Marek Palczewski na naszym SDP-owskim portalu bije na alarm. Drogowi wariaci mają coraz szybsze samochody. Gdyby gnali tylko ku śmierci własnej- trudno. Ale oni nie liczą się zupełnie z życiem i bezpieczeństwem innych ludzi.
Jeśli ktoś latałby z nożem i wrzaskiem po ulicach, wcześniej czy później zostałby złapany. Bandyta za kierownicą jest gorszy niż bandyta z kałasznikowem. Miasta bowiem są monitorowane i łatwo agresywnych namierzyć. Na drogach szybkiego ruchu, autostradach- hulaj dusza piekła nie ma. Nawet z wypadku bandzior za kierownicą najczęściej wychodzi bez szwanku. Gna sobie, bo czuje się bezkarny. „Drogówka” bezradnie rozkłada ręce, mówią że nie są w stanie tych ludzi wykluczyć z ruchu.
Myślę że tak się dzieje ponieważ ta służba to dziś już przede wszystkim biurokracja. Pomysłów na eliminację groźnych przestępców drogowych jest wiele. Ale trzeba oczywiście to zrobić a nie udawać, że się robi.
Było już wiele artykułów z różnymi propozycjami. Od choćby dostrzeżenie naruszających karygodnie przepisy, śledzenie ich przez pewien czas, rejestrowania następujących po sobie przestępstw drogowych, a potem zebranie tego wszystkiego w jednym oskarżeniu i definitywne uniemożliwienie osobnikowi prowadzenia samochodu.
Mamy jednak przykłady zupełnie niezrozumiałe. Oto ulica Spacerowa w Warszawie, przebiegająca na zapleczu Ambasady Rosyjskiej, tam gdzie kiedyś minister o sławnym nazwisku kazał podpalać policyjną budkę, by zwalić winę na demonstrujących w dniu narodowego święta. Otóż znajduje się tam znak ograniczający prędkość do 40 kilometrów na godzinę i stojąca za tym kamera drogowa. W Warszawie kierowcy o tym doskonale wiedzą i na ulicy Spacerowej przed kamerą wloką się jeden za drugim. Gdy miną to miejsce, gnają sobie spokojnie dalej. Podobnych przykładów można by podać więcej. Jak też przykładów biurokracji.
Opiszę jeden, bo go osobiście doświadczyłem. 14 października ubiegłego roku wyjeżdżałem z bramy siedzimy SDP przy ulicy Foksal 3/5. Niespodziewanie „spotkałem się” z kierującą- wyjeżdżającą z bramy obok, od „architektów”. Hak mojego samochodu dotknął dekielka koła samochodu owej Pani. Na tyle delikatnie, że ledwo- ledwo zdołał zdjąć z tegoż dekielka kurz. Nie było najmniejszego uszkodzenia. Pokazują to zdjęcia kolorowe, które natychmiast zrobiłem. Obywatelka kierująca ładnym białym samochodzikiem wezwała jednak policję. Funkcjonariusz drogówki nazwiskiem Karmazyn orzekł obopólną winę. Zaczęło się wielomiesięczne dochodzenie policyjnego organu drogowego z ulicy Waliców w Warszawie. Wezwał mnie i odpytywał Pan policjant Dominik Kapusta. Drobiazgowo pytał i utworzył potem wielostronicową, obszerną dokumentację ze zdjęciami. Mówiłem nieśmiało- jak to na policji- że przecież zupełnie nic się nie stało. Ale nadaremno.
Po kilku miesiącach „śledztwa”, gdy już je zakończono sprawa trafiła do sądu. Zostałem o tym poinformowany, ale jednocześnie z datą 20 kwietnia br. i z podpisem- myślę, że bardzo ważnego- inspektora drogowego- dostałem informację, że to… mój samochód został uszkodzony i że mogę, jeśli chcę, wystąpić jako posiłkowy oskarżyciel. Nie poszedłem oczywiście do sądu bo i po co. Ale najwyraźniej szkoda, ponieważ nagle przed kilku dniami dostałem listem poleconym wyrok sądu, że to jednak ja byłem winien. Dołączone zostało oświadczenie zupełnie inne, choć z tego samego dnia 20 kwietnia br. i podpisane przez tego samego Pana, że oskarża się jednak mnie, a nie ową Panią. Kara finansowa wymierzona mi nie jest wysoka (na szczęście dla mnie) bo to "tylko" 220 złotych. Ale nauczony smutnym doświadczeniem kontaktów z policją drogową wcale nie jestem pewien, czy to już wszystko co może mnie spotkać. 220 złotych zapłacę, bo szkoda czasu na dalsze „zabawy” w policjantów i przestępców. Pani z białego samochodziku życzę miłych wakacji, a panu inspektorowi drogówki żeby jeszcze raz przeczytał oba pisma, które podpisał całkowicie się różniące z dnia 20 kwietnia br.
W ostatnim okresie kilka razy pisałem o policji. Również dobrze- na przykład o tym jak zorganizowała zabezpieczenia antychuligańskie w dniu 10 lipca w czasie miesięcznicy na Krakowskim Przedmieściu. Pisałem jednak również krytycznie, jak na przykład w gazecie Kurier Wnet przed kilkoma miesiącami o tym, że policjanci przez kilka lat nie wykonują strzelań na poligonach, że są zmuszani do podpisywania fikcyjnych list, a ktoś z ich zwierzchników najwyraźniej handluje nabojami. Wówczas dostałem informację, że to jest niemożliwe- ponieważ… regulaminy mówią o obowiązku wykonania strzelań. Ja jednak zanim napisałem to, co napisałem, rozmawiałem z kilkunastoma zwykłymi policjantami i oni potwierdzili mi informację, że zdarza się, iż nawet nie wykonują strzelań przez kilka lat. Zapewnili mnie również, że gdy będzie potrzeba staną przed sądem i potwierdzą to co powiedzieli.
Policja, jak to się mówi teraz, jest nasza. Bez potrzeby- mam nadzieję- nie wyciąga pał ani czarnych ani długich białych, a jednak zarówno minister i wiceminister z resortu jak i komendant policji nie odpowiedzieli na powyższe zarzuty. Choć wydrukowałem list otwarty do całej trójcy również w miesięczniku Kurier Wnet.
Tyle żali na dzień dzisiejszy. Nie po to żeby narzekać, ale by się jednak poprawiło- bezpieczeństwo na drogach, uproszczenie biurokracji, eliminowanie patologii.
