Brytyjski kalendarz polityczny jest następujący: 2 czerwca odbędzie się oczekiwana debata TV premier Theresy May, której własna partia zarzuca „autorytarny styl władzy” i chaos programowy, z liderem opozycji Jeremy Corbynem, którego sama Labour Party, w balotażu wewnętrznym kilkakrotnie próbowała się pozbyć. A 8 czerwca, jak zwykle na Wyspach we czwartek, odbędą się wybory powszechne, parlamentarne.  

  Ale nastroje, panujące na Wyspach i rozdżwięk między oczekiwaniami elektoratu oraz elit politycznych widać było już podczas telewizyjnej debaty, jaka odbyła się niedawno między liderami mniejszych ugrupowań, obecnych w parlamencie – liberalnych demokratów, Narodowej Partii Szkocji, walijskiej Placid Cymru oraz Zielonych. Ciekawe, zamiast prezentowania programu, wszystkie one koncentrowały się na kwestii Brexitu, i wszystkie, prócz Placid Cymru, skupiły się na krytyce rządu konserwatystów oraz zajadle atakowały UKIP za „demonizowanie Unii Europejskiej”. Nic dziwnego, w istocie cała opozycja na Wyspach na czele z Partią Pracy jest lewicowa i dotąd gwałtownie sprzeciwia się wyjściu z Unii.  Natomiast  wczoraj w telewizjach Sky News i Channel 4 swoje poglądy zaprezentowali Theresa May i Jeremy Corbyn. Jednak nie w bezpośrednim starciu, ale w 45-minutowych slotach pytań, zadawanych przez publiczność, wybraną przez ośrodek badan opinii Survation, najpierw pani premier, potem szef opozycji. Debatę prowadził  anchor programu Newsnight BBC 2, znany ze swoich liberalnych poglądów, Jeremy Paxman. I robił wszystko, aby wykazać bezradność, indolencję i chaos decyzyjny rządów konserwatystów, a ułatwić życie Jeremy Corbynowi. Post-komuniście i zwolennikowi całkowitego rozbrojenia, znanemu z sympatii  do Moskwy oraz Kuby, który w latach 70. ze względu na bliskie związki z IRA, znalazł się w kręgu zainteresowań MI5, kontrwywiadu, i do dziś waha się z potępieniem prowadzanych przez nią aktów terroru.  W kwestii islamskiego terroryzmu proponuje zaś  „całkowitą zmianę polityki zagranicznej i wojny z ISIS”, czyli wznowienie procesu pokojowego w  sprawie Syrii i „dialog z Libią”, jakby jakiekolwiek podobne negocjacje były możliwe. Podczas swojego wystąpienia Corbyn dał także do zrozumienia, iż brytyjski rząd winien „pracować nad stworzeniem mniejszości muzułmańskiej na Wyspach takich warunków życia, aby zlikwidować przyczyny radykalizacji młodych”. A więc znowu, jak to lewica, całą winę za islamski terroryzm na Wyspach przypisuje konserwatystom. Właśnie wróciłam z Londynu, gdzie w mediach dostrzegłam ton nowy -  nawet w szturmówce radia BBC, w programie Today, prezenterzy zaczynają pytać przywódców wspólnot muzułmańskich „co zrobili, aby  zapobiec masakrze dzieci i młodzieży w Manchesterze?” Corbyn jednak pozostaje na swych dawnych pozycjach – terroryzmowi islamskiemu winne są jego ofiary.  A Jeremy Paxman łykał te herezje z zadowoloną miną i całe 45 minut udawał bezstronnego dziennikarza.

    Zmierzam jednak do tego, że właściwie najważniejsze wydarzenie ostatniego tygodnia, oczywiście prócz  Manchester Tragedy, pozostało niezauważone. Otóż Theresa May kilka dni temu przedstawiła manifest wyborczy swojej partii czyli „nową filozofię konserwatyzmu”. Która z filozofią, a zwłaszcza konserwatywną miała tyle wspólnego, co topnienie lodów na Antarktydzie z wybuchami na słońcu.  Wypowiedzi prasy w Wielkiej Brytanii były, o dziwo, zgodne – że ta koncepcja konserwatyzmu odcina się zarówno od thatcheryzmu jak i od cameronizmu.  Wyjątkiem był The Daily Telegraph, który dostrzegł  oczywiste dryfowanie pani premier na lewo. Ja powiedziałabym tak:  że Theresa May mówi good bye thatcheryzmowi, to na pewno. Ale z pewnością nie  cameronizmowi.  Więcej,  jest kolejnym krokiem, jaki z pewnością zrobiłby sam David  Cameron, gdyby zamieszkiwał jeszcze na Downing Street.

     Zacznijmy od spraw podstawowych: pani premier zaakcentowała np. aktywne uczestnictwo państwa w gospodarce oraz życiu społecznym. Kiedy wiadomo, że jeszcze Cameron, po kryzysie ekonomicznym 2009  równie  bezlitośnie ciął wydatki budżetowe jak kiedyś Margaret Thatcher.  I zaproponował  „thatcherowską” wizję Wielkiego Społeczeństwa, które miało wyzwolić  energię społeczną w trudnych latach zapaści gospodarczej.  No i jeszcze ta obietnica zmniejszenia fali imigrantów z 250 do 80-90 tysięcy…  Jednak wszystko to działo się w 2010 roku, potem  pozostały już tylko cięcia budżetowe, a kraj dryfował w najlepsze na lewo.  Eksplozja  fali imigranckiej, dziś już 323 tys. rocznie netto, „ethnic minorities paradise”, raj dla mniejszości etnicznych i religijnych, zwłaszcza muzułmańskiej w polityce państwa,  akceptacja małżeństw homoseksualnych, brak stanowczości w potyczkach z lewicowo-liberalną BBC, podczas gdy wystarczyłoby, aby na mocy The Royal Charter, Karty Królewskiej, po prostu zabrać jej  część tych 4 mld funtów rocznie, jakimi dysponuje i przekazać innym  stacjom.  To, co robi Theresa May nie jest zerwaniem, ale kontynuacją cameronizmu, a w istocie kierunkiem, jaki obrała Partia Konserwatywna już po odejściu Margaret Thatcher.  Wystarczy spojrzeć na programowy chaos za czasów jej następców, Johna Majora czy Michaela Howarda, aby uzmysłowić sobie jak zagubieni byli torysi kiedy zabrakło im charyzmatycznego przywódcy, a zarazem stanęli oko w oko z nowym elektoratem, wychowywanym przez liberalne partie, związki zawodowe i media.

  Daily Telegraph na pierwszej stroni akcentował :”Theresa May sprzeciwia się dogmatycznemu indywidualizmowi” - dając kuksańca Margaret Thatcher, ale zarazem kompromitując się, bo przecież  własne ugrupowanie krytykuje ją za „apodyktyczny i liderski styl rządzenia”. Dalej dziennik pisze: „…sięga po ludzi, którzy zostali porzuceni…”, co w istocie nawiązuje do labourzystowskiej wizji państwa opiekuńczego i rozdawnictwa pieniędzy, co  zwykle kończy się budżetowym krachem. Kiedyś sytuacja była bezpieczniejsza: po labourzystowskim money spree, marnowaniu pieniędzy na rozdmuchane do absurdu wydatki budżetowe, nadchodziły rządy konserwatystów, które doprowadzały budżet do porządku. Dziś także torysi uprawiają rozdawnictwo, a U-turn, czyli odwrót Theresy May od pomysłu podwyższenie kosztów opieki nad osobami starszymi,  został odwołany właśnie na skutek presji liberałów. Jej wcale słuszne tłumaczenia, że za 10 lat w Wielkiej Brytanii będzie ok. 2 mln osób powyżej 75 roku życia i budżet nie wytrzyma takiej presji, trafiły w próżnię i  pani premier z pomysłu się wycofała. Tu pozwolę sobie przypomnieć odważne zwycięstwo premier Thatcher ze związkami zawodowymi i „czerwonymi baronami”, ze strajkami górników, hutników i śmieciarzy, które uratowało budżet państwa przed bankructwem. Theresa May ma z Zelazną Damą tyle wspólnego co miska cynowa z księżycem. A odważne reformy osłonowe, które wyzwoliły w latach 80. w społeczeństwie wielką energię i na których wzbogaciły się miliony obywateli? Kto dziś  zadaje sobie trud zajmowania się jakimikolwiek reformami?

  Nie bez powodu Daily Telegraph pisze, że „Theresa May prezentuje się jako najbardziej lewicowy premier od pół wieku”. Odcięcie się od premier Thatcher i propozycja „przyznania państwu aktywnej roli w gospodarce i społeczeństwie” może owszem, trafi do wyborców lewicowych, ale na pewno zgubi po drodze tradycyjny elektorat Conservative Party.  Na dokładkę Financial Times krytykuje Miss May za brak jednoznacznego wsparcia dla businessu czyli zdradę wolnego rynku, kolejnej wartości programu konserwatystów. Lewicowy Guardian tak ocenia ostatnie manifesto  Theresy May: ”May znajduje się tam, gdzie większość społeczeństwa, na prawo w kwestiach społecznych, na lewo w gospodarczych”. Obawiam się jednak, że The Guardian nie docenia swojego sukcesu w wieloletniej indoktrynacji konserwatystów – Theresa May, bojąc się presji opozycji, BBC  oraz związków zawodowych, jest gotowa przesunąć się jeszcze bardziej w lewo. Powoli torysi, z tak znakomitymi, historycznymi zasługami, stają się po prostu partią władzy.

                                                                              Elżbieta Królikowska-Avis. 29 maja 2017

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl