Najpierw sekwencja zdarzeń: około 1 w nocy, po nocnych modlitwach w Finsbury Park Mosque, biały samochód dostawczy wjechał w grupę rozmawiających wiernych, zabił jedną osobę i ranił osiem. Został pojmany przez tłum i omal nie doszło do linczu, zanim przyjechała policja. Został zabrany na badania psychiatryczne.

Aby zrozumieć, co się stało, potrzebnych jest kilka danych. Po pierwsze, meczet znajduje się w dzielnicy Islington, okręgu wyborczym lidera Labour Party, Jeremy Corbyna. To dlatego – jak nigdy dotąd – znalazł się na miejscu wypadku przed premier Theresą May. Chodziło o jego wyborców! Wybór miejsca zamachu, to pierwszy element działania celowego zamachowca.  Po drugie, Finsbury Park Mosque znany jest jako „wylęgarnia terrorystów” i ma długą historię działań niezgodnych z prawem. Tam podżegał do dżihadu słynny imam Abu Hamza, odsiadujący dziś w Stanach Zjednoczonych wyrok dożywocia, a także kleryk Choudry, który następnych 6 lat spędzi na państwowym wikcie z kolei Wielkiej Brytanii. Tam, na doniesienie dziennika Guardian, że w murach centrum religijnego uczy się młodzież posługiwania się bronią, Policja Metropolitalna dokonała rajdu i widocznie coś było na rzeczy, bo zamknęła meczet do 2005 roku. A w 2014 roku w odpowiedzi na news agencji Reutera, bank HSBC  zamknął rachunek meczetu Finsbury Park, pod zarzutem finansowania islamskiego terroryzmu. A więc znowu - wybór miejsca akcji, to nie przypadek.

I teraz – był to akt  brytyjskiego ekstremizmu czy prowokacja, aby zaognić stosunki ze wspólnotą muzułmańską, by mogła bezkarnie przeprowadzać kolejne akty terroru? Oczywiście, tylko ta pierwsza opcja wydaje się słuszna i zgodna z logika zdarzeń. Druga jest nonsensem, chwytaniem się lewą ręką za prawe ucho. To najwyraźniej biały Brytyjczyk o ekstremistycznych poglądach – pamiętamy zbrodnię dokonaną jakiś czas  temu na posłance Labour Party Joe Cox przez byłego członka British Nationalist Party?  Właśnie się okazało, że to Walijczyk, DarrenOsborn, przykładny mąż i ojciec czworga dzieci, ani śladu niestabilności emocjonalnej.  Może pojawić się trop Brytyjskiej Partii Narodowej, ale wcale nie musi.

    Bo już w latach 90. w Wielkiej Brytanii czuło się narastający protest przeciw polityce multi-culti,  faworyzowaniu mniejszości etnicznych, innych religii kosztem Anglików i ich dziedzictwa kulturowego i religijnego, the British way of life. Wpadali w furię, kiedy kleryk Abu Hamza, nagrany przez dziennikarza BBC jak uprawiał „politykę  nienawiści”, wyparł się wszystkiego, więcej,  oskarżył Korporację o manipulacje i sianie nienawiści religijnej! Kiedy  w mediach, nie tylko liberalnych Channel 4 i BBC, ale i prywatnej ITV, ich prezenterzy, strażnicy poprawności politycznej,  Jeremy Paxman, David Dimbleby czy John Humphreys zawsze dbali o to, aby goście z Civil Service Islamic Centre, przywódcy duchowi i liderzy wspólnot  zawsze mieli ostatnie słowo. Zgrzytali zębami na nadreprezentację muzułmanów w parlamencie, mediach, a zwłaszcza w samorządach lokalnych. Na rosnące enklawy wyznawców Allaha w Londynie i w miastach Midlandów,  rządzonych prawem szariatu, coraz częstszych „zbrodniach honoru”, dokonywanych na żonach, siostrach i córkach. Na ciągłą presję Partii Pracy i Liberalnych Demokratów, aby zliberalizować prawo imigranckie i przyjmować więcej uchodźców, zwłaszcza spoza Europy, zezwalać na zwyczajowe przywożenie sobie narzeczonych z Pakistanu czy Bangladeszu, a za nią ogromnych, rozgałęzionych rodzin. Na pierwszeństwo w uzyskaniu social benefit, housing benefit, childcredit, etc.,uparte lekceważenie  lokalnego prawa  i brak zainteresowania integracją.  Warto też zwrócić uwagę na stosunek Brytyjczyków do  Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – i dlaczego ten punkt, uniezależnienie się od jurysdykcji ETPC  jest tak często w argumentach na rzecz Brexitu powtarzany. Chodzi o to, że  ETPC  notorycznie bierze stronę kryminalistów, którzy popełniają zbrodnie na terenie Wysp. Nawet cierpliwy David Cameron toczył wojnę z ETPC, który ingeruje w brytyjskie prawodawstwo i nie pozwala na ekstradycję muzułmańskich morderców, gwałcicieli i oszustów jak Somalijczycy Abdidamad Sufi i AbdiazizElm, których sąd brytyjski nakazał  ekspulsować, a Strasburg zakwestionował wyrok, argumentując, że  „w kraju mogą być narażeni na złe traktowanie”. Z tego casusu skorzystało ok. 200 somalijskich kryminalistów,  z kolei ekstradycja  gwałciciela z Nigerii została zablokowana, bo odesłanie go do kraju pochodzenia – a miał żonę z brytyjskim paszportem –„pozbawiłoby go praw do życia rodzinnego”. To wszystko działo się równolegle do ataków terrorystycznych – 7/7 w lipcu 2005 roku, zaszlachtowania żołnierza Lee Rigby na ulicach Londynu, zamachów w pobliżu Muzeum Brytyjskiego, wreszcie eksplozji zbrodni w tym roku, że przypomnę masakrę na Moście Westminsterskim, u wrót  brytyjskiego parlamentu, Manchester Tragedy,  jatkę na London Bridge i Borough Market, no i wczorajsze wydarzenie pod meczetem Finsbury Park.

     Kumulacja zamachów nastąpiła w tym roku, ale frustracja społeczna – obserwowałam to na miejscu – narastała przez lata.  Długo powściągliwi  i kontrolujący emocje Brytyjczycy zaciskali zęby i powtarzali sobie „keepcalm and carry on”.  Nie pomogło już bicie się w piersi  i uspakajanie  „to  akt sprawiedliwości dziejowej za eksploatację  połowy świata i budowania własnej zamożności i potęgi”. Bo każdy zamach poszerzał przestrzeń strachu i pogłębiał  społeczną frustrację. Widziałam ten proces za każdym razem, kiedy odwiedzałam Wyspy, rozmawiając z rodziną, sąsiadami, słuchając rozmów w sklepach, pociągach, autobusach, w mediach. Nie pomógł konserwatysta David Cameron, który  obawiając się ataków lewicy i ich mediów,  sięgnął po program Partii Pracy i w 2010 roku zresetował swój manifest wyborczy  w stronę państwa opiekuńczego. Nie pomógł rok kompletnej indolencji  Theresy May, która kreując się na Margaret Thatcher dzień po dniu traciła czas. A fatalna decyzja przedterminowych wyborów pogrążyła ją, ukazując lidera słabego, niekonsekwentnego, bez wizji i programu. A ostatnie wypadki  skompromitowały ją ostatecznie  – jest uważana przez wielu ludzi z własnego gabinetu za „deadmanwalking”, przywódcę, którego już nie ma.

Na ten trudny czas negocjacji warunków Brexitui integrowania społeczeństwa potrzebny jest premier silny, zdecydowany, z wizją i programem. Nie cameronista z manifesto bliskim labourzystom, ale thatcherysta. Od miesięcy typowałam Davida Daviesa, który w 2010 rokuniestety przegrał wyścig do fotela premiera z Davidem Cameronem. Gdyby to on zostałwtedy zwycięzca, historia Wielkiej Brytanii potoczyłaby się w innym kierunku. Rasowy konserwatysta w starym, dobrym stylu - zwolennik  skutecznej walki  z terroryzmem,  entuzjasta wolnego rynku i obniżenia podatków, uznaje tezę o ocieplaniu klimatu za totalny nonsens. Od kilku tygodni w Wielkiej Brytanii mówi się o jego kandydaturze poważnie.  Dziś jest ministrem ds. Brexitu i właśnie wczoraj zakończył w Brukseli  pierwsze spotkanie z Michelem Barnierem. A  potem, po konferencji prasowej, nie wygłaszał  pompatycznych  wystąpień,  nie mazgaił się i nie narzekałna twardych partnerów. Był  najwyraźniej dobrze przygotowany i  - cokolwiek myślał - „uznał ten etap za pozytywny krok do negocjacji”. Tak mówią ludzie sukcesu.

Reasume? Wielką Brytanię pogrążyła poprawność polityczna - która jak gradowa chmura wciąż wisi nad Pałacem Westminsterskim, DowningStreet, Scotland Yardem, samorządami  i  mediami -  oraz  nieudolność i złe wybory jej przywódców.  Pozostaje pytanie : czy ostatni akt terroryzmu – sygnał  rozszerzania się stref  konfliktu – wystarczy, aby opracować  strategię zmian?

Elżbieta Królikowska-Avis

20 czerwca 2017

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl