Postanowiłem wstrzymać się z tym tekstem i opóźnić jego publikację aż do dzisiaj, by nie wpadł w „pustkę wakacyjną ”, bo dotyczy wydarzenia sprzed ponad dwóch miesięcy. W ten sposób teraz, gdy zbliża się kolejne nasze spotkanie w Klubie Publicystyki Kulturalnej (we środę, 6 września), więcej naszych koleżanek i kolegów będzie mogło przeczytać o zebraniu ostatnim w minionym sezonie, poświęconym śp. Marii Adamus i jej ukochanemu dziecku – tygodnikowi „Nasza Polska”.
1 czerwca br. minął rok od śmierci twórczyni „Naszej Polski”, śmierci, która przyszła nagle i niespodziewanie, jak ów ewangeliczny złodziej, na oczach przyjaciół, byłych i aktualnych współpracowników, jak jakiś osobliwy znak, którego do dzisiaj nie potrafimy odczytać i zrozumieć. Stało się to w czasie, gdy pani Maryla była wciąż pełna nadziei, że uda się przywrócić do życia pół roku wcześniej zawieszoną gazetę i szukała także w naszym gronie pomocy w tej sprawie. Wkrótce potem postanowiliśmy, że Klub w rocznicę tego tragicznego wydarzenia złoży hołd zmarłej „Siłaczce”. To skojarzenie jest całkowicie na miejscu, gdy pamiętamy o nieustannym boju, jaki o zaistnienie i trwanie pisma, a potem o jego przywrócenie toczyła przez ponad dwadzieścia lat Maria Adamus. Z różnych powodów mogliśmy jej poświęcić nasze spotkanie dopiero w trzecią (a nie w pierwszą, jak zwykle) środę miesiąca, 21 czerwca br.
Jako wieloletni współpracownik pisma oraz współautor książki wspomnień pani Maryli, zatytułowanych „Bohaterowie i kaci”, w których owe boje czy ów bój nieustanny, jak również wcześniejsze jej przygody z PRL-em, zostały dość dokładnie opisane, opowiedziałem uczestnikom spotkania o kilku wydarzeniach z życia 13-14 letniej dziewczynki, osamotnionej i pozbawionej jakiejkolwiek opieki, której rodzina w liczbie dziewięciu osób została aresztowana przez UB. I o tym, jak mogło to wpłynąć na jej późniejszy stosunek do rzeczywistości zarówno okresu PRL, jak i III RP.
Najpierw, gdy na wolności pozostawał jedynie ojciec Marii, którego bandyci w mundurach UB nie potrafili złapać przez ponad trzy lata, urządzono w jej mieszkaniu tzw. ‘kocioł”, wzorowany na gestapowskich doświadczeniach. Przez trzy tygodnie ci potworni ludzie (jeden z nich, który w pewnej chwili wpadł z rewolwerem w ręce do kuchni, gdzie dziewczynkę przetrzymywali, bo usłyszał, że ktoś jest pod oknem, to był jakiś „straszny, wielki mężczyzna, z okropną twarzą, podobny do goryla”) panoszyli się w mieszkaniu, szukali dokumentów, czekali na kogoś, kto wpadnie w „kocioł” i dostarczy im informacji, rabowali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.
Kim był ojciec Marii, Władysław Jedliński, że tak go poszukiwano? W czasie okupacji stworzył blisko 1000-osobowy odział AK na Pradze. Po wojnie działał w WiN (Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”), organizując siatkę wywiadu w całym kraju, włączając w to nawet okręg lwowski. Jego działalność miała taki zasięg, że (gdy już zdołali go aresztować w lipcu1948 roku, na skutek zdrady, i osądzić przez tzw. „sąd kiblowy” na karę śmierci) jak powiedział Anatol Fejgin należała mu się „czapa”, ale jest im potrzebny jako świadek w różnych sprawach, bo w tak wielu z nich brał udział.
Wracając do owego „kotła”, ubecy nie interesowali się, czym się żywi nastoletnia dziewczynka (jej starszą,16-letnią siostrę także wcześniej aresztowali i trzymali w areszcie bez sądu przez ponad rok), która gotowała ryż z jakiegoś zapasu i zaprawiała go coraz bardziej kwaśniejącą śmietaną, aż dostała żółtaczki. Wtedy pytali tylko, uważając to za przedni dowcip: – Co ty, Chinka jesteś, żeś taka żółta? Żółtaczka cofnęła się samorzutnie, ale potem ją jeszcze odchorowała.
Pewnego razu jeden z tych „strasznych ludzi” wezwał ją do pokoju i pokazał jej płytę gramofonową, pytając: – Znasz to? Po czym rzucił tę płytę na podłogę i podeptał ją z wielką zajadłością, krzycząc:– Nie będziesz więcej tego słuchała! Była to płyta z pieśnią „Czerwone maki na Monte Cassino”.
Nieustannie straszyli ją odesłaniem do domu dziecka, domagając się informacji o miejscu pobytu ojca. Nawet po zakończeniu „kotła” niejaki Jan Wołkow, rosyjski Żyd (który później dostał awans za aresztowanie Jedlińskiego) przychodził do domu, zabierał ją ze sobą, mówiąc, że ją odda do domu dziecka, molestował pytaniami, ona na szczęście nic nie wiedziała o ojcu, w końcu zniechęcał się i puszczał ją do domu. I tak ze cztery razy w ciągu niedługiego czasu.
„Kocioł” skończył się na niczym, matkę zwolnili na chwilę, by razem z córką naprowadziły ich na męża i ojca, lecz i to się nie udało, więc zapakowali ją z powrotem do więzienia i skazali na 15 lat, o czym córka dowiedziała się dopiero jako osoba dorosła po 1956 roku, po powrocie matki do domu, po ośmiu latach Fordonu.
Tymczasem dla 14-letniej Marylki zaczęło się jej życie pod więzieniem. Najpierw na ulicy Koszykowej, gdzie w piwnicach przerobionych na cele, na tyłach gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości, trzymano więźniów. Ale okienka cel były od strony podwórza, a dojścia do nich broniło prowizoryczne ogrodzenie, poza tym ubecy odganiali każdego, kto próbował się do nich zbliżyć. Toteż gdy po latach małżonkowie Adamus otrzymali mieszkanie przy ulicy… Koszykowej, niemal naprzeciwko tych miejsc, które wtedy były dla niej niedostępne, pani Maria rozpłakała się jak dziecko.
Wkrótce podpowiedziano jej, że rodzice zapewne są więzieni na Rakowieckiej i zaczęła tam jeździć. Obsługa więzienia mokotowskiego też nie dopuszczała pod samą bramę krewnych i przyjaciół aresztowanych, więc grupa tych osób, dość liczebna, koczowała po drugiej stronie ulicy Rakowieckiej na rogu Alei Niepodległości. Kogo tam nie było?! Niejednokrotnie przyjeżdżali dalecy krewni aresztowanych, gdyż nikt z rodziny bliższej nie pozostał na wolności. Pięcioletniego Wojtusia przywoziła sąsiadka, a na pokrycie kosztów tej podróży składała się cała wieś, przyjeżdżały dzieci z babcią lub ciocią, rzadziej rodzice lub dziadkowie jakiegoś młodzieńca itp. Wszyscy liczyli na to, że dowiedzą się czegoś o swoich aresztowanych, po których słuch zaginął. Czasami zdarzało się, że ktoś wychodził zwolniony z więzienia, i wtedy okazywało się, że siedział w jednej celi z kimś spośród krewnych czy znajomych z grupy „żyjących pod więzieniem”.
Marylka, dotychczas osamotniona, poczuła się tutaj jak wśród swoich, rozumiano ją, pocieszano, przytulano, a także ostrzegano, np. przed adwokatem – draniem o nazwisku Maślanko. Jedna ze zwolnionych więźniarek, która siedziała z panią Henryką, mamą Marylki, chociaż krótko, bo ją gdzieś zaraz zabrali (pewnie do Fordonu, gdzie odsiadywała wyrok), ale przynajmniej przekazała garść informacji, z tą najważniejszą, że mama żyje. Tylko o ojcu nie mogła się niczego dowiedzieć.
Ci, którzy wychodzili z więzienia z płaczem, bo ich brat czy ojciec został rozstrzelany, opuszczali grupę, ale na ich miejsce zjawiali się wciąż nowi ludzie. Nie było wśród nich młodych, ci albo siedzieli, albo zostali zamordowani, tylko starsi i dzieci. Wśród nich pani Maria zapamiętała parę bliźniaków, chłopczyka i dziewczynkę, którym pozostał jedynie niepełnosprawny wujek; jego nie aresztowali i on się nimi opiekował. Na całe życie zapamiętała wspomnianego Wojtusia, który przylgnął do niej jak do starszej siostry i prosił ją, żeby zabrała go do siebie. Powtarzało się to kilka razy, gdy przyjeżdżał: – Marylko, weź mnie ze sobą, będę twoim braciszkiem.
Owe „życie pod więzieniem” trwające blisko dwa lata nie przyniosło dziewczynie wiele korzyści, poza wiadomością o tym, że mama żyje, natomiast naraziło ją m.in. na spotkanie z potworem w osobie prokurator Heleny Wolińskiej, do czego namówiły ją w dobrej wierze kobiety. – Zabierz to ścierwo – wrzeszczała do żołnierza, który dziewczynkę przyprowadził, gdy dowiedziała się o kogo chodzi i waliła przy tym z całej siły pejczem w biurko, z wściekłością doprowadzonego do szału furmana. Marylka uciekła stamtąd z płaczem. Pod więzieniem spotkała się również z Marią, córką gen. Fieldorfa-„Nila”, ale wtedy nie poznały się bliżej. Dopiero gdy spotkały się w latach 90, zdały sobie sprawę, że widziały się pod więzieniem. A zdarzyło się, że Marylka jako dziesięciolatka zimą w Ożarowie spacerowała z Generałem i zapamiętała jego ciepłe, nawet na mrozie, ręce, co też dobrze pamiętała jego córka.
Ojciec przeżył. Zwolniony warunkowo (!) w grudniu 1957 roku, zmarł w 1989, w wyniku pęknięcia krwiaków, które powstały po pobiciu w więzieniu do takiego stopnia, że znalazł się na pograniczu życia i śmierci. Życie uratował mu wtedy niemiecki lekarz, skazany za eksperymenty medyczne na więźniarkach obozu w stylu doktora Mengele. Po półtora roku wróciły z więzienia babcia i siostra, emerytura babci pozwoliła im przetrwać czas pozostały. Gdy ojciec wrócił z więzienia, pani Maria była już mężatką i mamą pierwszego ze swoich dwóch synów. Ojciec obserwował zapowiedzi przemian 1988 i 1989 roku i nie wierzył, że sprawy idą w dobrym kierunku – bo nie szły w kierunku pełnej niepodległości.
Założenie gazety, o charakterze niepodległościowym i patriotycznym, Maria Jedlińska-Adamus uważała za wypełnienie zobowiązania wobec tych wszystkich, którzy jak jej Ojciec walczyli o Najjaśniejszą Rzeczpospolitą. Czy można się dziwić, że mając za sobą taki bagaż doświadczeń wciąż zadawała sobie i innym pytanie: „Czy coś się zmieniło?” I tak jak napisał Krzysztof Skowroński w „Kurierze Wnet”: „Rozmowa z nią nie była łatwa. Mocno doświadczona przez życie, łamała stereotypy i tworzyła własną perspektywę na rzeczy, zjawiska, politykę i ludzi. Ci, którzy w moich oczach i w moim doświadczeniu są bohaterami, z jej perspektywy karłowacieli i stawali się podejrzanymi figurami. Nie wymienię nazwisk, bo się na tym przystanku nie zatrzymałem…”
Myślę, ze miała do tego prawo, chociaż być może niejednokrotnie się myliła.
Następnie zabrał głos Wojciech Piotr Kwiatek i przypomniał dorobek publicystyczny tygodnika „Nasza Polska”, podkreślając, że była to gazeta, która zawsze pisała prawdę. Przewinęła się przez nią cała plejada dziennikarzy, którzy w swojej publicystyce w wielu sprawach wyprzedzili o lata nadejście ery swych młodszych kolegów, zwanych niepokornymi, którzy znacznie później w tygodnikach opinii niejednokrotnie odkrywali tematykę polityczno-moralną, w „Naszej Polsce” przeanalizowaną już po wielokroć. „Nasza Polska” opisała i zanalizowała wszystkie rozliczne afery III RP, szczególnie krytycznie odnosząc się do „transformacji ustrojowej” i szokowej reformy gospodarczej Balcerowicza, polegającej w największej mierze na likwidacji polskiego przemysłu poprzez tzw. złodziejską prywatyzację.
Demaskowała też miałkość i nihilizm tzw. kontrkultury, a z drugiej strony ukazywała i przypominała dorobek wielu twórców polskiej kultury, chrześcijańskiej i patriotycznej i w tym samym stopniu zarazem uniwersalnej. Miarą wartości gazety mógłby być wysoki stopień wrogości, z jakim spotykała się ze strony środowisk lewicowo-liberalnych, ze środowiskiem „Gazety Wyborczej” na czele, nie mówiąc już o reakcjach „kloaki Jerzego Urbana” (patent Macieja Iłowieckiego). Nie tylko zwalczano ją werbalnie, lecz także zwracając się na przykład do premiera Buzka, by spowodował jej zamknięcie, czy też ingerując w wysokość jej nakładu i ograniczając sprzedaż, co w końcu doprowadziło ją do upadku.
W dyskusji zabrała głos Magdalena Kowalewska, autorka najlepszego tekstu o pani Marii Adamus, opublikowanego w krakowskim WPIS-ie, gdzie zauważyła m.in., że założycielkę „Naszej Polski” i jej dorobek doceniono tak naprawdę dopiero po jej śmierci, co jest bardzo charakterystycznym polskim rysem od pradawna. Opowiedziała także o staraniach, związanych z utworzeniem strony internetowej mającej w jakiejś mierze przedłużyć byt gazety a także o zamiarze założenia fundacji „Naszej Polski”. Głos zabrały m.in. panie Elżbieta Królikowska-Avis oraz wybitna dokumentalistka, Alina Czerniakowska, która powiedziała, że ma nagrane trzy godziny materiału filmowego o pani Maryli i jej gazecie, można więc oczekiwać, że z czasem powstanie film dokumentalny poświęcony tej niezwykłej postaci i jej dziełu.
Jerzy Biernacki
