Nigdy chyba jeszcze w dziejach Europy nie było takiego jednobrzmiącego ataku medialnego na Polskę jak obecnie. Nawet doświadczenia historyczne z tego zakresu, dotyczące mediów hitlerowskich czy bolszewickich, zapewne bardziej prostackich propagandowo (chociaż i w obecnym przekazie prymitywnych przekłamań i manipulacji nie brakuje), nie dadzą się z obecnym szturmem porównać. Wtedy, np. w latach 80., prasa sowiecka usiłowała przekonać „ludzi radzieckich”, że z każdego kilograma produkowanej w ZSRS mąki 10 proc. idzie na pomoc dla Polski (były takie rysunki), albo produkowano plakaty z papieżem Janem Pawłem II, który płacze, a kapiące z jego oczu łzy przemieniają się w pewnym momencie w… bomby zapalające. Smaczne, prawda? Nic dziwnego, że bolszewicy nie chcieli Papieża wpuścić do Rosji, do której tak pragnął pielgrzymować.

Teraz wszakże mamy do czynienia z nieporównanie bardziej złożoną sytuacją, gdyż przeważająca część odbiorców zachodnioeuropejskich mediów już od dawna poddawana jest takiemu praniu mózgów, że nie wychodzi poza obręb obowiązującej poprawności politycznej. W tych warunkach, grając polifoniczne, stosując znane metody socjotechniczne, takie jak kłamanie prawdą, stosowanie szlachetnych pojęć dla pozorowania prawdomówności, korzystając z zupełnie niewiarygodnych źródeł (jak np. bzdurna całkowicie książka Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu i jego rzekomych rosyjskich powiązaniach, o czym w prasie zachodniej ukazały się dziesiątki artykułów), traktowanych jako w pełni rzetelne –– to tylko niektóre przykłady.  

Biorą w tym udział zagraniczni korespondenci pracujący w Polsce, którzy z całą pewnością czytają „Sieci” braci Karnowskich, „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego, „Nasz Dziennik”, „Gazetę Polską Codziennie”, oglądają TV TRWAM, TV „Republika” i TVP Info (bo nie chcieliby okłamywać samych siebie), ale w swoich korespondencjach do macierzystych mediów opierają się wyłącznie na „Gazecie Wyborczej” i TVN.  Do tego dochodzą dziennikarze „polscy”, czy raczej polskojęzyczni „funkcjonariusze medialni”, którzy, jako eksponenci środowisk lewicowo-liberalnych i zwolennicy „totalnej” opozycji, także piszą artykuły do gazet zachodnioeuropejskich, atakując Polskę, nazywając rząd Prawa i Sprawiedliwości nacjonalistyczno-katolickim lub skrajnie prawicowym czy wręcz faszystowskim.

Czytelnik zachodnioeuropejski (niemiecki, francuski, belgijski) nie znajdzie w tych publikacjach cienia informacji o doskonałej sytuacji gospodarczej Polski, o odzyskiwaniu traconych przedtem miliardów złotych dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego, o reindustrializacji i przywracaniu gospodarki morskiej, o ogromnej skali programów socjalnych w drugim zaledwie roku działania rządu Beaty Szydło, a jeżeli będzie coś o programie Rodzina 500+, to krytycznie, że to jest kupowanie biedniejszego elektoratu, a jeśli o repolonizacji banków – to źle, bo przecież należy je (jak i wszystko inne) prywatyzować ,a nie przywracać państwu jako właścicielowi.

Najgorsze jest to, że ta nieprzerwana fala ataków nie znajduje żadnej odpowiedzi z polskiej strony. Ani z niczyjej innej. Jak gdyby w całej Europie nie było jednego sprawiedliwego, który by napisał prawdę o Polsce A.D 2017. Szczytem wszystkiego jest sławetny raport o polskich mediach napisany dla organizacji Freedom House przez brytyjską dziennikarkę Annabelle Chapman, na podstawie którego organizacja ta orzekła, że w Polsce nie ma mediów „wolnych”, lecz że są „częściowo wolne”. Wedle świadectwa Wiktora Świetlika, niedawnego szefa Centrum Monitoringu Wolności Prasy, który podczas dwugodzinnej rozmowy przedstawił jej prawdziwy obraz mediów w Polsce, wedle najlepszej jego wiedzy, Miss Chapman tę przekazaną sobie wiedzę całkowicie zignorowała i oparła się na opiniach środowisk lewicowo-liberalnych z „Gazetą Wyborczą” na czele.  

Niedomagania w zakresie komunikacji Zjednoczonej Prawicy ze społeczeństwem są znane. Jeszcze gorzej to wygląda, jeśli idzie o oddziaływanie na zagranicę, w Europie i USA. Toczymy i przegrywamy bitwy o to, by zaprzestano pisać o „polskich obozach zagłady”. Niemiecka telewizja nie wykonuje orzeczenia polskiego sądu, tłumacząc to tym, że sądy w Polsce są zawisłe od władzy wykonawczej!

Tak dalej być nie może. Coś z tym trzeba zrobić. Nie mamy tak jak strona lewicowo-liberalna wpływowych dziennikarzy, którzy mogliby dać odpór tej fali ataków w prasie i mediach zagranicznych. Uczestnictwo niektórych dziennikarzy w debatach telewizyjnych czy radiowych w krajach zachodnich, niesłychanie wątłe i rzadkie, kończy się zazwyczaj zupełnym marginalizowaniem tych osób. Gorzej, częstokroć ich wypowiedzi są po prostu wycinane.

Swego czasu kancelaria prezydenta  zapowiadała cykl wywiadów głowy państwa, których prezydent miał udzielać dziennikarzom zagranicznym, by przedstawiać prawdziwy obraz sytuacji politycznej w Polsce, ukazywać sens przeprowadzanych przez rząd reform, prostować kłamstwa publikowane w niechętnej nam prasie itp. Nic z tego nie wyszło. Czyżby uznano, że to nie jest rola prezydenta RP? Czy może nie znaleziono dziennikarzy zagranicznych, którzy by chcieli takie wywiady przeprowadzać? Skończyło się na zapowiedziach. Zresztą chyba dobrze, bo prezydent rzeczywiście nie jest od tego.

Czy nie wydaje się Państwu, że może pod tym względem powinniśmy się w pewnej mierze wzorować na Rosji? Z tym, że różnica byłaby taka, że Rosjanie niejednokrotnie manipulują  i kłamią, stosują „maskirowkę” za pomocą różnych „pozorancji” (ich język ma wiele słów na określanie tego rodzaju działań), a my po prostu mówilibyśmy i pisali prawdę, co jest znacznie mniej skomplikowane. Proszę zobaczyć, jaka jest siła propagandowa medium „Russia Today”. Poza tym agenci rosyjscy na Zachodzie potrafią penetrować tamtejsze środowiska medialne i wywierać na nie wpływ. Nic mi nie wiadomo o tym, by nasi agenci wywiadu mieli na tym polu jakiekolwiek sukcesy.

W okresie rządów AWS dr Jerzy Targalski zgłosił na kolegium Polskiej Agencji Informacyjnej projekt tzw. „Błyskawicy”. Pomysł polegał na tym, że jeśli mamy jakieś wydarzenie, typu szczyt NATO, Forum Ekonomiczne w Krynicy, kolejny Kongres „Polska wielki projekt”, kolejne zebranie grupy Bilderberg (nb. powołanej do życia, o czym nie wszyscy wiedzą, z inicjatywy Józefa Retingera), wówczas redakcja owej „Błyskawicy” u pięciu-sześciu najlepszych dziennikarzy (różnych opcji) zamawia teksty oświetlające z różnych stron  i interpretujące to wydarzenie, ci piszą je „błyskawicznie” właśnie w trzy-cztery dni, następnie komponuje się z tych tekstów kilkudziesięcio- lub stustronicową broszurę, uzupełnioną ew. fotografiami, wydaje ją w 100 tys. egzemplarzy, i (tanio) sprzedaje w kioskach.

Pomysł nie znalazł wówczas żadnej woli wykonawczej u decydentów, ale mnie się spodobał i dobrze go zapamiętałem. Miał on mieć zasięg krajowy i było to dobrze pomyślane, ale taka „Błyskawica” mogłaby być równie dobra dla zagranicy. Dochodziłaby tylko konieczność przekładu tekstów na język angielski (oczywiście, przez kilkoro tłumaczy), co by wydłużyło proces przygotowawczy o dwa-trzy dni, a potem należałoby obesłać nią najważniejsze redakcje światowych mediów – gazet, portali, telewizji i radiostacji. Sądzę, że kolejne trafione takie „Błyskawice” szybko zyskałyby sobie czytelników i prestiż, bo tam zawarte byłyby prawdziwe informacje i interesujące interpretacje zjawisk politycznych, przedstawianych w ujęciu w miarę pluralistycznym. Gdyby na przykład na przełomie 2015 i 2016 roku ukazała się taka broszura na temat Trybunału Konstytucyjnego w Polsce, może by dziennikarze zagraniczni tak bezkarnie nie mogliby kłamać, Frans  Timmermans nie mógłby grozić Polsce sankcjami z powodu rzekomej niepraworządności.

To samo dotyczy ustaw w sprawie  wymiaru sprawiedliwości, reformy mediów publicznych (nawet w jej początkowej fazie), czy programu „Rodzina 500+ po roku jego funkcjonowania. „Błyskawica” pt. „Sądy w Polsce”, z wiadomymi przykładami fatalnych wyroków, z charakterystykami postępowań niektórych sędziów, z postkomunistycznymi „złogami” i „skamielinami”, z sędziami na telefon oraz kradnącymi w supermarkecie co się da – nie mogłaby nawet zagranicznego czytelnika pozostawić obojętnym.

Wielką wadą sytuacji medialnej w Polsce jest brak centralnej gazety codziennej, takiego polskiego „Le Monde” czy „Die Welt” (abstrahując w tym momencie od ich opcji politycznych), jaką w latach 90. była w pewnej mierze „Rzeczpospolita”, zanim ją sprywatyzowano, pełniąca rolę medium rządowego, w sensie reprezentowania spraw państwa, a nie wyłącznie aktualnego rządu. Krótko mówiąc, prestiżowa, państwowa gazeta centralna, ukazująca i interpretująca działania rządu (nie wyłącznie stronniczo, lecz wszechstronnie), w duchu propaństwowym. I taka, którą by często cytowano za granicą. Może dałoby się odkupić „Rzepę” od Hajdarowicza, on chyba wielkiego interesu na niej  nie zrobił (ani na jej dodatkach, z dołującym „Plusem-Minusem” na czele). Chyba że dostał od swoich kasę w rekompensacie, co jest wielce prawdopodobne, chociaż nie do udowodnienia.

Wreszcie – last but not least – chyba nadal konieczny jest kolejny powrót do słynnego przez lata (1954-1990) magazynu „Polska”, „Poland”, „La Pologne” itd. Ciągle zapowiadany koniec mediów papierowych jakoś nie następuje, podobnie jak wciąż zapowiadany koniec świata. Pomysł jest proweniencji propagandzistów komunistycznych, miał w oczach Zachodu legitymizować ich władzę w Polsce, i na początku tak było. Z pisma wiało Cepelią i siermiężną żurnalistyką końca socrealizmu.  

Wszystko zmieniło się radykalnie, gdy redaktorem naczelnym został Jerzy Piórkowski, który przedtem w „Nowej Kulturze” pierwszy drukował „Listy z Workuty” w czerwcu 1956 roku. Postawił on pismo na wysokim poziomie intelektualnym, ściągając doń najtęższe pióra, na czele z profesorami Tatarkiewiczem i Kotarbińskim (który jako agnostyk napisał na przykład esej o…moralności w Biblii), drukując autointerpretacje artystów tej miary co Starowieyski, Grotowski, Dejmek, Holoubek, Kieślowski i wielu innych. W tym piśmie jak w żadnym innym czczono Powstanie Warszawskie, jak również Powstanie w Getcie, pisano o polskiej muzyce od Mikołaja  Gomółki po Lutosławskiego, Pendereckiego i Góreckiego, reprodukowano polskie malarstwo od portretów trumiennych po Nowosielskiego, Beksińskiego i Dwurnika. Wedle doniesień bywalców światowych magazyn „Polska” zdobył serca i umysły studentów amerykańskich, którzy na kampusach wieszali całe stronice pisma na przykład z reprodukcjami Malczewskiego czy Mehofera i cenili je wyżej od amerykańskiego „Life’u”.

W ciągu kilkunastu lat, pokazując twórczość Polaków, nie tylko artystyczną, ale i społeczną, łącząc naszą kulturę z kulturą europejską (zawsze odnotowywano wizyty wybitnych artystów światowych, jak np. Michelangelo Antonioniego, który jeden z czterech dni pobytu w Polsce poświęcił na odpowiedzi na pytania naszej redakcji,  zarwawszy bardzo napięty program pobytu, bo jego zdaniem były interesujące) – pismo wyrwało się właściwie spod kurateli komunistycznego wydawcy i żyło autentycznym życiem, otrzymując wiele listów (z nich powstawały odrębne wydawnictwa) zarówno intelektualistów zachodnich, jak i rodaków z emigracji, gdyż Polonią też zajmowano się w rozmiarach ówcześnie nieznanych.

I tak aż do dnia, który już raz opisałem na tych łamach, gdy redaktor naczelny stracił pracę i znalazł się w areszcie domowym, na życzenie ambasadora sowieckiego, któremu nie spodobała się okładka z orłem zrywającym się z oków okolonych datami: 1830, 1863 i 1944. To ostatnie Powstanie – orzekł – też było przeciwko nam. Pismo wychodziło później nadal, zmienione, pomniejszone w formacie, nawet wróciło po stanie wojennym (numer grudniowy z 1981 roku przygotowany w paczkach do wysyłki został skłuty bagnetami „ludowego” wojska), podobno na życzenie 600 korespondentów różnej rangi intelektualnej, w tym wielu działaczy żydowskich, ale nigdy już nie powróciło do swojej wielkiej formy, do której przyczyniało się walnie sześcioro wybitnych fotoreporterów oraz czysty i estetycznie  nienaganny layout autorstwa Leszka Zahorskiego.

Po latach red. Jan Forowicz zainicjował powrót pisma „Polska” do życia, ale w wyniku działania lustratorów wytrwał jedynie miesiąc na stolcu naczelnego (w latach 70. był szefem egzekutywy PZPR w NOT), po nim przyszedł Tadeusz Karolak, który raczej niszczył pismo niż je tworzył, po kilku miesiącach okazał się TW i musiał odejść, niżej podpisanemu przypadło w udziale jako p.o.. naczelnego redaktora zakończyć – po 17 miesiącach – żywot periodyku, bo taka była decyzja wyższych władz. Rok 1999, pełnia władzy AWS, ale zabrakło woli politycznej, by inicjatywę Forowicza rozwinąć. Wydano trzy numery pisma, w tym numer NATO-wski, także po angielsku, zakupiony przez MSZ.

Jest wzorzec, naśladownictwo dozwolone, a nawet wskazane. W każdym razie coś trzeba z tym zrobić, nie wolno pozwalać na to, by  Polsce i Polakom przyprawiano bezkarnie gębę faszystów czy nacjonałów, ksenofobów czy antysemitów. Zwłaszcza gdy robią to Niemcy, onegdaj sprawcy Holokaustu, czy Francuzi, ich wydatni pomocnicy.

Jerzy Biernacki

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl