Wszystkie opiniotwórcze osobistości i ośrodki popierające Dobrą Zmianę jednoznacznie oceniają, że prezydent Andrzej Duda, wetując dwie z trzech ustaw inicjujących reformę sądownictwa (tak, inicjujących, gdyż później nastąpiłby ciąg dalszy) popełnił błąd. Przez chwilę można było pomyśleć, w zatroskaniu z powodu rozmiarów i hałaśliwości protestów opozycji i zwołanych przez nią zwolenników (bo nie ma wątpliwości, że są to manifestacje precyzyjnie zorganizowane i skorelowane z propagandą mediów głównego koryta, tak jak i ów osławiony już światowy „astro-turfing”), a zwłaszcza z powodu bezczelnie i bezkarnie stosowanych przez  lidera totalnej opozycji gróźb karalnych, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju teatrem, uzgodnionym pomiędzy „małym” a „dużym” pałacem. Że dla uspokojenia nastrojów oba ośrodki „Dobrej Zmiany” (rządowy i prezydencki + kierownictwo PiS) uzgodniły taką grę, która odwlókłszy reformę w czasie, nie stępiłaby jej ostrza. Ale tylko przez chwilę…

Natychmiastowe zaniepokojenie bowiem i nagła narada kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości, reakcje poszczególnych jego członków, a wreszcie orędzie pani premier Beaty Szydło nie pozostawiły wątpliwości, że była to indywidualna decyzja prezydenta. Całe szczęście, że podjął ją i ogłosił przed spotkaniem z I prezes Sądu Najwyższego Małgorzatą Gersdorf i szefem Krajowej Rady Sądownictwa, Dariuszem Zawistowskim, wówczas bowiem, gdyby było odwrotnie, oskarżeniom prezydenta o to, że ulega wpływom i naciskom  „nadzwyczajnej kasty”, nie byłoby końca, a „opozycja totalna” świętowałaby swój triumf.

Nawet tak poważny i autentyczny autorytet, jak marszałek-senior Kornel Morawiecki, który choć kibicuje zamysłom syna Mateusza i jego Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, to jednak dystansuje się jakoś wobec Zjednoczonej Prawicy, a jej poczynaniom przygląda się krytycznie, jasno stwierdził, że prezydent, zatrzymując reformę sądownictwa, postąpił źle. Marszałek podkreślił, że rozumie intencje prezydenta (cokolwiek to znaczy, bo przecież ich nie znamy), potrzebę uspokojenia nastrojów przeciwników PiS itp., ale reforma sądownictwa jest pilnie potrzebna, gdyż sądy muszą służyć obywatelom, a tak nie jest. Następnie Morawiecki, zgodnie ze swoją wybitnie idealistyczną postawą, nawoływał jak zawsze do zgody narodowej bez żadnych warunków wstępnych i jakichkolwiek roszczeń polityczno-społecznych, dezawuując „totalną opozycję” jako niedemokratyczną.

Bo istotnie przypomina się tu pamiętne pytanie retoryczne Piotra Wierzbickiego sprzed lat odnoszące się do ludzi prawego sumienia: „co właściwie można zrobić w sytuacji, gdy nasz przeciwnik pozwala sobie na wszystko?”  

Redaktor Ewa Stankiewicz, główna założycielka „Solidarnych 2010”, dziennikarka TV Republika (stała się  pewnego rodzaju autorytetem bardziej dzięki swej niezłomności, niż bardzo dobrej zresztą pracy reporterskiej) dała do zrozumienia (chociaż nie wyraziła tego wprost), że żałuje, iż głosowała na Andrzeja Dudę i że ponownie tego już nie uczyni! Jacek Karnowski, silnie we wszystkich swych wypowiedziach wspierający Dobrą Zmianę i jej sprawców, zadał następujące pytanie: z kim to pan prezydent będzie przygotowywał swoje wersje zawetowanych ustaw, z panią Gersdorf i innymi przedstawicielami „nadzwyczajnej kasty”?

Warto się zastanowić, jakie motywy kierowały Andrzejem Dudą przy podejmowaniu tych decyzji. Pan prezydent mówi, że prokurator generalny (czyli minister Zbigniew Ziobro) nie może mieć tak szerokich kompetencji, by decydować na przykład, który z sędziów Sądu Najwyższego będzie mógł w nim pozostać po jego zreformowaniu, a kogo odesłać w stan spoczynku, z zachowaniem pełnego wynagrodzenia. Ale przecież, podpisując ustawę o sądach powszechnych, prezydent przyznał tym samym bardzo szerokie kompetencje temuż prokuratorowi generalnemu (wybór prezesów sądów!). Przy czym decyzja w sprawie sędziów Sądu Najwyższego byłaby jednorazowa, związana jedynie ze zmianą ustroju sądowniczego, a kompetencje ministra sprawiedliwości w stosunku do prezesów sądów powszechnych są trwałe, będą odnosić się również do następców obecnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, dopóki ustawa o sądach powszechnych nie ulegnie zmianie.

Powiadają, że prezydent kierował się własną ambicją i troską o własną  przyszłość, czyli o reelekcję w 2020 roku. Wedle tego rozumowania, zatrzymując i być może łagodząc (cokolwiek to znaczy) reformę SN i KRS, prezydent miałby zyskać więcej głosów centrowego elektoratu, co ma być ważne, bo sam PiS-owski twardy elektorat, sięgający jednak najwyżej 40 proc. do jego ponownego wyboru nie wystarczy. Wydaje się jednak, że ci, którzy tak sądzą (np. politolog Norbert Maliszewski) mylą się dramatycznie. A to dlatego, że o zwycięstwie Andrzeja Dudy nie zadecydował wcale elektorat centrowy, lecz przede wszystkim wielopokoleniowe rzesze patriotów, z przewagą odrodzonej w sensie patriotycznym młodzieży, na której (w sposób niezauważony przez media, ani nawet przez socjologów i przez samych młodych ludzi) wywarły piętno wprowadzone w życie decyzje śp. Lecha Kaczyńskiego, twórcy Muzeum Powstania Warszawskiego (miliony odwiedzających uczniów, który wkrótce stali się wyborcami), inicjatora Święta Żołnierzy Wyklętych (1 marca), animatora polskiej polityki historycznej.  

A „lemingi” i  cały elektorat pro liberalny, raczej daleki od praktycznego patriotyzmu (choć to także przecież Polacy, ale poddani innym  działaniom „wychowawczym”, na przykład tzw. „pedagogice wstydu”) głosowali na Bronisława Komorowskiego, ale okazali się mniej liczni niż tamci. A zatem umizganie się do elektoratu centrowego może nic nie dać, a na skutek ewentualnych koncesji na rzecz „nadzwyczajnej kasty” , czyli „elity” sędziowskiej, reforma straci na radykalizmie i będzie po prostu co najwyżej połowiczna. Bo na tym polega kompromis, jak mawiał śp. Jerzy Narbutt: robimy wobec naszych przeciwników pierwsze ustępstwo a potem zaczyna się równia pochyła…

Prezydent bez wątpienia zrobił pierwsze ustępstwo, które nie tylko ucieszyło totalną opozycję (ona wszakże nie walczy wcale z reformą sądów, lecz z       PiS-em, któremu chce po prostu odebrać władzę) i sędziów SN i KRS, lecz także niesamowicie wzmocniło te środowiska, zdecydowanie wrogie Dobrej Zmianie, co chyba nie było zamiarem  Andrzeja Dudy. Sadzę, że w tych warunkach, w warunkach otwartej i totalnej wojny z rządzącą większością, prowadzonej w sposób odległy od demokratycznych standardów (metodą „ulicy i zagranicy”, o czym pisało i mówiło wielu) od samego początku rządów PiS, prezydent ze swoją decyzją znalazł się w pozycji ucznia czarnoksiężnika, któremu jedynie wydaje się, że panuje nad sytuacją. A w  2020 roku część wyborców głosujących z entuzjazmem na Andrzeja Dudę pięć lat wcześniej może mu to rozczarowanie zapamiętać i zagłosuje na jakiegoś „kukiza”, albo nawet na oryginał i kilka procent może zabraknąć. Obym był złym prorokiem, bo przecież tak czy inaczej jest to najlepszy polski prezydent, jakiego możemy sobie wyobrazić!

Ale szkoda jest duża, gdyż okres wakacyjny był najlepszy do przeprowadzenia tej reformy: jej przeciwnicy, coraz mniej liczni (bo przecież nie tylko „janusze” i „grażyny” jadą na urlopy), traciliby powoli swój zapał i byliby coraz mniej skuteczni, obywatele wkrótce zobaczyliby, że wreszcie PiS naprawdę czyści kolejne stajnie Augiasza i odczuli niekiedy na własnej skórze dobroczynne skutki wprowadzonych zmian. No i warto jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że w jakiejś mierze zmarnowana zostanie wielomiesięczna praca takich ludzi jak Patryk Jaki, Stanisław Warchoł i wyróżniający się pracowitością Zbigniew Ziobro, swego czasu nota bene szef Andrzeja Dudy, gdy ten był wiceministrem sprawiedliwości. Mitem bowiem jest twierdzenie, że ustawy te były przygotowywane, jak to mówią, na kolanie. Wystarczy zajrzeć do Internetu, by przekonać się, że praca ta trwała co najmniej kilka miesięcy. Z zapowiedzi prezydenta wynika, że zamierza on, ze swoimi współpracownikami, podjąć tę pracę od początku.

Iluzją są również oczekiwania, że weta prezydenta zmienią w jakiejś mierze stosunek do Polski takich ośrodków zagranicznych, jak Komisja Europejska, Komisja Wenecka czy Rada Europy, nie mówiąc o Parlamencie Europejskim i przeważającej w nim lewicowo-liberalnej większości. Będą nękać nas nadal, chociaż na szczęście układ sił, powoli, ale jednak się zmienia, a przede wszystkim nie ma traktatowych możliwości chociażby nałożenia na Polskę jakichś sankcji czy odebrania przyznanych jej funduszy. To nie wchodzi w rachubę, mimo starań Donalda Tuska, który nie wróci do polityki polskiej na białym koniu, lecz zostanie wreszcie postawiony przed Trybunałem Stanu.

Jerzy Biernacki

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl