We środę, 17 maja, audytorium kolejnego dnia „Maja na Foksal” liczące około stu osób wzięło udział w XV Motocyklowym Rajdzie Katyńskim „od Warszawy do Tobolska”. W ciągu niespełna trzech godzin przejechaliśmy dwa kontynenty, pięć krajów i cztery strefy czasowe, syntetycznie przeżyliśmy 23 dni tej niezwykłej wyprawy i przebyliśmy blisko 10000 kilometrów, „zapalając ognie pamięci” i składając hołd tysiącom polskich bohaterów razem z twórcą i komandorem Rajdu Wiktorem Węgrzynem i jego motocyklistami (ok. 80 osób) na przestrzeni od Pomnika Katyńskiego i Grobu Nieznanego Żołnierza na placu Piłsudskiego w Warszawie, poprzez cmentarze w Ossowie i Radzyminie, potem w Katyniu i Smoleńsku, Kuropatach, Bykowni, Miednoje, aż po Jekaterynburg, Tobolsk i Tiumeń, by wymienić tylko niektóre z miejsc, gdzie ziemia kryje polskie prochy. I z powrotem, w części europejskiej także przez Łotwę, czyli m.in. dawne polskie Inflanty, odwojowane na krótko przez Batorego, oraz Litwę, okręg solecznicki, Wileńszczyznę i samo Wilno, ze spotkaniem z najniezwyklejszą Matką Bożą w Ostrej Bramie, przez Sokółkę, gdzie objawiło się Serce Jezusa w hostii, aż do Pomnika Katyńskiego na warszawskim Podwalu, skąd ponad trzy tygodnie wcześniej Rajd wystartował.
Stało się to za sprawą Teresy Kaczorowskiej, przewodniczącej Klubu Publicystyki Kulturalnej, która na przełomie sierpnia i września 2015 roku uczestniczyła w XV Międzynarodowym Motocyklowym Rajdzie Katyńskim, ostatnim rajdzie śp. Wiktora Węgrzyna, po czym ze zdjęć własnych i Andrzeja Niedźwieckiego oraz autorskiego tekstu, kronikarskiego, a wzbogaconego niezbędnymi tu nawiązaniami do historii, skomponowała znakomity album-kronikę wyprawy i multimedialnie „zabrała nas wszystkich ze sobą” do tych dziesiątków miejsc naznaczonych życiem, krwią i śmiercią niezliczonych Polaków z różnych dziejowych etapów ostatnich ponad dwu stuleci.
Naturalnie, nie sposób podążać za autorką i opisywać wszystkie zdarzenia dziejące się podczas wyprawy, spotkania z Polakami (którzy są wszędzie), relacjonować los dziesiątków czy nawet setek kościołów katolickich, zamienianych nie tylko w muzea ateizmu, lecz także w magazyny, sale muzyczne czy „bloki mieszkalne”, albo po prostu rozbieranych czy nawet wysadzanych w powietrze. A teraz, począwszy od lat 90. ubiegłego wieku niekiedy tylko, z najwyższym trudem odzyskiwanych w postaci ruin czy jedynie działki, na której polska społeczność katolicka buduje, z najwyższym trudem, nową świątynię. Mówię, oczywiście o Rosji, o tej rzeczywiście „nieludzkiej ziemi”, której nieliczni jedynie mieszkańcy, jak pokazuje autorka, przepraszają uczestników rajdu za niewyobrażalne cierpienia Polaków, podkreślając, że to nie oni, nie zwykli Rosjanie, tylko władze są temu winne. Rzeczywiście, z punktu widzenia tzw. zwykłego człowieka, żyjącego z dala od wszelkich centrów, dystans miedzy nim i władzą to lata świetlne, ale przecież same władze tych milionów zbrodni (nie tylko na Polakach, lecz jeszcze bardziej masowych na Rosjanach i przedstawicielach wielu innych narodowości), nie mogły dokonać; musiały posłużyć się zwykłymi ludźmi, także „zwykłymi” Rosjanami. Ale przeprosiny, naturalnie, trzeba przyjmować, jako akt dobrej woli.
Autorka umiejętnie , we właściwych proporcjach, opowiada w albumie (i to samo robiła podczas jego prezentacji na ekranie) zarówno o zdarzeniach zewnętrznych (spotkaniach, miejscach, krajobrazach), jak i o przeżyciach, obawach i wzruszeniach samych uczestników rajdu (i jej własnych). Na przykład podczas przejazdu przez Białoruś, w miarę zbliżania się do granicy z Rosją, opisuje rosnące napięcie związane z obawą, czy pogranicznicy wpuszczą rajd na teren Federacji Rosyjskiej. Obawy te w wysokim stopniu żywił także komandor Węgrzyn, który tym razem nie jechał na motorze (jak wiadomo, uległ on jakiś czas temu bardzo poważnemu wypadkowi motocyklowemu), lecz na zmianę z kapelanem rajdu, ks. Dariuszem Stańczykiem prowadził swoją hondę, którą kupiła mu zamieszkała w Chicago córka, wioząc na tylnym siedzeniu autorkę albumu. Obawy jednak okazały się płonne. Nie tylko na granicy nie było żadnych trudności, lecz i na całej trasie policja i rosyjscy motocykliści z różnych klubów pomagali „bajkerom” – jak autorka nazywa często „rajdowców” na motorach – blokując skrzyżowania dla ułatwienia im przejazdu, patrząc przez palce na przekraczanie szybkości (w czym zaskakujący „autorytet” czy prestiż koloratki katolickiego księdza odgrywał niejaką rolę, czego po funkcjonariuszach rosyjskich trudno byłoby się spodziewać), czy stanowiąc niezwykle pomocną w rozmaitych okolicznościach asystę.
Wiktor Węgrzyn wyraził przekonanie w rozmowie z autorką, że nie działo się to samorzutnie, lecz że prawdopodobnie sam Władimir Putin wiedział o rajdzie i wydał stosowne rozporządzenia. Znał bowiem i doceniał stanowisko Komandora rajdu w sprawie zakazu wjazdu do Polski „Nocnych wilków”, których jako jedyny bronił przeciwko wszystkim. Wykazał się wtedy wielką odwagą cywilną, narażając się nie tylko rządowi, lecz także wielu przyjaciołom i zwolennikom, którzy nie rozumieli jego punktu widzenia i kierowali się ocenami politycznymi, skąd inąd nie pozbawionymi racji. Jednakże Węgrzyn wiedział, jak wiele pomocy podczas kilkunastu rajdów katyńskich doznał od motocyklistów rosyjskich (motocykliści w ogóle to taka solidarna międzynarodówka), także wielekroć od „Nocnych wilków” i nie liczył się z ocenami o charakterze politycznym. A teraz to zaowocowało. Chociaż pozwolę sobie wątpić w interwencję prezydenta Rosji.
Z grubsza wiedzieliśmy, jakie są formy działania i cele przedsięwzięcia zapoczątkowanego przez Wiktora Węgrzyna. Autorka pokazała je, że tak powiem, namacalnie. Przede wszystkim ogromną radość, z jaką „rajdowcy” są wszędzie przyjmowani przez Polaków. Dzieje się tak przede wszystkim nie z powodu darów, jakie przywożą, lecz dlatego, że w jakiejś mierze, na chwilę, do ich ubogich najczęściej domostw, przywożą im…Polskę. To co jednych i drugich łączy. Przyjazdem Polaków z kraju, ich obecnością czują się w jakiś sposób dowartościowani. I jest to niejako wzajemne: te spotkania dowartościowują obie strony.
Jeśli zaś chodzi o Rosjan (uczestnik rajdu pochodzący z Walii po syberyjskim etapie powiedział: –„Nie wiedziałem, że w Rosji jest taka bieda”) to oczywiście są jak zawsze serdeczni, ale także pełni podziwu dla maszyn i technicznego poziomu wyposażenia polskich motocyklistów. Rzecz jasna, wszystkich ujmuje religijność rajdowców (prawie wszyscy – zauważa Autorka – przyjmują komunię świętą) oraz powaga, z jaką oddają hołd męczennikom i bohaterom, palą – jak nazywa je Autorka – ognie pamięci przy grobach, jak dbają o obecność sztandaru Rajdu Katyńskiego przy wszystkich nabożeństwach i uroczystościach.
Rajd to nie tylko motocykle i ich jeźdźcy, porównywani niekiedy przez Autorkę do dawnych rycerzy na koniach czy nawet husarzy. To także, oprócz hondy komandora dwa furgony z różnego rodzaju zaopatrzeniem, z których jeden prowadzony przez kobietę o imieniu Sylwia, a także samochód z lawetą do przewożenia uszkodzonych czy zepsutych motocykli. Jest też jedna motocyklistka i są dwie panie „plecaczki” – jak je nazywa Autorka – gdyż jadą na tylnych siedzeniach motorów, przytulone do pleców rajdowców. Autorka odnotowuje różne zdarzenia, stłuczki i wywrotki motocyklistów (obyło się bez poważnego wypadku, chociaż wjazd ciężarówki w kolumnę motocyklistów wyglądał groźnie), naprawy maszyn dokonywane z wydatnym udziałem rosyjskich mechaników, angażujących się z wielką bezinteresownością, wychwytuje i odnotowuje zmienność nastrojów poszczególnych osób, reakcje na kapryśną aurę, zwłaszcza dokuczliwe zimno w części syberyjskiej, jakość nawierzchni, nierzadko bardzo złej, zmęczenie ludzi, a także cichy ich heroizm, gdy mimo zmęczenia, w przemoczonym ubraniu trzeba stanąć przy grobie czy przy ołtarzu ze sztandarem Rajdu w postawie na baczność i trwać tak przez całe nabożeństwo czy uroczystość.
Osobną kategorię znaczących postaci w albumie (i jego multimedialnej prezentacji) stanowią księża katoliccy, proboszczowie odbudowanych świątyń czy kaplic (gdy na budowę lub odbudowę kościoła brak środków i dopiero się je zbiera), księża obsługujący niekiedy kilka parafii, rozrzuconych setki kilometrów od siebie, a wokół nich grupki niezbyt licznych parafian. Dobrze jeśli parafia liczy 1000 dusz, częściej jest to 600, 300, albo nawet zaledwie 100 i tym bardziej trzeba z nimi pracować duszpastersko, żeby ta liczba przynajmniej się nie zmniejszała.
Szczególną postacią jest ks. kapelan Dariusz Stańczyk, proboszcz parafii w Tobolsku, który zanim wziął udział w rajdzie, przejechał trasę rajdu z Warszawy do Tobolska… na rowerze. Autorka przedstawiła ks. Darka trochę tak jak opisuje się postać w powieści, chociaż bez elementów introwertycznych. Rzekłbyś wedle najlepszych reguł prądu zwanego behawioryzmem. Ale poprzez zachowania księdza Dariusza, jego odezwania się (właściwie nieliczne, ale ważne), jego widoczną charyzmę, można jak gdyby przeniknąć do jego wnętrza, do jego duchowości, nasyconej rozumną wiarą nie kłócącą się wcale z pragmatyzmem, zdolnościami logistycznymi, cechami przywódczymi, a przy tym to dusza radosna i rozporządzająca poczuciem humoru, a więc łącząca w sobie cechy właściwie sprzeczne. Wiktor Węgrzyn był komandorem rajdu, konsekwentnym i wymagającym, z elementami rygoryzmu (niekiedy porównują go do Piłsudskiego), ks. Stańczyk, mimo poważnej roli kapelana, był duszą tej społeczności.
Ks. bp Antoni Pacyfik Dydycz: „Jesteście jak pielgrzymi pamięci, miłości i modlitwy, z białoczerwona flagą i krzyżem. Odkrywacie zapomniane groby, oddajecie hołd bohaterom, pomagacie ratować zabytki, przywracacie blask wspomnieniom. Wasze odwiedziny, spotkania i rozmowy odradzają polskość i tożsamość narodową, bronią przed niepamięcią i zanikiem tradycji, wyzwalają dobro oraz coraz piękniejsze inicjatywy i czyny. Jesteście zwiastunami braterstwa! Łączycie dawne czasy z teraźniejszością, przywracacie (…) tak potrzebne dziś moralne zjednoczenie Ojczyzny. Niech Was Bóg strzeże! (…)” Trudno trafniej opisać to działanie.
Dodajmy, że do parafii w Tobolsku rajdowcy przywieźli w darze pomnik św. Jana Pawła II (z żywicznej masy, koszt 10.000 zł) i św. Rafała Kalinowskiego oraz popiersie św. Faustyny. Dwa takie same pomniki św. Jana Pawła II otrzymały inne parafie, a w sumie takich, udanych pod względem wykonania i uchwycenia podobieństwa, pomników czy raczej statui, rozprowadzono na Wschodzie kilkanaście. Jak już jesteśmy przy tym, trzeba dopowiedzieć, że motocykliści Rajdu Katyńskiego motor, jego serwis, paliwo na trasie itp. finansują samodzielnie, natomiast dary, które przekazują Polakom na Wschodzie, finansują ze zbiórek.
Prezentację Teresy Kaczorowskiej uzupełniała wielokrotna uczestniczka rajdów, mająca na koncie 100 tys. przejechanych kilometrów, zastępczyni komandora trasy, Katarzyna Wróblewska, fragmenty tekstu czytała Ewa Adwent, a pieśni śpiewał bard rajdowy Roman Gryglewicz, wykonując między innymi „Żeby Polska była Polską” Jana Pietrzaka i Włodzimierza Korcza oraz „Mówisz mi…”, niezwykłą piosenkę Andrzeja Rosiewicza, w piękny sposób zniechęcającą Polaków do emigracji. Kiedy zaś zaśpiewał nową pieśń Pietrzaka „Niech żyje Polska / niepodległa, białoczerwona/ Niech żyje Polska / solidarna, nieustraszona…”, po chwili śpiewaliśmy ją wszyscy i nasze spotkanie przerodziło się w prawdziwą uroczystość patriotyczną.
Jerzy Biernacki
