Nigdy bym nie pomyślał, że można, pisząc biografię znanego bohatera polskiej wojny obronnej 1939 roku, na 280 stronicach formatu B5, dobrnąć w pierwszym z trzech zaplanowanych tomów zaledwie do końca okresu jego edukacji podstawowej, czyli gdzieś do 11-12 roku jego życia. Ten prawdziwy rekord świata w zakresie biografistyki należy do Romualda Karasia, który właśnie wydał pierwszy tom opowieści biograficznej poświęconej majorowi Henrykowi Sucharskiemu, dowódcy bohaterskiej, siedmiodniowej obrony Wojskowej Składnicy Tranzytowej na półwyspie Westerplatte. Warto przy tej okazji przypomnieć, że stosunek sił obu stron, jeśli idzie o liczbę żołnierzy, wyrażał się blisko dwudziestokrotną przewagą strony niemieckiej nad polską (4000 żołnierzy do 225), jeśli zaś idzie o siłę ognia (z lądu i z powietrza) to przewagę tę trzeba by wyrazić w liczbach trzycyfrowych lub nawet wyższych. Natomiast strona przegrana (po 7 dniach obrony) czyli polska, pomimo wspomnianych dysproporcji osiągnęła pięcio-sześciokrotną przewagę, jeśli idzie o spowodowanie strat u przeciwnika ( po stronie polskiej 15 zabitych i 50 rannych, po stronie niemieckiej 300- 400 zabitych i rannych). A poza tym swoją heroiczną walką przez pełny tydzień podtrzymywała na duchu napadniętych podstępnie Polaków, gdy słyszeli codzienny komunikat radiowy „Westerplatte broni się jeszcze!”
W pierwszym tomie dzieła Romualda Karasia znajdujemy się jednak jeszcze z dala o tych tragicznych wydarzeń, obejmuje on bowiem w zasadzie pierwszą dekadę XX wieku. Nosi on tytuł „Klątwa i cud. Majora Sucharskiego droga na Westerplatte” i jest swoistym reportażem historycznym ze wsi rodzinnej Majora, czyli z Gręboszowa pod Tarnowem i okolic, obudowanym różnorakimi prolegomenami polskiej czy przynajmniej galicyjskiej historii tego czasu.
Co najmniej jedna trzecia książki poświęcona jest genezie „Klątwy” Stanisława Wyspiańskiego, jej relacji z odbiegającymi w dużym stopniu od przedstawionego przez artystę dramatu („Klątwa” nosi podtytuł „Tragedya”) – gręboszowskimi realiami, które autor opisuje z takim przybliżeniem, jak we współczesnym reportażu, racząc czytelnika różnego rodzaju przypuszczeniami i domysłami (np. co do tego, czy twórca „teatru ogromnego” w ogóle był w Gręboszowie i okolicach i czy zbierał tu materiały do dramatu, czy też oparł się jedynie na opowieściach swojej chłopskiej małżonki, pochodzącej z niedalekiego Kantora).
Drugim ważnym motywem książki są początki ruchu ludowego i oddziaływanie czytanego powszechnie przez oświeconą część wsi (do której należała rodzina Sucharskich) organu ludowców pt. „Przyjaciel Ludu”, redagowanego przez Marię i Bolesława Wysłouchów, współtwórców ruchu ludowego, a później przez Jana Stapińskiego, ich redakcyjnego następcę. Szczególnie że w owym czasie ruch ludowy i jego „Przyjaciel Ludu” znalazł się w ostrym konflikcie ze sferami duchownymi Kościoła katolickiego, przy czym ludowcy, a szczególnie jeden z najwybitniejszych z nich, Jakub Bojko z Gręboszowa, krewny Sucharskich, wybitny publicysta chłopski, opierając się w niemałym stopniu na tradycjach antyklerykalizmu chłopskiego, doprowadzali ten konflikt do stanu wrzenia. I miało to bezpośredni wpływ na społeczność wsi i parafii gręboszowskiej, która podzieliła się na dwie frakcje, przy czym wrogowie dwóch kolejnych proboszczów posuwali się do fałszywych oskarżeń, a nawet do krzywoprzysięstwa, by w końcu doprowadzić ks. Kahla, kolejnego proboszcza gręboszowskiego, do odejścia z parafii i do obłędu. Trzeba dodać, że przyczynił się do tego on sam niezbyt mądrymi zakazami – zabraniał na przykład płaczów na pogrzebach – i swoim niemieckim pochodzeniem przejawiającym się w podobnych próbach swoistej protestantyzacji tradycyjnych zwyczajów katolickich.
Działo się to wszystko i oddziaływało na społeczność w znacznie szerszym zakresie niż tylko w obrębie Gręboszowa i od pewnego czasu miało też wpływ na młodziutkiego Sucharskiego, który zaczął czytać – a wkrótce sięgał też do „Przyjaciela Ludu”, którego czytelnikiem był jego ojciec Stanisław – mając 5 lat. Karaś, mimo iż na wielu stronicach odbiega od tematu stricte biograficznego, bo opisywane postawy różnych osób i zdarzenia są materią co się zowie złożoną, dba o to, by zawsze wiązać główne nurty tego opisu z postacią najpierw dziecka, ale nad wiek rozwiniętego duchowo i intelektualnie, a potem młodzieńca, ukazując tym samym, jak się kształtuje światopogląd i charakter młodocianego bohatera.
Jest on otoczony ludźmi o nietuzinkowych zainteresowaniach i wyrazistej tożsamości, na ogół selfmademanami, jak ów Jakub Bojko (który zapewne w końcu stałby się przywódcą ludowców, gdyby nie okazało się, że jeszcze lepszy od niego był Wincenty Witos, który wkrótce to przywództwo przejmie), jak Jakub Świętek, samouk właśnie, posiadacz zasobnej biblioteki, z której korzystali także Sucharscy, a Henryk w miarę dorastania coraz więcej.
Ta szczególna edukacja, jakiej był poddawany przyszły obrońca Westerplatte, była wielowymiarowa, zarówno dlatego, że emocjom społecznym opisanym w „Klątwie” nie bez pewnej przesady, jako że w Gręboszowie realnym nikogo nie spalono na stosie (Wyspiańskiemu zależało, by sztuka uzyskała wymiar greckiej tragedii), towarzyszyła inicjacja intelektualna, o czym już wspomniałem, i to bynajmniej nie jednostronna, bo Henio Sucharski czytywał nie tylko „Przyjaciela Ludu”, lecz zaglądał także do „Pszczółki” redagowanej przez ks. Stanisława Stojałowskiego. „To on pierwszy – pisze Karaś o ks. Stojałowskim – podjął próbę organizacji wsi, wydźwignięcia chłopa z upadku i oświecenia ludu.” Emocjom społecznym, którym był poddawany także młodziutki Sucharski , towarzyszyły zatem spory intelektualne, na przykład o to, „( …) na kim ma się oprzeć Stronnictwo Ludowe, a później PSL – na bogatych czy biednych chłopach? Coś już zgrzytało zarówno w Stronnictwie, jak też w redakcji „Przyjaciela Ludu”. Groziło to rozłamem i walką o charakter pisma. Z tej atmosfery coś także przeniknęło do świadomości Heńka” – pisze dalej Karaś.
Kolejnym, niezwykle istotnym, motywem opowieści jest przysłowiowa nędza galicyjska. Rozdrobnienie gospodarstw, głód ziemi –powodowały głód prawdziwy, zwłaszcza na przednówkach. Ciężko było je przetrwać. Do tego dochodziły długotrwałe susze (jedna z nich została uznana za ową „klątwę” spowodowaną rzekomo przez grzech nieczystości księdza Kahla, którego w rzeczywistości nie popełnił), na przemian z długimi okresami deszczu i słoty, prowadzących do podtopień nie tylko nisko położonych łąk i poletek (tak pięknie nazywanych przez Jacka Malczewskiego „ręcznikami galicyjskimi”).
Sucharscy doświadczali owej nędzy galicyjskiej dojmująco, Stanisław bowiem, ojciec Heńka, gospodarujący na półmorgowym spłachetku ziemi, nie mogąc z tego wyżywić licznej rodziny, wyuczył się szewstwa. Ale jako szewc też bardzo cienko prządł, gdyż ludzi często nie stać było na naprawę butów, a gdy zdarzył się obstalunek na nowe ze strony kogoś zamożniejszego, to było święto w rodzinie. Sytuacja się pogorszyła, gdy trzeba było sprzedać konia, bo na przednówku nie było go czym wyżywić.
Naturalnie, bohaterowie książki Karasia (Bojko, Świętek, ks. Halak, następca ks. Kahla, Sucharscy) czytali „Nędzę Galicji w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego” Stanisława Szczepanowskiego z 1888 roku.. Karaś cytuje także „Sztafetę” Melchiora Wańkowicza: „I wtedy do umysłów kształconych na humaniorach, egzaltowanych przez niewolę, przekradała się świadomość, że orzełki białe, sprzedawane przez Żydów w Sukiennicach krakowskich, przewożone w bieliźnie do kraju przez rozentuzjazmowane paniusie, to jest bardzo mało wobec tego, o co się potykał pierwszy galicyjski nafciarz, przemysłowiec i romantyk tej Polski nowej, nadchodzącej jeszcze, ledwo przeczuwanej.”
Naturalnie, nie mogło się obyć bez wspomnienia o pionierze przemysłu naftowego, Ignacym Łukasiewiczu i o jego lampie naftowej (oświetlała także skromne wnętrze domku Sucharskich) oraz o krótkim, ale niezwykle dynamicznym okresie galicyjskiego Eldorado (Borysław, Drohobycz, Gorlice). „W okręgu naftowym – pisze Karaś – tworzonym przez Stanisława Szczepanowskiego, pracowało do dziesięciu tysięcy ludzi. Produkcja ropy w pewnych okresach była nawet w Galicji wyższa niż w roponośnej Rumunii. To też graniczyło z cudem. Cudem gospodarczym, tak rzadkim w Polsce.” Ale, niestety, krótkotrwałym.
Ten cud nie odmienił losu mieszkańców Gręboszowa i okolic. Nędza wciąż triumfowała. A mimo to Heniek Sucharski został wysłany do szkoły aż do Tarnowa. Pomogli dwaj księża, wspomniany ks. Jan Halak z Gręboszowa, który nie wyobrażał sobie, by Heniek nie kształcił się dalej, i ks. Piotr Podolski z Tarnowa, który go przyjął na stancję i przeciwko któremu młodzieniec buntował się, by znów powrócić na plebanię. A więc społeczność gręboszowska, reprezentowana przez proboszcza, któremu udało się wyciszyć opisywany wyżej konflikt, nie opuściła młodego człowieka w potrzebie.
Dużo jeszcze wątków, także tych z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego, ale dotyczących bohaterów książki i to nie tylko dotychczas tu wymienionych, trzeba by jeszcze opisać, dużo wymienić nazwisk, wśród nich m.in. Ignacego Daszyńskiego, z którym również współpracował Jakub Bojko, żeby dopełnić całości.
W książce Romualda Karasia nie zabrakło także swoistej metafizyki. No, bo jak inaczej nazwać dwa listy Autora do majora Sucharskiego, na początku list-inwokację, a na końcu list-raport z reporterskich dokonań, kończący się informacją o zamierzonym i napisanym już tryptyku, którego część pierwszą właśnie przedstawiłem, a dwie pozostałe to „Żołnierz Wielkiej Wojny” i „Zwycięzca”. Ale ważniejsze wydają mi się słowa z listu, który nazwałem inwokacją, gdzie mowa jest o znanych oskarżeniach Majora, że jako dowódca chciał poddać Westerplatte już drugiego dnia walki, że ukrył swoją chorobę, na którą zapadł po pierwszym dniu obrony, że dowództwo przejął porucznik Franciszek Dąbrowski i że właściwie to on dowodził bohaterską obroną Westerplatte. Ów pan, który po wojnie nie zrobił kariery, pracował jako kioskarz na dworcu krakowskim, być może chciał zaistnieć i wziął walny udział w nagonce na swego dowódcę. Pomijając niejasną genezę tej nagonki, faktem jest, że najchętniej rozpowszechniała te oskarżenia peerelowska czy post peerelowska lewica; ja przeczytałem o tym po raz pierwszy w periodyku „Dziś” redagowanym przez Mieczysława F. Rakowskiego. Nawiasem mówiąc, Krzysztof Kąkolewski uważał, że Janusz Roszko był zadaniowany przez SB, gdy jako jeden z pierwszych zaatakował Sucharskiego, ale szlachetny Romuald Karaś, który przyjaźnił się z krakowskim reporterem, nie przyjmuje tego do wiadomości.
„Skąd się wzięły te oskarżenia? – pyta Karaś. – Kto je pierwszy wysunął? Czy z punktu widzenia wojskowego taka sytuacja była możliwa? Jak się ma wobec tych zdarzeń sprawa honoru oficerskiego? (…) A może to wszystko jest fikcją? Czy nie mamy do czynienia z konfabulacją? Tyle pytań staje przed reporterem. Muszę na nie odpowiedzieć.”
Nie wątpię, że Romuald Karaś odpowie na te i inne pytania, zdejmie z mjra Sucharskiego skorupę niezasłużonych, fałszywych oskarżeń i odda mu należny hołd. A przy tym odmaluje ze smakowitymi szczegółami obraz Polski z okresu Wielkiej Wojny i odradzającej się Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, dzieje Sucharskiego w dwudziestoleciu międzywojennym i podczas II wojny światowej, jak również w powojennej służbie w II Korpusie, aż po śmierć w Neapolu 30 sierpnia 1946 roku i spontaniczne, manifestacyjne uroczystości żałobne w Gdańsku i na Westerplatte 30 sierpnia i 1 września 1971 roku, związane z pochówkiem prochów bohatera przywiezionych do kraju w 25-lecie jego śmierci. Wzięło w nich udział kilka tysięcy ludzi. Imponujący fotoreportaż z tych wydarzeń, autorstwa Niny Smolarz i Stefana Figlarowicza, opublikował miesięcznik „Polska”, ukazujący się w sześciu językach i rozprowadzany w krajach Europy Zachodniej i obu Ameryk.
Jerzy Biernacki
