Co kilka dni media zaskakują nas nowymi sondażami poparcia dla partii politycznych. Chyba nie przesadzę, jeżeli napiszę, że w tym roku było ich już około pięćdziesięciu. Dowiedzieliśmy się z nich np., że PO przegoniła PiS albo że PiS wyprzedza PO o 20 procent. W najnowszych badaniach PiS dostaje od 32 do 42 procent poparcia, Platforma od 21 do 27 procent, Nowoczesna od 4 do 9, a Kukizowi z niedawnych 15 procent spadło w jednym rankingu prawie do 6.
Niecały miesiąc różnicy, a okazuje się, że na daną partię chce głosować albo więcej, albo mniej od 25 do 50 procent respondentów. To ja zapytam, po co się robi te sondaże, w jakim celu, skoro ani nie są miarodajne, ani ich cel nie jest jasny, a do wyborów mamy co najmniej 2 lata? Powtarzam: media bez przerwy nas epatują różnicami pomiędzy partiami w granicach błędu statystycznego, a przecież wiadomo, że 3 procent różnicy w warunkach prawdziwych wyborów to być albo nie być ugrupowań politycznych lub też może być to różnica decydująca o samodzielnym rządzeniu.
Czy warto emocjonować się tymi sondażami, które przeprowadzone są często w sposób urągający zdrowemu rozsądkowi, telefonicznie, bez należytej metodologii, anonimowości, na cząstkowej grupie stanowiącej ułamek promila społeczeństwa? Moim zdaniem nie warto. Zakazać zabawy w sondaże nikt by się nie ważył, bo przecież skoro partie chcą na nie wydawać pieniądze, to nich sobie wydają, a sondażownie niech zarabiają, a media niech się ich wynikami podniecają. Tyle, że te wyniki mogą mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. I nie zapominajmy, że duża ich część robiona jest za nasze, podatników pieniądze. Ale to już całkiem inna historia. Sondażowy show must go on!
Marek Palczewski
13 czerwca 2017
