Szokujące informacje z ostatnich dni i godzin o tym, że w trakcie ekshumacji znaleziono w trumnach dwóch generałów poległych w katastrofie smoleńskiej, gen. brygady Bronisława Kwiatkowskiego i gen. dywizji Włodzimierza Potasińskiego, odpowiednio siedem i cztery fragmenty ciał innych ofiar, w nowym, szczególnym świetle stawiają Rosjan dokonujących sekcji tych ciał, a także materialnie niejako potwierdzają łańcuch kłamstw smoleńskich serwowanych Polakom przez rząd Donalda Tuska. Potwierdzają także tezę, że ekshumacje zarządzone przez prokuratorów pod kierownictwem Marka Pasionka były konieczne i unieważniają wszelkie zarzuty wobec tej decyzji prokuratury prowadzącej śledztwo smoleńskie.

O ile jeszcze zamienianie ciał można było sobie tłumaczyć w taki czy inny sposób, zrozumiałymi niekiedy trudnościami związanymi z identyfikacją ofiar, chociaż to także nie powinno mieć miejsca przy dzisiejszej technice w tej dziedzinie, o tyle takich przypadków, jak dwie głowy w jednej trumnie, a zwłaszcza liczne szczątki innych osób w trumnach polskich wojskowych o wysokiej randze, nie można wyjaśnić inaczej, jak tylko  w ten sposób, że mamy tutaj do czynienia z ewidentnym aktem wrogości. Tym bardziej że zwłoki generałów były zawinięte w czarną folię budowlaną i opasane byle jakim sznurkiem. Skrajny brak szacunku dla ofiar, przejawiający się wkładaniem do trumny jakichś śmieci, petów gaszonych na ich ciałach itp., da się wytłumaczyć azjatyckim barbarzyństwem czy prostacką skłonnością do bałaganiarstwa rosyjskich specjalistów. Ludzie pracujący w prosektorium wyróżniają się w ogóle specyficznym poczuciem dystansu do przedmiotu ich zajęć, swoistą dezynwolturą wobec majestatu śmierci, co stanowi pewną zaporę dla wrażliwości niepożądanej podczas  ciągłego obcowania ze zmarłymi. Natomiast takie potraktowanie zwłok polskich generałów każe się domyślać premedytacji, zdecydowanie wrogiej postawy wobec „Paljaczkow”, choćby i w mundurach z generalskimi sznurami. A może tym bardziej!?

I druga ważna konstatacja: ludzie w taki sposób postępujący z ofiarami straszliwej katastrofy musieli wiedzieć, ba, więcej, musieli mieć pewność, że trumny, zalutowane i zabite na fest, nie będą już potem, szczególnie w Polsce, otwierane. Że ich akt wrogości nie zostanie przez Polaków dostrzeżony, ale jakąż dał im osobistą, niewyobrażalną dla świata cywilizowanego, satysfakcję! To coś w rodzaju swoistej zemsty na „tych lepszych”, chociaż oni są  już  martwi.

Konstatacja trzecia: jedynie silnym zbiorowym szokiem po tragedii można wytłumaczyć sobie fakt, że żadna z rodzin ofiar nie zdecydowała  się na otwarcie  trumny bliskiej osoby, wbrew zakazowi, jaki w imieniu polskiego rządu wydała ówczesna minister zdrowia, Ewa Kopacz. Pamiętam, że nie mogłem się temu nadziwić, jak gdybym znalazł się nagle, bo ja wiem, w Niemczech, gdzie zawsze befehl ist befehl, a nie w Polsce, gdzie dawni już przodkowie ukuli powiedzenie: „Musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce.” Tym bardziej, że pani minister, i nie ona jedna (bo zakaz otwierania trumien powtarzano kilkakrotnie) powoływała się na… prawo rosyjskie. Normalni, wolni Polacy, którzy przez lata nazywali Rosjan Kacapami i którzy mają przecież długą tradycję omijania prawa rosyjskiego (pod zaborem), wyśmialiby każdego, kto by się na nie powoływał, na polskim terytorium, w dwadzieścia lat po ponownym odzyskaniu niepodległości, choćby niedoskonałej.

A jednak Polacy w kwietniu 2010 roku widocznie nie byli normalni. Nie tylko byli zszokowani nagłą niewyobrażalną utratą sporej części swoich elit, lecz także oddaniem śledztwa Rosji i połączonym z tym poczuciem bezradności, jak również – sit venia verbo – omotani pajęczyną propagandy fałszywego pojednania z Rosjanami w mediach i w wystąpieniach mającego na wielu rodaków zły wpływ Donalda Tuska i jego akolitów. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak można mówić o „czarowaniu” Polaków przez ówczesnego premiera, bo dla mnie był to zawsze krętacz nad krętaczami, odwracający kota ogonem na oczach wszystkich, którzy w dużej części kupowali to jak najlepszy towar (polityczny). Mimo jego zająkliwości, długich, niezamierzonych interwałów (człowiek, który kłamie, musi się zastanowić, jak to robić najlepiej), miernego głosu i charkliwego grasejowania. Ale to dygresja.

Natomiast lekkość i „wiaterkowatość” (wyrażenie Czesława Miłosza) Donalda Tuska to tylko cechy zewnętrzne, bo cóż z tego, że ktoś z łatwością kłamie, mataczy i oszukuje ludzi (na przykład rodziny ofiar katastrofy, nie mówiąc o narodzie), skoro waga tych kłamstw , matactw i oszustw jest tak ogromna, że woła o Trybunał Stanu.  Ale o tym wielekroć pisali już inni.

Nie trzeba chyba dodawać, że w sposób dojmujący zostało potwierdzone nikczemne kłamstwo Ewy Kopacz o polskich patomorfologach pracujących ramię w ramię z rosyjskimi, gdy prawda była taka, że w ogóle nie byli dopuszczeni do ciał. I ona o tym wiedziała! Bo gdyby oni tam byli, to przecież taka wroga barbaria nie mogłaby się zdarzyć. O braku obowiązkowej nawet po zwykłej  katastrofie samochodowej sekcji zwłok, która powinna była być wykonana w kraju, a którą zastąpiono prawem rosyjskim i zakazem otwierania trumien, już nie wspomnę.

Wyniki ekshumacji w ostrzejszym jeszcze świetle stawiają decyzję Tuska o oddaniu śledztwa w ręce rosyjskie, „z całkowitym zaufaniem”, podczas gdy należało natychmiast powołać polską komisję badania wypadków lotniczych, spowodować, by teren katastrofy stał się eksterytorium polskim, dokonać zabezpieczenia wraku, słowem zażądać respektowania umowy polsko-rosyjskiej z 1994 roku. Pisano już niejednokrotnie o „zdradzie dyplomatycznej” Tuska i to obecnie tym bardziej nie ulega wątpliwości.

Na marginesie warto wspomnieć o makabrycznej w swojej wymowie propozycji Sławomira Neumanna, że najrozsądniej byłoby pochować wszystkie ofiary we wspólnym grobie! Naturalnie, wypowiedź ta ma jedynie wymiar symboliczny i w największym stopniu charakteryzuje jej autora. To w stu procentach Tischnerowski „homo sovieticus”, rozumujący w kategoriach ludzi reżimu stalinowskiego, którzy po różnych piwnicach zabijali polskich patriotów, a potem ich ciała chowali pokotem w różnych dołach śmierci, by zapomniano o nich na wsiegda. Może i o to ostatnie  chodziło panu posłowi RP, Sławomirowi Neumannowi?

Ciągle działa, choć mam nadzieję, że już powoli zanika, zjawisko „Polacy, nic się nie stało”. Nie chciałbym, żebyśmy wzorem Pawła Deresza, który powiedział, że jest mu obojętne, czy obok jego żony pochowana został czyjaś obca ręka lub noga, przeszli na tymi ostatnimi wynikami ekshumacji obojętnie, zwalając wszystko na niską kulturę i bałaganiarstwo braci Rosjan. Wygląda na to, że nie są to nasi bracia , nie chcą nimi być. Przynajmniej wielu z nich. I trzeba nam żyć z tą świadomością.

Jerzy Biernacki

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl