Jedyna rzecz, która ucieszyła mnie w nowej ramówce TVP, to obietnica wznowienia, jak rozumiem na stałe, poniedziałkowego Teatru Telewizji. I od razu przyszło pierwsze rozczarowanie spektaklem poświęconym Krystynie Skarbek, o czym napisałem poprzednio. Z „Lekcją polskiego”, sztuką Anny Bojarskiej wyreżyserowaną przez Mariusza Malca, z udziałem, zawsze elektryzującego, Artura Żmijewskiego, problem jest bardziej skomplikowany.

Ale zanim o tym napiszę, chciałbym wtrącić swoje trzy grosze na temat  niebywałej euforii, z jaką TVP odnotowała niewątpliwy sukces prezesa Jacka Kurskiego, w postaci „Opola 2017”. Niewątpliwie bowiem to on doprowadził do umowy z prezydentem Opola, przecinając narastające wokół tej sprawy komeraże i różnego rodzaju oskarżenia i osiągnął upragniony przez wielu skutek. Niewątpliwie również godnymi najwyższego uznania okazały się dwa jubileusze: Maryli Rodowicz i Jana Pietrzaka. Szkoda tylko, że występy Pietrzaka i jego artystów  zepchnięto poza północ, co mogło stać się przyczyną opuszczenia ich przez część widzów, niekoniecznie z powodów – że posłużę się eufemizmem – merytorycznych. Żeby się nie rozwodzić, euforia TVP była jednak nie do końca adekwatna w stosunku do wartości wydarzenia – jak wiadomo mamy skłonność do przesady w obie strony. A poza tym nikt jakoś nie pomyślał o tym, że jeden, i to jakże wybitny artysta, został całkowicie pominięty i stał się kolejny raz Wielkim Nieobecnym. Mam na myśli, oczywiście, Andrzeja Rosiewicza, którego nie uświadczysz  w ogóle w TVP, a sądzę, że na scenie opolskiej, gdzie już dawno święcił wielkie triumfy, potrafiłby i teraz dać nie mniej atrakcyjne show jak Maryla Rodowicz. Upominam się o Andrzeja Rosiewicza od lat, i nie ja jeden,  bezskutecznie.

Wracając do Teatru Telewizji, w tym spektaklu poświęconym Tadeuszowi Kościuszce, jeśli chodzi o treści historyczne, zawarte zostało, że tak powiem wszystko co trzeba: wzloty kariery wojskowej i publicznej Bohatera (w Ameryce i w Polsce, w tym przysięga na Rynku Krakowskim), ślady rozmów, naturalnie, o przyszłości Polski, prowadzonych na szczytach polityki (z Napoleonem i później z Aleksandrem I w dobie Kongresu Wiedeńskiego), gorycz porażek życiowych (m.in. związanych z miłością młodego Kościuszki do Ludwiki Sosnowskiej i z „czarną polewką”, jaką otrzymał od jej ojca), a wreszcie klęska klęsk – „finis Poloniae” i hańba osobista, nie wiem, która większa, czy sprzedaż sukmany, w której przysięgał narodowi polskiemu, Katarzynie II za trzy tysiące rubli  (potem odesłał je Aleksandrowi, lecz nieskutecznie, gdyż nie zostały przyjęte) , czy przysięga lojalności, jaką złożył, pod przymusem, carowi Pawłowi I (i którą później wobec cara Aleksandra unieważnił).  

Autorka, nawiasem mówiąc, tak dalece (choć w zasadzie w zgodzie z prawdą historyczną) posunęła się w wydobywaniu czarnych kart historii życia Tadeusza Kościuszki, że przestajemy rozumieć niemal, skąd taka wielka przez wieki miłość Polaków do Naczelnika doby Insurekcji zwanej przecież Kościuszkowską. I całe nieszczęście polega na tym, że siedemdziesięcioletni Generał, u schyłku życia, opowiada o swojej przeszłości nastoletniej Szwajcarce, zakochanej w nim mocną, dziecięco-kobiecą miłością (czy pierwszą miłością dziecka, które bardzo chce już być kobietą, ale więcej w tym dążeniu imitacji niż autentyczności). Intryga bowiem jest taka, że Kościuszko, który mieszka u rodziny Zeltnerów, znany ze swojej dobroci, udziela ich córce lekcji polskiego, wykraczając wszakże daleko poza program nauki języka, pobudzony przez świeże, spontaniczne i bezinteresowne jej uczucie i szczere, zachwycające zachowanie i zainteresowanie. A przy tym zamierza zrobić zapis testamentowy na rzecz posagu dziewczęcia, pozbawionego majątku, który rodzina jej utraciła.

Nazwałem ten układ, że tak powiem, „całym nieszczęściem”, z kilku powodów. Po pierwsze z powodu osobliwości tych wzajemnych, jak mamy się domyślać, uczuć, bo Kościuszko jest co najmniej ujęty i jak to się mówi „chwycony za serce” owym darem, jaki otrzymuje od Emilki. Ale odpowiada nań opowieścią biograficzną o „wieku męskim, wieku klęski” i o katastrofie jego kraju rodzinnego, z tragicznie zabarwioną autorefleksją, czyli poszerzoną znacznie „lekcją polskiego” (tytuł w konfrontacji z treścią sztuki uderza swoją metaforyczną trafnością). I tu właśnie leży pies pogrzebany.

Sytuacja jest nad wyraz sztuczna i niewiarygodna. Tylko wolą Autorki mogło się tak stać, że nasz Bohater uderza w takie dramatyczne tony, że tak się odkrywa przed młodocianą słuchaczką, że właściwie razem z nim (i z nią? Czy ona może to zrozumieć?) przeżywamy dramat człowieka, dramat oficera najwyższej przecież klasy i tragedię narodu, któremu przewodził. W żadnej rzeczywistości, także artystycznej, a więc w jakimś stopniu sztucznej, nie powinno się to było wydarzyć, bo niepodobna było to aktorsko przedstawić. Artur Żmijewski w roli Kościuszki zrobił wszystko, co było można, nie zagrał starego człowieka (wedle ówczesnych miar to była późna starość!), lecz był nim, również fizycznie, a w swej opowieści niejako zapomina się (że opowiada to wszystko niedorosłej dziewczynce) i głęboko naciska pedał ekspresji. Są zresztą do tego powody, a wybitny aktor uzasadnia to swoja perfekcją. Pomijając rzeczywistość dramatu, świat artystyczny stworzony przez Autorkę, z tego co wiemy o prawdziwym Tadeuszu Kościuszce, zwłaszcza w okresie jego pobytu w szwajcarskiej Solurze, był on człowiekiem maksymalnie powściągliwym, spokojnym, chyba wolnym od tego rodzaju udręk, a więc zupełnie innym od zaprezentowanej przez aktora postaci.

Sadzę, że właściwym wyjściem z tej nieautentycznej, moim zdaniem, sytuacji, byłoby wprowadzenie do sztuki narratora, mógłby nim być Julian Ursyn Niemcewicz, w okresie Maciejowic i niewoli petersburskiej sekretarz Kościuszki , który zresztą  zdał szczegółową relację z tych przeżyć w „Pamiętnikach czasów moich”. Naturalnie, wymagałoby to daleko idącej przeróbki sztuki.

Mimo tych zastrzeżeń, cieszyć się należy z tego, w co  opowieść Bohatera o sobie została, że tak powiem, „wyposażona”. Znajdujemy tam bowiem m.in. stosunek (negatywny) Kościuszki do Napoleona (tak przecież nie do końca zasłużenie kochanego przez Polaków) – uważał go za egoistę, zarozumialca, karierowicza i niszczyciela tego wszystkiego, co dobrego przyniosła skąd inąd zbrodnicza rewolucja francuska (prawa człowieka, równość, wolność i braterstwo). Była też  próba przekonania Aleksandra I do przywrócenia Polski w granicach przedrozbiorowych. Kościuszko w pewnej chwili wyraża przekonanie, że Polska w granicach Królestwa Polskiego, bez ziem zabranych, może być tylko w niewoli. W swoich działaniach, a później w autorefleksji Kościuszko szedł niejako w poprzek dążeń, oczekiwań i nadziei wielu Polaków, krytycznie oceniając legiony i całe to postawienie na Napoleona, którego geniusz wojenny uległ degradacji na skutek przewagi wyżej wspomnianych cech charakteru. Nie miał też złudzeń (które mieli przedlistopadowi Polacy) co do cara Aleksandra I.

Pięknie też wydobyta została wspomniana już wyżej dobroć Kościuszki, którego koń, kupiony przez kogoś po jego śmierci, zatrzymywał się przy każdym żebraku, bo jego pan im wszystkim dawał jałmużnę.

Dobre słowo należy się  Elizie Rycembel, która Emilce dała wiele świeżości, autentyzmu, spontaniczności i szczerości, co wcale nie jest mało, zważywszy że Autorka i ją postawiła przed dosyć trudnym zadaniem. Cały ciężar przedstawienia spoczywał jednak na Żmijewskim, który zrobił wszystko, by je udźwignąć, choć było to zadanie niewykonalne.

Jerzy Biernacki


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl