ogromne połacie wschodniej i zachodniej Afryki, a więc  Kenia i Tanzania, Gambia oraz  Afryka Południowa, duża część Karaibów,

- Francja: Algeria, Maroko, Tunezja, Libia, Mauretania, Mali, Benin, Czad,  cześć Konga, Indochiny, dziś  Tajlandia, Laos, Kambodża, Gujana Francuska, Martynika i Gwadelupa, Mauritius, Seszele, Polinezja Francuska,

- Hiszpania, wspólnie z Portugalią,  w jakimś momencie cała Ameryka środkowa i południowa, Mauretania, Gwinea Równikowa, Filipiny, wyspa Guam, to o Hiszpanii Filipa II mówiło się „imperium, gdzie nie zachodzi słońce”,

- Niemcy: przez jakiś czas Tanganika, Rwanda i Burundi, Namibia, Kamerun,  część wysp Oceanii,

- Belgia: Kongo Belgijskie oraz, do 1960 roku, protektorat Ruanda – Burundi,

-Holandia: byle Holenderskie Indie Wschodnie, dziś Indonezja, Złote Wybrzeże w Afryce zachodniej.

  To tylko z grubsza, bez uwzględnienia chronologii i przekazywania sobie terytoriów zamorskich z rąk, do rąk.  Ale „polskich rąk” tam nie było! Przez setki lat z portów w Plymouth i  Portsmouth,  Dieppe i Marsylii,  Hamburga i Rotterdamu,  Malagi i Kadyksu  w świat wypływali  służba cywilna i żołnierze, przedsiębiorcy i handlowcy, plantatorzy, misjonarze i …piraci.  I  podbijali kolejne kraje, powstawały potęgi terytorialne i przemysłowe, prestiż w świecie, zamożność mieszkańców. Wydzierali tamtym ziemiom niezmierzone bogactwa, zniewalali ludność, krwawo tłumili powstania, i podbijali swoje narodowe ego.  Przecież wielka część  bogactw takich krajów jak Wielka Brytania, Francja, Niemcy czy Holandia, to kolonialne łupy. I teraz  - znam to z brytyjskiego podwórka - zwłaszcza europejska lewica,  mają  wyrzuty sumienia. Już potępiły i odszczekały swoją kolonialną przeszłość, swoją „misje cywilizacyjną”,  a teraz  w kompensacyjnym amoku  zapraszają setki tysięcy imigrantów z dawnych kolonii, i przyjmują ich na państwowy garnuszek.  Ale  Polski pośród nich nie było! Więc  Polska nie musi  teraz bić w piersi, uprawiać żal za grzechy i  obiecywać mocne postanowienie poprawy, i  kompensacyjnie  przyjmować na swój garnuszek imigrantów a całego świata.  Warto by było, aby nasi negocjatorzy w Brukseli pamiętali o tej absolutnie zasadniczej kwestii, i dyskretnie o tym od czasu do czasu przypominali.

                                                                 Elżbieta Królikowska-Avis. 23 kwietnia 2017

                                           

  


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl