Prawo jest jak guma. Partia, która była przy władzy ugniatała je jak chciała. Nawet najlepiej przygotowane przepisy nie gwarantowały osiągania celów, które zakładano. Prawo ma służyć społeczeństwu? Ma spełniać szczytne cele? Dla wspólnego dobra? Nie bądźmy naiwni. Zapisami regulującymi nawet najważniejsze dziedziny życia można „zagrywać”. I co gorsza pod pozorem dobrego, czy słusznego prawa stosując je „pod  swoim kątem” można osiągać sobie, wcześniej wymyślone cele. Dlaczego? Przepisy na  papierze, to nie wszystko. Papier, jak wiadomo od wieków, jest bardzo cierpliwy. Wytrzyma wszystko, każde bezeceństwo. Gdyż do przygotowanego wcześniej, zapisanego i uchwalonego trzeba było dodać jeszcze praktykę. A  owa „praktyka swoje robi”.  I  wtedy te szczytne cele, czy zapowiedzi na podstawie których je tworzono, schodzą na drugi plan, na manowce. I to mimo tego, że jego wykonawcy wciąż powołują się na te same „dobre” przecież przepisy, ale wykonują je tak jak oni chcą, jak sobie założyli.

Taka ustawa o VAT (z  angielskiego: Value added tax-podatek od wartości dodanej) właściwie jest prosta i zrozumiała. Bo do wartości towaru, czy usługi dodaje się  ów podatek, na przykład w Polsce obecnie 23 procent.  Było 22 procent, ale-jak to zwykle w polityce- choć obecnie „miłościwie nam panujący” z Brukseli były premier podwyższając go, od  razu zapowiedział, że  zostanie obniżony.  A  gdzie tam?! Nic z tego. (P)oważna (o)opozycja  przegrała jesienią 2015 r. wybory, a  wysoki VAT  pozostał. Oczywiście za swojej kadencji tego nie zrobili. Co  wszyscy możemy na co dzień obserwować.  I  jakoś nie słychać, by  opozycja  głośno mówiła o jego obniżeniu, czyli spełnieniu swej obietnicy. Mało tego.  Tak powoływany z hukiem (a  raczej medialną hucpą i przechwałkami, czego to nowego nie wymyśli) „gabinet cieni”, cały czas pozostaje w najgłębszym, możliwym cieniu. A  właściwie jest gdzieś w najczarniejszych czeluściach. Jak to się mówi: ani  go widać, ani go słychać. A przecież tam jest: premier „w cieniu”, minister finansów „w cieniu”, minister gospodarki „w cieniu” itd. I co  oczywiste  na temat VATu, czy jego obniżenia w  ogóle się nie wypowiada. Ba, nie  odzywa się w jakimkolwiek celu, czy temacie. Mają gębę  totalnie zamkniętą na kłódkę.  Tu akurat „totalnie” świetnie pasuje do taktyki nie tak dawno ogłoszonej przez (G)enialnego (S)tratega.  I znowu jak widać  „totalnie  wyszło” wielkie nic!

A  tak w ogóle to  jest  to niebywale nieszczęśliwy zwrot.  Bo „totalny” może  tu oznaczać  walenie  głową  w mur. Bądź krytykowanie wszystkiego i wszystkich dookoła bez żadnego  zastanowienia się, no bo jesteśmy „totalni”!  Nas  argumenty nie  obchodzą.  Nawet nie próbujemy się do nich odnieść.  Bo  my  totalnie mówimy „nie”!  I  to ma wystarczyć za  cały nasz  „totalny wysiłek intelektualny”.  Jak jedno słowo  może  zrobić  fatalną karierę w polskiej polityce  AD  2017 i wcześniejszych latach, doprawdy zastanawiające!

Czyli ta prostota  VATu, to do  ustalonej ceny dodajemy tę  wartość  dodaną (zobaczmy, że  to zwiększa  jego „wartość” niemal o  jedną  czwartą).  I z  jednej strony  musi  go  pokryć, czyli zapłacić nabywca.  A  z drugiej, ten kto jest uprawniony dokładnie ten sam podatek sobie odlicza od  tego, co później  miałby odprowadzić do fiskusa.  Czyli mówiąc bardziej uczenie raz  VAT  jest „naliczony”, a  innym razem „należny”.

Czy wszystko gra?  Ano właśnie nie.

Przecież wyraźnie napisałem, że podatek VAT, żeby się zbilansować musi („musi” tu też właściwe określenie raz  być  naliczony do  ceny, a  potem odpowiednio jedna strona go dolicza  do  swojego  wykazu ile ma VAT do zapłaty, a druga  strona transakcji ile ma tego VAT sobie do odliczenia.  Czyli  jedna  strona  dolicza  sobie, ile ma zapłacić fiskusowi, a  druga, to co ma zapłacić  fiskusowi, go sobie  pomniejsza.

I jeszcze jedna uwaga, wydawałoby się oczywista, ale tu właśnie jest „ten numer”. Tak naliczany VAT, a następnie rozliczany możliwy jest tylko i wyłącznie  od  prawdziwych, realnych transakcji. To znaczy takich, które się rzeczywiście  wydarzyły, a  nie  tylko  spisano  je na papierze (czytaj fakturach, sprawozdaniach finansowych). Przestępstwo „vatowskie”  jest  prościutkie.  Nic nie zrobiłem, przeprowadziłem  zupełnie fikcyjną transakcję, której w ogóle nie było, ale  do  fiskusa  występuję o  jego  zwrot i  to w milionach.  A  gdy taki proceder  uprawia się kilka lat, to  potem przechodzi to w miliardy.  Czyli państwo ma mi płacić za  to, że „coś”  sobie  wpisałem na papierze i zwróciłem się do urzędu skarbowego: „dawajcie mi z powrotem VAT, bo  przecież mi się należy, no co, nie widzicie dokumentów?”.

To jeszcze nie koniec „numeru”.  Bo jak napisałem wyżej VAT, to taki podatek musi się zbilansować, czyli ktoś  go musi zapłacić, by ktoś  go odliczał, czy mógł wystąpić o jego zwrot.  Czyli jak ktoś  występuje w  jednym urzędzie skarbowym o  zwrot VAT,  to powinno się od razu w drugim urzędzie sprawdzić, czy w ogóle został zapłacony?! Genialne? Nie. Bo przez wiele lat  właśnie tak byliśmy, my  wszyscy całe społeczeństwo robieni „w trąbę”. Żaden urząd  niczego nie sprawdzał.  Ale na żądanie petenta VAT  oczywiście wypłacał. Już  to pokazuje, jakie mieliśmy teoretyczne  teoretyczne państwo, na sznurkach, jednym słowem śmiechu warte. Hola, hola.  Przez  to  słabe państwo oszukiwani byliśmy my wszyscy.  Głównie  chodziło tu o transakcje paliwem, ale nie tylko przecież.

Przyszła zmiana, na pewno dobra i tę „vatowską” zabawę uszczelniła. Głównie  chodziło o sprawdzanie owego VATu.

I co się okazało? Jeszcze nigdy o tej porze roku sytuacja w budżecie nie była tak dobra. Po czerwcu 2017 r. Ministerstwo Finansów zanotowało rekordową nadwyżkę. Z dwóch powodów. Pierwszy: nadal świetnie idą wpływy z VAT. W czerwcu 2017 r. dochody z tego podatku wzrosły o nieco ponad 15 proc. w porównaniu z czerwcem 2016 r. To oznaczałoby, że do kasy państwa wpłynęło z tego tytułu około 11 mld zł, a w pierwszym półroczu podatek od towarów i usług dał fiskusowi już prawie 80 mld zł, czyli ponad 55 proc. tegorocznego planu. To też wynik trudny do powtórzenia, przed rokiem wpływy z VAT w połowie roku wynosiły 62,4 mld zł, co stanowiło 48,5 proc. planu na cały rok.

Jedno jest pewne, jak piszą specjaliści. Nadwyżka w budżecie po sześciu miesiącach to rzecz bez precedensu. Od 1992 r., czyli od czasów, gdy MF prowadzi porównywalne budżetowe statystyki, nigdy takiego wyniku nie udało się osiągnąć na tym etapie wykonania ustawy budżetowej.

Po drugie, 13 czerwca 2017 r. na konta MF wpłynął przelew z Narodowego Banku Polskiego. W sumie 8,74 mld zł z zysku za ubiegły rok. To rekordowo wysoka wpłata, do tej pory nienotowana.

– Jeśli zysk z NBP wpłynął w czerwcu, to po sześciu miesiącach nadwyżkę można z grubsza szacować na 2–3 mld zł – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku.

Wniosek płynie jeden.  Nie wystarczy uchwalanie przez  Sejm  dobrego, opartego na szlachetnych  przesłankach prawa.  Jego  wykonywanie ma podlegać kontroli.  I  tego mamy prawo-my obywatele  wolnej Polski domagać się od  wszystkich rządzących. (P)oważna (o)pozycja nie zrobiła  swojego audytu, jak straciła władzę. Pisałem o tym wielokrotnie na sdp.pl. To też sposób na manipulowanie prawem.

 

                        Andrzej Dramiński





 

                    

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl