W pewnej gazecie, zresztą wyśmienitej i na ogół wiarygodnej, nie przyznano mi prawa do repliki, gdy ukazał się tam tekst, pełen kłamstw i pomówień, jako reakcja na mój wcześniej tam zamieszczony esej. Oto moja odpowiedź.

Mam na myśli tak zatytułowany tekst pióra Joanny Kąkolewskiej w 33 numerze „Kuriera Wnet”, odnoszący się do mojego szkicu, poświęconego Krzysztofowi Kąkolewskiemu w pierwszą rocznicę śmierci pisarza, zamieszczonego w 27 numerze tej samej „Gazety Niecodziennej” pod tytułem „Przede wszystkim pisarz”. Przyznaję się od razu na wstępie, że nie ogarniam treści owego „Sprostowania” w całości ani w licznych fragmentach, dlatego też nie odniosę się do wszystkich „zarzutów”, jakie zostały tam postawione. Zgadzam się w pełni z Krzysztofem Skowrońskim, który we wprowadzeniu do tekstu zadał następujące pytanie, jak rozumiem, retoryczne: „Czy jednak (…) można znaleźć uzasadnienie dla takich oskarżeń?” I jestem mu wdzięczny, że takie pytanie postawił. Bo – nie można, oczywiście.

Jeżeli mimo to się odzywam, to jedynie po to, by zaprzeczyć kilku ewidentnym nieprawdom, jakie zdarzyło się pani Joannie w tekście umieścić. Zacznę chronologicznie od tytułu mojego szkicu, który uzasadniłem obszernie w jego ekspozycji. To, co tam napisałem, nie stoi w sprzeczności z zasadą, że „forma ma być niewidoczna, by niczym nie przesłaniać treści”. Natomiast dlaczego słowa „Przede wszystkim pisarz” „sugerują podłość osoby”, dalibóg, nie rozumiem i nie sądzę, by ktokolwiek to mógł zrozumieć. Nieprawdziwą jest też teza, że tylko dobrzy ludzie mogą robić wielką literaturę. Historia tejże nie składa się z samych Morcinków.

Jeszcze à propos formy literackiej. Kąkolewski przywiązywał dużą wagę do swojej beletrystyki. Opisałem ją z grubsza w moim szkicu. Byłem jednak chyba jedynym krytykiem, który tę beletrystykę (powieść „Mięso papugi” i opowiadania) tak wysoko oceniał. Dałem temu wyraz w recenzjach publikowanych w „Naszej Polsce” i w pewnej ankiecie dla „Arcanów” blisko dwadzieścia lat temu. Pamiętam, że pisarza to bardzo ucieszyło. Krytyka bowiem, głównie lewicowa, szydziła tylko z jego beletrystycznych ambicji, uznając jej rezultaty za chybione.

W ogóle muszę powiedzieć, że od lat niepamiętnych jestem wielkim miłośnikiem twórczości, a także postawy Krzysztofa Kąkolewskiego, przypisywanie mi tedy jakichś intencji czy zwłaszcza czynów i słów skierowanych przeciwko niemu generalnie muszę odrzucić jako nieprawdziwe i krzywdzące, a także obrażające rozum ludzki. Jakież ja miałbym powody, by to czynić? Można mi zarzucać, że broniąc pisarza przed fałszywymi oskarżeniami, nie wykorzystałem dobrze wszystkich możliwości obrony – sam sobie to zarzuciłem i opowiedziałem o tym szczerze w drugiej części szkicu, która powstała po to, by te możliwości lepiej wykorzystać i tuszę, że mi się to udało. Piszę o tym dlatego, że zdaję sobie sprawę z niemożności odniesienia się do wszystkich szczegółowych oskarżeń Autorki, po prosu oddalam je en masse i tyle. No bo albo miłośnik, albo wróg, nieprawdaż?

Nie przekłamałem „Co u pana słychać”, słowo przeciwko słowu, brak u Autorki uzasadnienia, a ja odsyłam do mego szkicu. Nie odmówiłem charakteru naukowego  „Umarłemu cmentarzowi”, skoro napisałem, że jest to rezultat 20 lat badań, za to napisałem, że ta książka to nie tylko literatura (faktu), lecz że to czyn, czyli coś więcej niż słowo pisane, akt zdejmujący z wolnych Polaków hańbę morderców. Nikt inny tego nie napisał.

W dalszej części „Sprostowania” jawię się jako manipulator, insynuator, posługujący się fałszywymi informacjami i deprecjonującymi przeinaczeniami. Nie jestem wielbłądem. Nie posługiwałem się też panią Joanną, „przypisując jej same nieprawdy”. Istotnie, doprowadziłem do „utrwalenia drukiem” pomówienia Krzysztofa Kąkolewskiego, że był TW. I rzeczywiście przypisałem wygłoszenie (raczej powtórzenie) tego oszczerstwa panu Wacławowi (nie Władysławowi) Holewińskiemu, bo tak było. Nie mógłbym bronić pisarza przed tym oszczerstwem, gdybym go nie opisał. I nigdzie nie uwypuklałem braku wiarygodności Męża pani Joanny, jeno wprost przeciwnie. Każdy to może przeczytać, jeśli sięgnie do 27 numeru „Kuriera Wnet”. Daję temu pokój i będę mówił już tylko o faktach.

Faktycznie w 1971 roku Marka Hłaski „nie było już w USA”, bo od dwóch lat już nie żył. Nie zmienia to faktu, że pan Henryk  Grynberg został tam wysłany kilka lat wcześniej, by śledzić autora  „Pięknych dwudziestoletnich”, a potem donosił na Kąkolewskiego. Istotnie, przyjmuję tezę historyków, że ubecy w swoich papierach w zasadzie pisali prawdę. Ale od zasady były wyjątki. Więc je opisałem. Niekiedy się mścili, na wyjątkowo opornych, to przypadek Kąkolewskiego, który nie stał się  i c h,  chociaż tak się starali. To też wyraźnie napisałem. Wyraźniej nie można.

Nie pamiętałem i nie pamiętam, czy Kąkolewski spotkał się czy nie spotkał z Tyrmandem, ale gdy mu zarzucano, że nie mówi o Katyniu (będąc w USA), zapytał: „Czy Pan chce, żebym nie mógł wrócić do kraju?” To samo mógłby powiedzieć, gdy go publicznie namawiano, by spotkał się z Tyrmandem. To podobne prowokacje.

Istotnie, Tadeusz Majcherek, szef wydawnictwa von Borowiecky, wydawca lwiej części książek Krzysztofa Kąkolewskiego, gdy go kiedyś pytałem o los książki „Za lustrem lustracji”, powiedział mi, że wstrzymuje się z jej wydaniem z powodu żyjących jeszcze ludzi, o których w niej mowa. Po przeczytaniu książki dziwiłem się, nie znajdując potwierdzenia tego powodu, ale powtórzyłem wyjaśnienie Majcherka, bo innego nie znałem. Jaka „Ohyda” była rzeczywistą przyczyną wedle słów pani Joanny, nie mam pojęcia. Od dawna miałem wrażenie, że Autora i jego Wydawcę łączy coś w rodzaju przymierza zaczepno-odpornego. W końcu, jak rozumiem, to się wykoleiło.

Czy po „Lustrze lustracji” Kąkolewski napisał jeszcze jakąś książkę? Nic mi o tym nie wiadomo. Dlatego napisałem ostatnia. To częsty zwrot: ostatnia czyli najświeższa. Nie wiedziałem, że to jest aż kłamstwo…

Konkret (bo muszę pominąć kolejne niepoważne rozkołysane akapity o utrwalaniu przeze mnie zniesławienia pisarza itp.):  W listopadzie 1998 roku zamówiłem u pana Kąkolewskiego tekst o zmarłym właśnie Marianie Brandysie,  dla przywróconego na krótko czasopisma „Polska”. W tym momencie byłem sekretarzem redakcji, lecz gdy tekst (świetny zresztą) przyszedł do redakcji, tak się złożyło, że już nie pełniłem tej funkcji (zadziałała nowa miotła czyli nowy naczelny) i miałem ograniczony wpływ na redakcję przysyłanych materiałów. Gdy tekst Kąkolewskiego się ukazał, czekałem w napięciu, czy wszystko było w porządku i czy nie ingerowały weń osoby, na które nie miałem wpływu. Otrzymałem wreszcie wiadomość od Autora, że wszystko jest w porządku. Skąd więc twierdzenie pani Kąkolewskiej, jakobym „usunął z tekstu Męża (…) informacje przedstawiające patriotyzm szwoleżerów”?  Co to w ogóle za nonsens?

I od tego czasu miałem być „ostentacyjnie przez nas trzymany na dystans.” No, to ciekawe, bo ja widać mam taką słoniową skórę, że w ogóle tego nie odczułem. Zwłaszcza że na przykład jeden z owych skrzętnie wyliczonych trzech wywiadów, prowadzony w Suchedniowie, ciągnął się od południa do wieczora, była wspaniała atmosfera tej rozmowy, przerywanej dziesiątkami dygresji przez nas obu, a gdy zrobiło się tak późno, że mogłem nie zdążyć na ostatni pociąg do Warszawy, pani Joanna wydobyła z garażu „Dacię” i doznałem tej uprzejmości, że odwiozła mnie na dworzec: zdążyłem w ostatniej chwili. Gdzież tu ten ostentacyjny dystans?!. Rzeczywiście, pani Joanna pisała od razu wywiad na maszynie, parafowałem maszynopis (traktując to jako zabawną formalność), a w ten sposób unikaliśmy konieczności kłopotliwej autoryzacji.

Spotkania z państwem Kąkolewskimi uważam za interesującą przygodę mego życia, przy czym mam na myśli także żywy kontakt telefoniczny odbywający się, że tak powiem, w obie strony przez lata. Nie zliczę bowiem ile razy zdarzyło się, że to do mnie dzwoniono bądź to z gratulacjami, bądź też z podziękowaniami, gdyż w okresie blisko ćwierćwiecza kilkanaście razy pisałem o książkach pana Krzysztofa, prosiłem go o wypowiedź (np. o Waldemarze Łysiaku czy o Barbarze Wachowicz, gdy robiliśmy w „Kulturze i Biznesie” rozkładówki poświęcone tym pisarzom). Nigdy się nie zawiodłem w tym względzie na pisarzu, podobnie jak miałem i mam prawo uważać, że i ja nigdy nie zrobiłem mu zawodu.

We wszystkich tych spotkaniach brała żywy udział pani Joanna Kąkolewska. Pisze ona, w związku z problemami z wydaniem owej ostatniej książki, że wykorzystała „posiadany do autoryzacji (która nie była w ogóle potrzebna, skoro parafowałem maszynopis wywiadu – przyp. JB.) numer telefonu i zatelefonowała do tego Pana” (to znaczy do mnie). Rzeczywiście, zatelefonowała, tyle że nie raz, lecz dziesiątki razy, przeprowadzając godzinne rozmowy zarówno z moją żoną (gdy byłem poza domem), jak i ze mną, o stanie Męża, który to stan od jakiegoś czasu stale się pogarszał. Trwało to rok, półtora, telefony były codziennie, co drugi, co trzeci dzień, nic więc dziwnego, że za którymś razem zapytałem o książkę, z a r e k o m e n d o w a ł e m  ją panu Kamilowi Witkowskiemu, prezesowi Wydawnictwa „Nowy Świat” (gdzie wydałem swoją książkę pt. „Wolimy bohaterów”) i przekazałem kontakt pani Joannie. Były poważne perturbacje, ponieważ książkę trzeba było przepisać na komputerze, przy przepisywaniu powstało wiele błędów, korekta trwała dość długo, ale w końcu książka się ukazała, z siedmioletnim w sumie opóźnieniem. A więc tutaj występuje jawne przemilczenie prawdy, której Kąkolewska nie mogła ujawnić, bo jakże to: „ostentacyjny dystans” i dziesiątki przyjacielskich rozmów, pełnych wzajemnego zaufania i intymnych treści dotyczących coraz ciężej chorego Męża.

I jeszcze jeden konkret, przedostatni: nieporozumienie dotyczące miejsca owej nieszczęsnej „biesiady literackiej”, z insynuacją Autorki, że zawiązałem intrygę, by ona nie mogła tej imprezy zaszczycić swoją obecnością. Istotnie, pierwsze informacje od Wydawcy mówiły, że to ma być w Domu Dziennikarza na Foksal (tak mnie poinformowała pracownica „Nowego Światu”). W pewnym momencie się to jednak wyjaśniło, okazało się, że rzecz odbędzie się  w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu. Natychmiast tę wiadomość  przekazałem pani Joannie, ale było to zbędne, ponieważ ona już też o tym wiedziała. Resztę znają ci, co czytali mój szkic. Przykro. Byliśmy zaprzyjaźnieni, były miłe, choć czasem uciążliwe telefony (także zaraz po śmierci pisarza), uczestniczyłem także we Mszy żałobnej , o której terminie pani Joanna mnie powiadomiła, składałem jej kondolencje. Niby dlaczego miałbym nie życzyć sobie jej obecności na spotkaniu, podczas którego (jak myślałem) podyskutujemy o książce?

I co jeszcze? Opis przebiegu owej debaty czy biesiady w wykonaniu pani Joanny nie jest w pełni rzetelny i jest wybiórczy. Nie przypominam sobie, by pan Budzyński zrywał się z drugiego rzędu i do sali wykrzykiwał, że prelegenci wykorzystują śmierć pisarza do niszczenia jego pamięci. Pamiętam natomiast, że, owszem, pan Budzyński, z właściwą mu godnością, podczas opuszczania zgromadzenia zwrócił się do pana Holewińskiego (pełniącego funkcję wiceprezesa oddziału warszawskiego SPP) ze słowami, iż bardzo się dziwi, że w trzy tygodnie po śmierci pisarza, tak zasłużonego zwłaszcza w kształceniu i formowaniu młodych dziennikarzy, urządza się tego rodzaju sabat nieuprawnionych oskarżeń i pomówień, wbrew dobrym polskim obyczajom.

Przygodnie była mowa o niezłomnym śp. Jerzym Narbutcie, że za swoją postawę jednoosobowego frontu odmowy i oporu wobec wabień komuny płacił nędzą i głodem, ale jako żywo nigdy nie „pokazywał mi suchej kromki chleba w szufladzie biurka”. To już czysty wymysł, przyznaję, pozornie nader wiarygodny, choć nieprawdziwy. Wbrew temu też, co pisze Autorka, zrobiłem gest, że oddam jej chętnie swoje miejsce „współbiesiadnika”, gdyż najwyraźniej miała na to ochotę, ale gospodarz się temu sprzeciwił.

Nie wiem, co się stało z Panią Joanną po śmierci jej męża i po owej „biesiadzie”, którą opuściła wzburzona, bynajmniej jednak nie w czasie jej trwania, lecz gdy ta już się zakończyła. A Biernacki nie „został”, tylko też zaraz wyszedł, nie do końca z jej przebiegu zadowolony. Pani Joanna uległa jakiejś, Kafkowskiej prawie, fatalnej przemianie. Telefony się skończyły definitywnie. Dochodziły do mnie echa z rozmów telefonicznych pani Joanny z naszymi wspólnymi znajomymi. Zasmucające. Nie chcę o tym myśleć. Wolę zapamiętać  ją młodzieńczą, w zielonej powiewnej sukience i w klapkach, jak przynosi tekst Męża do redakcji, urocza i samoswoja. Podziwiałem też zawsze tych dwoje jako kochającą się i wzajemnie uzależnioną od siebie parę.

Pozostaję miłośnikiem twórczości Kąkolewskiego, staram się ją przypominać, niedawno napisałem do Portalu SDP tekst pt. „Żaden wolny kielczanin…”, który natychmiast przedrukował olsztyński periodyk „Bez wierszówki”. Przypomniałem tam tezy „Umarłego cmentarza”, potwierdzone ostatnio przez sędziego Andrzeja Jankowskiego, długoletniego szefa Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Kielcach.

Gdy w listopadzie ubiegłego roku Krzysztof Kąkolewski otrzymał pośmiertnie Gran Prix Nagrody im. Witolda Hulewicza, Romuald Karaś, przewodniczący Kapituły Nagrody i wybitny reportażysta w krótkiej laudacji nazwał go księciem reportażu, godność króla tegoż rezerwując dla Melchiora Wańkowicza. I powiedział, że Kąkolewski był, jest i pozostanie wielki i że był pięknym i dobrym człowiekiem. Myślę, że chodzi także o to, żeby był wciąż żywy i obecny wśród nas, wraz ze swoimi niezwykłymi książkami.  Tylko w taki sposób możemy pokonać śmierć, zanim – po Norwidowsku – zmartwychwstaniemy.

Jerzy Biernacki



 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl